Kultura

Karteliada. Dlaczego romantyzujemy narkobiznes?

Na meksykańskich ulicach trwa regularna wojna z kartelami narkotykowymi – najkrwawsza od czasu kampanii terroru, która przetoczyła się w latach 80. i 90. przez Kolumbię. Choć trudno w to uwierzyć, wygląda zupełnie inaczej niż w kinie.

Michał Walkiewicz
Felieton autorstwa: Michał Walkiewicz
07 marca
6 minut
Wagner Moura (Pablo Escobar) w serialu "Narcos", 2015, prod. Netflix (fot. Netflix)

Reklama

TYLKO NA

Jeśli nie wiesz, co ze sobą zrobić, liczysz krople na szybie, dumasz nad fakturą draperii i snujesz się po kątach niczym bezrobotny aktor w scenografii z odwołanej sztuki, mam dla ciebie złą wiadomość: jesteś Pablo Escobarem. A przynajmniej jego wyliniałą wersją z serialu „Narcos”.


Reklama

Tak zapisano w memosferze, a z memami nie ma dyskusji. Pozostają ostatecznym dowodem na to, że informacja może istnieć w próżni. W pewnym sensie są też krawędzią popkultury, ponieważ wszelkie procesy, które kształtują w jej obrębie zbiorową wyobraźnię, zostają pozbawione jakiejkolwiek wagi. Przykład pierwszy z brzegu: oto zły narkotykowy boss staje się puentą żartu o kryzysie wieku średniego.

Gorzka wiadomość jest taka, że świat za oknem nadąża z weryfikacją tych wyobrażeń. Stroi sobie żarty i z popkultury, i nas.


Reklama

Wina Escobara

Jestem zbyt młody, by pamiętać telewizyjne relacje z polowania na Escobara. Znam natomiast ludzi, dla których jego śmierć, ometkowana jako „gorący towar” w serwisach informacyjnych, była przeżyciem bez mała formacyjnym. Dziwnym nie jest. Zakodowana przez kino i seriale ucieczka po dachach Medellín zaczęła się niczym w westernie, a skończyła jak w thrillerze. Zostało po niej zdjęcie agentów DEA nad zakrwawionym trupem.  


Reklama

Fantazjując o klinczu sztuki z życiem, łatwo zapomnieć, że Escobar nie był dobrym wujciem, którego bieda ustawiła na kursie kolizyjnym z prawem. Że na jednego szaraka, którego obsypał pieniędzmi, przypadał tuzin zastrzelonych z zimną krwią policjantów, żołnierzy, stolarzy, piekarzy, polityków i aktywistów. Że trudno na jednej szalce położyć słonia z prywatnego zoo, zaś na drugiej – wrak samolotu, w którym eksplodowała bomba. Że ekstrawagancja, romanse i jowialne poczucie humoru nie unieważniają bezprecedensowych aktów terroru, którymi rzucił na kolana całą Amerykę Południową i sporą część świata.

Poświęcony mu serial „Narcos” też jest wczorajszym newsem. Oglądany dziś, budzi – i chciałbym zaakcentować przymiotnik – delikatny niesmak. Bez względu na to, czy mówimy o Escobarze, El Chapo, czy o szeregowych sicarios karteli Sinaloa albo Jalisco, zbyt gładko układa się to wszystko w przegląd fantazmatów. Gdzie nie spojrzeć, same ofiary zimnego chowu, niekorzystnego układu politycznego oraz przekazywanego z ojców na synów genu przemocy.


Reklama

Kadr z filmu "Sicario", reż. Denis Villeneuve, 2015, prod. Lionsgate (fot. mat.prasowe)


Reklama

Pocztówki znad krawędzi

Jak słusznie zauważa Marcin Darmas w rozmowie z kryminologiem dr hab. Piotrem Chomczyńskim, losy „legend” narkobiznesu mają swój atrakcyjny, literacki wymiar. Niektórych schwytano w trakcie schadzek z kochankami, inni uciekali przed policją tunelami ciągnącymi się stąd do wieczności. To żyzny grunt dla kina, które lubi eksces, przesadę oraz ekspresjonistyczne opozycje światła i cienia.

Przez ostatnie dekady mieliśmy tych „literackich” bohaterów całkiem sporo. Niektórzy z nich filozofowali o kartezjańskich cnotach („Adwokat” Ridleya Scotta), inni tłumaczyli się freudowskimi atawizmami („Savages: Ponad bezprawiem” Olivera Stone’a). Zaś jeszcze inni wychodzili z założenia, że szóstka na egzaminie z nowej obyczajowości (symbolizowanej przez zabieg korekty płci) zwalnia ich z odpowiedzialności za zbrodnie („Emilia Pérez” Jacquesa Audiarda).


