Jacek Magiera dopiero co rozpracowywał Szwedów. Udzielał wskazówek młodemu Oskarowi Pietuszewskiemu. Dumnie śpiewał hymn na stadionie w Solnie. Razem ze wszystkimi kadrowiczami przeżywał ciszę, jaka zapanowała w szatni po zejściu z boiska. Teraz jeszcze większa cisza jest w sercach wszystkich sympatyków piłki. Magiery już z nami nie ma. To informacja z gatunku: nie do wiary. […]

Jacek Magiera dopiero co rozpracowywał Szwedów. Udzielał wskazówek młodemu Oskarowi Pietuszewskiemu. Dumnie śpiewał hymn na stadionie w Solnie. Razem ze wszystkimi kadrowiczami przeżywał ciszę, jaka zapanowała w szatni po zejściu z boiska. Teraz jeszcze większa cisza jest w sercach wszystkich sympatyków piłki. Magiery już z nami nie ma.
To informacja z gatunku: nie do wiary. Młody człowiek, w sile wieku, z wielką przyszłością przed sobą. Z energią, z entuzjazmem. Życzliwy, dobry, niezwykle inteligentny.
Kilkanaście dni temu rozmawiałem z Michałem Listkiewiczem w Kanale Zero. Żartował: – Kocham Jacka z przyczyn egoistyczno-osobistych. Jesteśmy fizycznie podobni, mimo że on jest prawie 25 lat młodszy ode mnie. Mówi kiedyś: panie prezesie, ja na to podobieństwo rozdałem w życiu parę autografów. Odpowiadam: Jacek, to małe piwo, wiesz ile ja dzięki tobie dziewczyn poderwałem?
To był naprawdę młody człowiek…
Nie ma w Polsce trenera, który pomógłby tak dużej liczbie młodych piłkarzy
Jacek Magiera udaje się na tamten świat jako człowiek, o którym nie da się napisać niczego złego. Nie istnieje żadna osoba, która będzie mieć dziś dylemat „o zmarłych albo dobrze, albo wcale”. Miał na drodze kilka piłkarskich porażek, ale jakie to ma znaczenie?
Odchodzi jako bardzo dobry człowiek. Empatyczny, pomagający innym. Nie ma w Polsce trenera, który pomógłby tak dużej liczbie młodych piłkarzy. Często sam ich znajdował, rozwijał ich bezinteresownie. Wręczał im książkę „Szczęście czy fart”, której myśl przewodnia głosi, że wszystko, co nazywamy szczęściem, często jest wynikiem naszych decyzji, pracy i podejścia do życia, a nie przypadkowego zbiegu okoliczności.
Dopiero co opowiadał na Łączy nas Piłka historię o tym, jak przepisał część książki, kserował ją i rozdawał piłkarzom…
10 dni temu przed barażem w Szwecji mówił na vlogu Łączy Nas Piłka o książce „Szczęście czy fart”, której nakład wykupił i rozdawał wszystkim znajomym.
Wyrazy współczucia dla rodziny. pic.twitter.com/mTQzuce5O1
— Bartłomiej Kielech (@bartkielech) April 10, 2026
Był mentorem. To najlepsze słowo, jakim można go opisać. Dla kolegów z drużyny, dla podopiecznych, dla zwykłych zawodników, których spotykał na swojej drodze i bezinteresownie im pomagał. Archiwalna wypowiedź siedemnastoletniego Macieja Korzyma, wchodzącego do pierwszej drużyny Legii. – Muszę czytać książki, bo tak każe mi Jacek Magiera. „Magic” załatwił mi szkołę, pilnuje mnie i każe się dużo uczyć. Co jakiś czas robi mi klasówki. Mówię do niego „panie magistrze”, choć ten tytuł uzyska dopiero za kilka dni.
Był 2005 rok, Magiera był wtedy starszym kolegą z szatni Korzyma. Jakże nie przystaje to do obrazu stereotypowego piłkarza. Jak wiele mówi to też o mądrości samego Magiery, który zawsze wierzył w uczciwą pracę, edukację i rozwój, a nie tani lans czy parcie na szkło „Historyczna i heraldyczna emblematyka na podstawie klubów piłkarskich”, tak brzmiał tytuł jego magisterki. Przeanalizował w niej 6609 klubowych herbów.
Nigdy nie pasował do środowiska piłkarskiego. Nie wywyższał się. Konflikty łagodził, a nie eskalował. Był mądrzejszy niż inni. Miał wielką charyzmę. Jeden z młodych piłkarzy opowiadał scenkę o tym, jak piłkarze mieli przejść prosto z sauny do lodowatej wody. Wiadomo, to nic przyjemnego, ale Magiera zanurza się po szyję, a zawodnik boi się zimna, wchodzi tylko po kolana. Wystarczyło tylko jedno spojrzenie Magiery, by zawodnik osunął się na dno.
Inny z zawodników opowiadał, jak w wieku 19 lat popłynął na mieście, o czym szybko dowiedzieli się pracownicy klubu. Wokół młodego chłopaka było bardzo gorąco, a Magiera… zaprosił go wieczorem do restauracji. Zawodnik szedł jak na ścięcie, a na miejscu spotkał niezwykle miłego i serdecznego trenera, który w pewnym momencie zamówił wino i powiedział: – Teraz nauczę cię pić alkohol.
Piłkarz zrobił karierę, a dziś strzela bramki w zagranicznej lidze.
Zawodnikom głupio było zawieść Magierę
Magiera był wobec zawodników tak dobry, tak zaangażowany, wyciągał do nich tak wiele razy pomocną dłoń, że głupio było im go zawieść. Bo jeśli to zrobili, pomoc się szybko kończyło. Tak jak w rezerwach Legii, gdy dawał każdemu piłkarzowi płytę z analizą meczu, chcąc później porozmawiać o tym, co wydarzyło się na boisku. Jeden z piłkarzy nad wyraz często opowiadał banały. Trener miał poczucie, że chyba nie ogląda tych analiz. Pewnego razu spytał go:
– I jak?
– Świetna analiza, trenerze, już wiem, co muszę poprawić.
– OK, to chodź do pokoju, obejrzymy.
Zawodnik był w szoku, gdy włożył płytę do komputera i zobaczył, że trener nagrał dla niego… „Kubusia Puchatka”.
To historyjki sprzed lat, ale one doskonale pokazują, z jakiego formatu człowiekiem mieliśmy do czynienia. Sam jeszcze niedawno nazywał siebie „młodym trenerem”. I faktycznie, był młody, nie dożył nawet pięćdziesiątki. A już doświadczenie miał duże: zagrał w Lidze Mistrzów, zremisował z Realem, zdobył wicemistrzostwo ze Śląskiem, prowadził U-20 na mistrzostwach świata, zaznał pracy z dorosłą kadrą.
Jestem przekonany, że kiedyś zostałby pierwszym trenerem reprezentacji Polski.
Niestety, Jego wielkie marzenie już nigdy się nie spełni…
CZYTAJ WIĘCEJ NA WESZŁO:
- Vuković żegna Magierę. „Najlepszy możliwy człowiek”
- Cezary Kulesza: Jacek Magiera był bardzo dobrym człowiekiem
- Tragiczna informacja. Zmarł Jacek Magiera
- „Żegnaj, przyjacielu”. Polska piłka w żałobie po śmierci Magiery
Fot. Newspix