- Od Sokratesa i greckiego hoplity po Giulio Douheta i bombardowania strategiczne – jak zmieniało się rozumienie męstwa i moralności wojny.
- Dlaczego dla starożytnych Greków zabijanie z dystansu było niegodne, a dziś „chirurgiczne” naloty uchodzą za dowód precyzji i postępu.
- Historia XX wieku podważyła wiarę w „wojnę absolutną” – technologia nie zniosła tragizmu konfliktu, a jedynie zmieniła jego formę.
W dawnych czasach, które z naszego punktu widzenia, wydają się odległe i mniej wyrafinowane niż nasze, wykształcił się osobliwy obyczaj bitewny. Pospolicie nazywamy go etosem rycerskim. Co ciekawe, obyczaj ten wiązał się nie tylko ze sprawnością ciała, szczelnością zbroi czy subtelnością taktycznych wybiegów. Etos rycerski był przede wszystkim zachętą do spełniania podczas wojny najwyższych wymogów moralnych.
O tym, jak znaczące jest moralne męstwo mówił Sokrates w platońskim „Państwie”. Twierdził nawet paradoksalnie, że odwaga jest wyższą formą rozumu: „Mężnymi więc (…) nazywa się ludzi za to, że narażają się na przykrości. Dlatego, że męstwo jest źródłem przykrości i słusznie bywa przedmiotem pochwał, jako że trudniej jest znosić przykrości aniżeli przyjemności (…) Śmierć i rany będą dla człowieka mężnego czymś przykrym i woli jego przeciwnym, będzie się jednak na nie narażał, ponieważ takie postępowanie jest moralnie piękne”.
To nie koniec. Dla Sokratesa dobrowolne narażenie się na przykrości jest emanacją jakości samego życia. W tej optyce etos rycerski jest dążeniem do walki moralnej twarzą w twarz, w krótkim dystansie, na wyciągnięcie miecza. Victor David Hanson w dziele „Zachodni sposób walki” ze zdziwieniem konstatuje, że Grecy rzadko stosowali nawet najbardziej podstawowe zasady taktyczne. W odróżnieniu od Persa grecki hoplita gardził łukiem. Bowiem zabijanie przeciwnika z dużej odległości byłoby w greckim pojęciu czymś niegodnym, a nawet mówiąc górnolotnie – niemoralnym.
Dla Greka ery klasycznej obecne amerykańsko-izraelskie naloty na Iran byłyby czymś nie do pojęcia. Grecy z pewnością sławiliby sprawność współczesnego oręża, jego technologiczne zaawansowanie, lecz ataki horyzontalne, anonimowe, z dalekiej odległości przypominałyby im perską, nomen omen, dzicz.
Namawiany do działań wojennych pod osłoną nocy Aleksander Wielki kategorycznie odmawiał. Macedończyk wolałby sromotnie przegrać bitwę niż hańbić swoje imię niegodnymi fintami i fortelami.

Dla Greka ery klasycznej obecne amerykańsko-izraelskie naloty na Iran byłyby czymś nie do pojęcia. (fot. Shutterstock / Shutterstock)
Achilles, „hybris” i granice męstwa w świecie Homera
Bywało jednak różnie. Nawet w świecie antycznym zdarzały się epizody mniej chwalebne, gdzie zamiast etycznych uniesień i zasady rozumu wygrywała zasada serca.
Wojna trojańska była przecież emanacją „hybris”, swego rodzaju opowieścią o szaleństwie, o zbezczeszczeniu i zatruciu duszy żądzą niepohamowanej zemsty. Achilles, złamany śmiercią Patroklesa, popada w odmęty rewanżyzmu, a kościec jego duszy rozpada się na tysiące kawałków. Owładnięty szaleństwem Achilles przestaje być roztropny. Pozbawiony mądrości i dobra bohater „Iliady” owładnięty jest niemożnością zaspokojenia swojego gniewu. Pamiętamy, jak ciągnie za swoim rydwanem zwłoki Hektora i przez dwanaście długich dni nie oddaje pogrążonemu w smutku Priamowi ciało ukochanego syna.
„Odyseja” jest opowieścią o łzach. „Iliada” natomiast spływa krwią. Do tego stopnia, że bogowie Olimpu obserwujący rozwój wydarzeń pod murami Troi zdegustowani są ludźmi. W eposie Homera jest przejmujący opis rzek spływających krwią.
Płaczący za domem Odys wylewa łzy rozsądku. Natomiast Achilles szlocha łzami pełnymi furii, która sprowadza na ludzi i zwierzęta długie lata nieszczęść.