Reklama

Dodam również, że nawet nie ruszyłem sycylijsko-nowojorskich evergreenów, którymi X muza kokietuje nas, dosłownie, „od przed wojny”.


Reklama

Jak zwykle w przypadku poważnych rzeczy osadzonych w niepoważnym kontekście, kluczowe staje się zatem napięcie pomiędzy tym, co „należy”, „można”, a nawet „trzeba” pokazywać oraz tym, czego pokazywać nie wypada. A nuż się okaże, że ekshumujemy potwora i podarujemy mu drugie życie.

Widzialne – niewidzialne

„Sicario” Denisa Villeneuve’a też przypomina western. Jego bohaterami są kowboje, tyle, że ci „prawdziwi”, z Ameryki. Do przygranicznego miasta Juarez wjeżdżają kolumną opancerzonych samochodów przy akompaniamencie dudniącego basu.


Reklama

Skojarzenia z trąbami jerychońskimi będą na miejscu, skoro metropolia przypomina pożerającego grzeszników Lewiatana. Zapętlone estakady formują rozwartą szczękę, a bezgłowi wisielce przypominają sterczące zębiska. To sugestywny obrazek, ale i elegancka metafora. Strefą regularnej wojny może być miejsce, w którym teoretycznie nikt wojny nie ogłosił. Skąd my to znamy?


Reklama

„Niewidzialność” konfliktu w makroskali rymuje się z rozrzedzaniem odpowiedzialności w mikroskali – na poziomie jednostki, albo „podstawowej komórki społecznej”. Groza, która płynie (a raczej – powinna płynąć) z filmowych opowieści o przemyśle narkotykowym najczęściej rodzi się tam, gdzie zderzają się światy biznesu oraz rodziny.

Niemożność połączenia owych projektów – struktury mafijnej przypominającej dobrze naoliwioną maszynę oraz uświęconych przez Boga więzów krwi – jest katalizatorem agresji i przeciwko społeczeństwu, i przeciw jednostkom. Zwłaszcza tym, które nie mieszczą się w szeroko pojętej normie.


Reklama

Jak to zrobić dobrze?

Powtórzyłem sobie niedawno dwa kapitalne filmy. Jednym z nich jest oscarowy „Traffic” Stevena Soderbergha, który cementuje starą prawdę: wiemy tyle, że nic nie wiemy. W optyce reżysera narkobiznes to nieprzenikniona sieć politycznych interesów, wolnorynkowych patologii oraz kulturowego programowania. Z perspektywy chodnika widać jedynie szamoczące się w niej ofiary.  


Reklama

Kadr z filmu "Miss Bala", reż. Gerardo Naranjo, 2011 (fot. mat.prasowe)

Drugi film, „Miss Bala” w reżyserii Gerarda Naranjo (co ciekawe – twórcy „Narcos”), to horror udający dramat. W dodatku pracujący na pojedyńczym narracyjnym bajerze: kamera ani na krok nie opuszcza bohaterki, uczestniczki konkursu piękności szantażowanej rzez meksykański kartel. W toku akcji widzimy, jak człowiek z własnymi lękami, nadziejami i aspiracjami staje się bezwolnym, przerzucanym z miejsca na miejsce kawałkiem mięsa. I jak odczłowieczony zostałby w układzie, który tak bardzo lubi romantyzować.


Reklama

To niby ten sam świat, który widzieliśmy już setki razy, tyle że ostentacyjnie wyzuty z powabu, oskrobany z netfliksowo-hollywoodzkiej patyny. „Piękno” – rozumiane dosłownie i zaklęte w ciele posągowej aktorki Stephanie Sigman – jest towarem o niskiej wartości.

Dość powiedzieć, że w USA powstał jakiś czas temu remake filmu Naranjo. Jego bohaterka też zostaje uprowadzona przez kartel, ale koniec końców wykazuje się sprytem, sprawczością, determinacją oraz harcerskimi cnotami. W normalnych okolicznościach pacnąłbym się w czoło i zaniósł gromkim śmiechem. Tyle że Meksykanom, których Hollywood ewidentnie zna lepiej, do śmiechu raczej nie jest.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Michał Walkiewicz
Michał WalkiewiczDziennikarz
Tagi: kino