
Polskie kino jest zanurzone w intymnych światach, skupione na ulotnych emocjach, odwrócone plecami do współczesności. W kraju o tak wysokiej temperaturze debaty publicznej jest to nieco dziwne.

Polskie kino jest zanurzone w intymnych światach, skupione na ulotnych emocjach, odwrócone plecami do współczesności. W kraju o tak wysokiej temperaturze debaty publicznej jest to nieco dziwne.

Polacy potrafią w jednej chwili zebrać setki milionów złotych. Potrafią też latami godzić się na słabe państwo i niedofinansowane instytucje. Sukces zbiórki na Cancer Fighters boleśnie pokazuje tę sprzeczność.

W niedzielę widziałem się z babcią od strony mamy i dziadkiem od strony ojca. Nie widujemy się zbyt często, więc tematów do nadrobienia było co niemiara. A i tak wystarczyło nie więcej niż pięć minut, żeby zejść na temat problemów ochrony zdrowia. I bynajmniej nie ja go zacząłem.

Wiosenny spacer, słońce, park i… pusta butelka w ręku. Każdy łyk wody na świeżym powietrzu kończy się nowym dylematem: gdzie oddać opakowanie z kaucją, żeby nie wyrzucić własnych pieniędzy? System, który miał być prosty i ekologiczny, coraz częściej wystawia cierpliwość spacerowiczów na próbę.

Maj zwykle otwiera sezon na zimne napoje. W tym roku otworzył też gorącą dyskusję o systemie kaucyjnym. Zamiast ekologicznej rewolucji mamy kolejki do zapchanych butelkomatów, finansowe absurdy i chaos większy niż po plenerowej imprezie. Czy tak miało być?

Gracze oszaleli na punkcie Pragmaty. Ponad milion sprzedanych egzemplarzy w dwa dni od premiery, a Internet został zalany obrazkami, memami i nagraniami z blond dziewczynką w niebieskiej kurtce. Sam na ogół źle odbieram takie sytuacje, bo skutecznie zniechęcają mnie do ogrania danego tytułu. Tu zrobiłem wyjątek i... mam wrażenie, że oczekiwałem zupełnie innej gry.

Przed wojną bywały lata, gdy co drugi sprzedany w Niemczech samochód był Oplem. W Polsce po 1989 r. potrafił z łatwością wejść do pierwszej trójki najpopularniejszych marek. A teraz jest źle – na tyle źle, że trzeba ratować się zastrzykiem chińskiej technologii.

Masowo posyłamy dzieci do prywatnych żłobków. Masowo posyłamy je do prywatnych przedszkoli. Dlaczego mielibyśmy ich potem masowo nie posyłać do prywatnych szkół? Owszem, koszty rosną wraz z wiekiem dziecka wręcz lawinowo, ale aspiracje rodziców w ogóle mnie nie dziwią. System jest zresztą tak skonstruowany, że wręcz wypycha w kierunku „prywaciarzy”.

Jeśli biurokracja byłaby przedmiotem szkolnym, polska oświata zdałaby ją celująco. I nie ma znaczenia, czy szkoła jest państwowa, czy prywatna – papierologia, kontrole i strach przed paragrafem skutecznie wypierają zdrowy rozsądek. Marzenie, że sprywatyzowanie edukacji rozwiąże te problemy, jest równie kuszące, co złudne – pisze dla Zero.pl Jan Wróbel, były dyrektor I Społecznego LO w Warszawie.