Nawiasem mówiąc, oficjalny kryptonim operacji wojskowej na Bliskim Wschodzie przybliża nas bardziej do achillesowej „hybris” – „Epicka Furia” – niż do roztropności Odysa, którego zadaniem jest przywrócić ład i harmonię na rodzimej Itace. Bowiem pragnienie achillesowej zemsty wywołuje zachwianie kosmosu nieba i ziemi, wpędzając świat ludzi w odmęty chaosu, którego trudno zatrzymać. „Hybris” to moce niebezpieczne, trudne do ujarzmienia. I tę lekcję Greków warto zapamiętać.
Uderzenia na Iran wpisują się w nowoczesne, militarne wzory. Najważniejsze okazują się skuteczność i pragmatyka, a nie wzniesienie się na wyżyny moralnej etyki. Amerykanie i Izraelczycy, niczym perscy łucznicy, uderzają z powietrza, bronią dalekiego zasięgu. W oficjalnych komunikatach czyni się apologetykę „chirurgicznych” ataków, rakiet spadających z milimetrową precyzją, rozpoznania strategicznych obiektów. Założenie jest proste: wyjść z operacji bez zgrzytów i ludzkich strat. Uderzać i znikać. Od kilku dni oglądamy wojnę z perspektywy okrętowych peryskopów i celowników na podczerwieni. Co ciekawe, współczesna wojna wyzuta jest z konkretności, coraz bardziej przypomina komputerową grę. Jej cechą dystynktywną okazuje się horyzontalny dystans, w odróżnieniu od koszmaru bezpośredniej horyzontalności.
Giulio Douhet i teoria bombardowania strategicznego
O fundamentalnej zmianie charakteru wojny pisał już w 1921 r. włoski generał Giulio Douhet w opublikowanej książce o wymownym tytule „Il dominio dell’aria (Panowanie w powietrzu – red.). Teza Douheta na początku dwudziestego wieku była radykalna: samolot całkowicie odmieni naturę wojny i uczyni armie lądowe przestarzałymi, niemal zbytecznymi. Bezpośrednie uderzenia w ośrodki przemysłowe, infrastrukturę oraz ludność cywilną przeciwnika miały w zamierzeniu teoretyka wojny wywołać tak szybkie załamanie moralne, że bitwa zostałaby wygrana jeszcze przed realną mobilizacją wojsk lądowych.
W perspektywie deterministycznej wywód Douheta wychodzi od uwarunkowań geograficznych. Dopóki człowiek nie potrafił latać, był zmuszony dostosowywać wszystkie swoje działania, zwłaszcza działania wojenne, do ukształtowania terenu. Horyzontalna rzeźba narzucała wojnie jej warunki i zasadnicze cechy, stwierdzał Douhet.
Zgodnie z tą logiką rozszerzenie pola walki poza wszelkie dotychczasowe ograniczenia, dzięki wynalezieniu samolotu, pociąga za sobą również nową teorię prowadzącą do zwycięstwa. Działanie lotnicze nie jest ograniczone przez nic z tego, co od najdawniejszych czasów określało warunki i charakter wojny. Nowa wojna może dać się odczuć bezpośrednio poza zasięgiem broni lądowej i morskiej.
Wraz z wzbiciem się w przestworza pola bitwy nie były już krępowane ani ukształtowaniem terenu, ani przestrzenią; wyznaczać je miały jedynie granice walczących państw.
Po traumie I wojny światowej, prowadzonej w okopach, oraz u progu faszystowskiego ventennio we Włoszech, Douhet formułował swoje projekcje z precyzją, która miała mieć ambicje naukowe. Wedle teoretyka wojny kilkaset ton bomb zrzuconych na wielkie miasta mogłoby wystarczyć do złamania woli walki przeciwnika w ciągu 48-72 godzin.
