Gimnazjalista Czesław Miłosz na lekcjach rysował, znudzony, mapy idealnego kraju, który, jak wspomina, „składał się wyłącznie z lasów. Nie było dróg, tylko rzeki i kanały”, a jego obywatelstwem cieszyły się rysie, niedźwiedzie, bobry i liczne ptaki. Wielu z nas rysuje w szkole takie mapy; czasem, włócząc się po górach, stara się omijać na mapie wzrokiem wyraźne czarno-czerwone pasmo oznaczające przebieg granicy, by móc dłużej łudzić się, że zostawiwszy w dole wioskę z nieuchronną Żabką, remizą OSP i kolekturą wspinamy się ku terenom nietkniętym, jak dawniej mawiano, ludzką stopą, ciągnące się aż po horyzont.
Karpaty jako osobny świat
Później godzimy się z tym, że umiarkowanie dzikie tereny znaleźć można (przynajmniej w Europie Środkowej) tylko w kilku parkach narodowych i na kilku wspinaczkach, a państwa, w których żyjemy i którymi zajmują się historycy, rozwijały się za sprawą wydarzeń politycznych i zazwyczaj kontrolowane były, lepiej lub gorzej, przez jakąś władzę centralną. Nawet, jeśli piszący ich historię autor poświęci łaskawie stronę czy dwie miejscowym glebom, uprawom czy biegowi rzek – przerzucamy niecierpliwie tę kartkę wiedząc, że tak naprawdę znaczenie mają wojny, rewolucje, wynalazki, w ostateczności – zamachy stanu czy książki.
A później… Później odkrywamy „Morze Śródziemne i świat śródziemnomorski w epoce Filipa II” (na szczęście kilkukrotnie wydawane również w Polsce), czyli opowieść nie o polityce, lecz o całej cywilizacji. Być może też legendę o narodzinach książki w niemieckim oflagu, gdzie przez pięć lat wojny pisał ją jeden z największych, a na pewno najsłynniejszych historyków XX w., Fernand Braudel.
Oczywiście, Braudel nie był pierwszym, który chciał odejść od tradycyjnej, „politycznej” historiografii, by sięgając do badań z zakresu klimatu, geologii, botaniki i historii gospodarczej, badając przekroje pni oliwek i narzędzia rolnicze stworzyć historię cywilizacji: marzenie o połączeniu wysiłków dwóch muz, geografii i historii żywe było w humanistyce europejskiej co najmniej od połowy XIX w. Tyle, że to Braudelowi udało się wyjść poza wąski krąg badaczy, zmienić nasze rozumienie przeszłości na tyle, by zaczęły powstawać kolejne „historie” puszcz, lodowców, rzek i pustyń. Nie ma historii bez człowieka, nie chodzi więc w tych książkach o ich przeszłość geologiczną, ani o królestwa rysiów, niedźwiedzi i bobrów, lecz o losy ludzi, którzy wędrowali tymi szlakami, wspólnot ludzkich, które tam się osiedlały: nadal poddanych kaprysom okrutnych bóstw wojen, epidemii i wyzysku, ale zdeterminowanych przez wody, wiatry i śniegi, które dla danego obszaru okazywały się ważniejsze niż kapryśne granice państw.
Braudel spotyka Karpaty
Taką właśnie książką – historią cywilizacji lesistego, granitowego półksiężyca, jedną z najlepszych z „braudelowskiej” rodziny, porównywalną może tylko z „Dunajem” Claudio Magrisa – jest opowieść o Karpatach Macieja Janowskiego: bagatela, dyrektora Instytutu Historii PAN, lecz również (jak można się domyślić z kilku nader plastycznych opisów piarżyska czy młaki i z zamieszczonych w książce fotogramów) – włóczęgi, dla którego, jak pisze w pierwszym zdaniu wstępu, „niemal od zawsze wakacje były w górach”.
Aksjomatem tej książki jest przekonanie o istnieniu „górskości” – czyli splotu fizycznych uwarunkowań, z których wyrastają „karpackie” (wspólne zresztą wielu łańcuchom górskim basenu Morza Śródziemnego i Azji Zachodniej) determinanty: większy niż na nizinach udział hodowli zwierząt i jej organizacji (pasterstwo), ważna rola lasu, inne ukształtowanie przestrzenne i „przemysły” wsi. Ale też – mniejsza dokuczliwość pańszczyzny, większa swoboda społeczna i indywidualna (z którą współistnieje jednak fenomen zbójnictwa!) i izolacja – ale też „pograniczność”, sprzyjająca się mieszaniu się gwar i wyznań.
Tak, to historia pełna paradoksów (ślebioda i zbójnictwo, izolacja i wędrówka), historia znakomicie łącząca jedność (determinującej losy ludzkie, nawet w XXI w., „górskości”) z oszałamiającą różnorodnością państw i najeźdźców, plemion i kultur, ba – pasm górskich i mikroregionów: bez większego trudu rozróżniamy zwykle Beskid Śląski, Pieniny i Czarnohorę, ale kto potrafi wskazać na mapie współtworzące Karpaty Góry Inowieckie, Wzgórza Tokajskie czy Masyw Parâng?
Historyk, który byłby po prostu pilny i wytrwały, utonąłby w tej opowieści rozciągniętej na 200 tys. kilometrów kwadratowych, kilka(dziesiąt) tysiącleci (krzemienne pięściaki z jaskini Szeleta w Górach Bukowych pochodzą co najmniej z 35. tysiąclecia p.n. Chr.), kopę republik i królestw. Miarą klasy tej książki jest to że, przywołując setki epizodów i relacji, wyczytanych przez autora nie tylko po francusku, czesku i słowacku, lecz również po łacinie, rumuńsku i węgiersku – kreśli zarazem, niczym wododziały, ogromne linie rozwojowe, ukazujące jedność losów całych Karpat, które doświadczyły od końca starożytności dwóch wielkich epok.
Najpierw czasu „bydła, pasterzy i siana”, czyli wędrówek pasterzy i kupców, a zarazem – czterech wielkich fal napływowych: słowiańskiej, węgierskiej, wołoskiej i niemieckiej. Potem, w późnej epoce nowożytnej, stały się Karpaty przedmiotem zainteresowania urzędników, geologów, turystów i żołnierzy: co zaczęło się progresem kolei żelaznej, uciechami turystów i wzruszeniami romantyków oraz patriotów, „białym szaleństwem” i znakowaniem szlaków – skończyło się rzezią ofensywy gorlickiej w roku 1915, ludobójstwami i wysiedleniami w niecałych 30 lat później. Wszystkie te doświadczenia jednak odkładały się: to z nich, jak w typowych dla regionu skał fliszowych, zbudowana jest historia ludzi, mieszkających w Karpatach. Jej opis pióra Janowskiego jest jak sumi-e, japoński rysunek tuszem: obok mocnych smug kaligraficzne, cienkie kreski.
Maciej Janowski, „Karpaty. Opowieść o pewnych górach”, Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków, 2025, 804 s.