„To, co wydarza się w jednym mieście, może tego samego dnia wydarzyć się w dziesięciu, dwudziestu, pięćdziesięciu wielkich ośrodkach, a wraz z rozchodzeniem się wiadomości inne centra poczują się zagrożone. Jakie dowództwo będzie na tyle silne, by utrzymać porządek? Jak zapewnić regularne funkcjonowanie służb? Jak pracować w fabrykach?” – zastanawiał się na stronach „Panowania w powietrzu” Giulio Douhet. I dodawał: „A nawet jeśli utrzyma się pozory porządku, nawet jeśli jakaś praca będzie mogła być wykonywana, czy nie wystarczy widok jednego nieprzyjacielskiego samolotu, by wywołać potężną panikę? Normalne życie nie może toczyć się w nieustannym koszmarze, pod groźbą zniszczenia i śmierci.A jeśli drugiego dnia dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt ośrodków zostanie zbombardowanych, kto powstrzyma zrozpaczoną ludność przed ucieczką na wieś? Niezbędnie dojdzie do głębokiego rozpadu narodowego organizmu. Nadejdzie moment, w którym ludność, kierowana wyłącznie instynktem samozachowawczym, zażąda, za wszelką cenę, zakończenia walki, być może nawet zanim armia zostanie zmobilizowana, zanim flota opuści porty”.
Ten fundamentalny tekst, szeroko dyskutowany i cytowany, jest do dziś przedmiotem studiów i analiz w szkołach wojennych całego świata. „Panowanie w powietrzu” stało się dziełem kanonicznym, wprowadziło do doktryn militarnych teorię „bombardowania strategicznego”.
W latach 1939-1945 doktryna Douheta przeszła swój pierwszy wielki test w warunkach globalnego konfliktu. Wojna nie tylko zweryfikowała jej założenia, ale też ujawniła istotne ograniczenia. Bombardowania Warszawy czy Londynu dokonane przez Luftwaffe nie tylko nie złamały wewnętrznego oporu, lecz wzmocniły zaatakowane wspólnoty, spotęgowały determinację do walki oraz chęć odwetu na agresorze. Co więcej, Douhet uważał, że efekt psychologiczny, strach i chaos, pozwoli osiągnąć zwycięstwo bez konieczności fizycznego zniszczenia wszystkich celów. Włoch i tutaj się mylił.
Również alianckie bombardowania Niemiec nie przyniosły natychmiastowego efektu, jaki przewidywał włoski myśliciel. Jak wynika z raportu United States Strategic Bombing Survey z 1945 r., mimo intensywnych nalotów produkcja przemysłowa III Rzeszy rosła aż do 1944 r.
Dopiero bezpośrednia okupacja terytorium Niemiec przez wojska alianckie doprowadziła do zakończenia krwawego konfliktu. A same bombardowania, choć wyniszczające i tragiczne w skutkach dla ludności cywilnej, nie były wystarczające, by złamać potencjał nazistowskiego państwa.
Na korzyść naukowych intuicji Douheta często przywołuje się przykład Japonii i wojny na Pacyfiku. Po zrzuceniu bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki Japonia skapitulowała 2 września 1945 r. Jednak wielu historyków podkreśla, że równie istotnym czynnikiem była decyzja Związku Radzieckiego o przystąpieniu do wojny przeciw Japonii 8 sierpnia 1945 r. Radziecka ofensywa w Mandżurii zniweczyła nadzieje Tokio na mediację Moskwy i otworzyła perspektywę inwazji od północy. W ocenie części badaczy to właśnie połączenie obu czynników, zarówno atomowego jak i geopolitycznego, przesądziło o decyzji cesarza Hirohito o złożeniu kapitulacji.
Już po zakończeniu II wojny światowej było jasne, że „masowe bombardowania”, choć stanowiły potężne narzędzie militarne, nie zawsze prowadziły do szybkiego i jednoznacznego rozstrzygnięcia konfliktu. Doświadczenia wojenne wprowadziły istotne zastrzeżenia do doktryny Douheta – szczególnie w kontekście późniejszej broni atomowej.
Czy współczesna wojna to triumf skuteczności nad etyką?
Wojna udowodniła, że morale społeczeństw, zdolność adaptacji przemysłu oraz czynniki polityczne i geostrategiczne mogą znacząco osłabić skuteczność nawet najbardziej niszczycielskiej siły ognia. Bombardowanie strategiczne nie okazało się „bronią absolutną”, jaką wyobrażał sobie jego najgłośniejszy teoretyk.
Nie oddaliliśmy się od Greków tak bardzo, jak sądzimy. Zmieniliśmy jedynie scenerię – zamiast równin pod Troją mamy mapy satelitarne, zamiast włóczni i tarcz – systemy naprowadzania. Lecz dramat pozostaje ten sam: między męstwem a szałem, między rozumem a „hybris”. Douhet wierzył w potęgę techniki, Grecy - w etos bezpośredniego starcia. Doświadczenie XX wieku pokazało, że ani moralna wzniosłość, ani technologiczna przewaga nie znoszą tragizmu wojny. Zmienia się jej forma, lecz nie jej ciężar.

