Reklama
Reklama
Moto

Maksymalne ceny paliw. Węgrzy próbowali i polegli. My skończymy tak samo

Rządowy program CPN („Ceny paliw niżej”) działa od wtorku. Cena benzyny ma spaść średnio o złotówkę na litrze, co sprawi, że będziemy mieć najtańsze paliwo w Unii Europejskiej. Minister zapowiada kary dla stacji, które przekroczą cenę maksymalną.

Tymon Grabowski
Felieton autorstwa: Tymon Grabowski
31 marca
5 minut
Niemcy nalewają tanie polskie paliwo do swoich kanistrów za sprawą maksymalnych cen paliw. (fot. Pixabay - Matteo Baronti)

Reklama

  • W 2021 r. premier Węgier wprowadził maksymalne ceny paliw. Benzyna miała kosztować (w przeliczeniu) nie więcej niż 6,06 zł.
  • Program trwał nieco ponad rok i zakończył się przed zaplanowanym terminem, ponieważ... zabrakło paliw na stacjach.
  • Wielu stacjom bardziej opłacało się nie sprzedawać paliwa niż je sprzedawać.

Reklama

Paliwo jeszcze nigdy nie było tak drogie. Wczoraj widziałem olej napędowy za 8,99 zł za litr. To oczywiście efekt działań wojennych na Bliskim Wschodzie i blokady cieśniny Ormuz, którą płynie ropa z Iranu. Można mieć jednak wrażenie, że stacje benzynowe, korzystając z zamieszania, podniosły ceny w sposób spekulacyjny. Tak najwyraźniej uznał rząd, wprowadzając w nieco panicznym trybie program „Ceny paliw niżej”, który przewiduje maksymalne ceny za litr benzyny i oleju napędowego.

6,16 zł za benzynę, 7,60 zł za olej napędowy

Tyle ma kosztować paliwo w teorii już od dzisiaj. Przedstawiciele rządu tłumaczyli w telewizji ustami ministra Miłosza Motyki, że zaplanowane maksimum cenowe zostało ustalone z uwzględnieniem cen rynkowych i pozwala stacjom benzynowym na przetrwanie, a do tego władze będą na bieżąco monitorować ceny ropy i reagować, zmieniając je w górę lub w dół w zależności od rozwoju sytuacji. Kierowcy raczej się ucieszą, problem polega jednak na tym, że maksymalne ceny paliw mają swoje dalekosiężne, negatywne konsekwencje, przed którymi zapewne się nie uchronimy. Powtarzamy scenariusz węgierski, przynajmniej wiele na to wskazuje.

Czy nie możemy się nauczyć na cudzych błędach?

Znaczna obniżka cen paliw na polskich stacjach spowoduje gigantyczne zainteresowanie ze strony naszych sąsiadów. A to tylko początek – Niemcy i Czesi wydrenują przygraniczne stacje z paliwa, co zmusi nas do wprowadzenia limitów dla cudzoziemców. Inaczej nasz własny program będzie służył obywatelom innych krajów. Na Węgrzech paliwo na przygranicznych stacjach zniknęło w ciągu kilku tygodni, a kolejki na przejściach granicznych z Serbią i Słowacją ciągnęły się w nieskończoność. Z czasem rząd zakazał tankować cudzoziemcom w ogóle. 


Reklama

Na razie podobną sytuację mamy na Słowacji – tam paliwo było tańsze niż w Polsce, więc najpierw Polacy osuszyli zbiorniki na stacjach w tym kraju, a potem rząd Roberta Fico nakazał wprowadzić ograniczenie: jeden zbiornik paliwa na jednego cudzoziemca, ale z limitem 400 euro. Podobno szumnie zapowiadane rządowe ograniczenia nie weszły tam na razie w życie z powodu braku przepisów wykonawczych. 


Reklama

Węgrzy w 2022 r. wycofali się z cen maksymalnych, bo stacjom nie opłacało się sprzedawać paliwa

Jeśli tracisz pieniądze na każdym sprzedanym litrze, to niesprzedawanie jest bardziej uzasadnione ekonomicznie niż sprzedawanie. Ale spokojnie, Węgrzy też niczego się nie nauczyli po porażce z roku 2021 i teraz również zamierzają wprowadzić ceny regulowane na poziomie mniej niż 7 zł za litr (ok. 6,75 zł za litr oleju napędowego). Wydaje się już to zupełnie nierealistyczne – być może zaplanowany w Polsce poziom 7,60 zł za litr pozwoli się utrzymać stacjom benzynowym, na Węgrzech czarno to widzę. Ale chyba się przyzwyczaili.

Dlaczego maksymalne ceny paliwa to zły pomysł?

Rząd nie ma wpływu na ceny surowca. Zasadne jest reagowanie na sytuację na rynkach przez choćby tymczasowe obniżenie podatku na paliwa, ale ustalanie ceny maksymalnej trochę trąci czasami PRL. Nagle jeden bardzo ważny sektor gospodarki staje się centralnie sterowany. W Polsce mamy nieco poniżej czterech tysięcy niezależnych stacji paliw, które będą musiały jakoś się utrzymać przy sztucznie obniżonej cenie detalicznej paliwa. Trudno też uwierzyć w zapewnienia rządu o elastycznej cenie maksymalnej uzależnionej na bieżąco od cen ropy na rynkach światowych. 

Nie jestem ekspertem od rynku paliw, po prostu nie chcę zobaczyć tabliczki „BRAK BENZYNY”

To, że koncerny paliwowe korzystają z sytuacji i podnoszą ceny, chcąc szybko zarobić, wydaje się naturalne. Każda kryzysowa sytuacja tak działa – można nieźle się obłowić na towarze, który ma słabą elastyczność popytową. Ludzie tankować muszą tak czy inaczej, więc podnosi się ceny, testując ich wytrzymałość.

Przychodzi jednak moment przełamania, po którym popyt zaczyna spadać i wtedy następuje też normalizacja cen. Jeśli rząd nadmiernie się w to wtrąci, ograniczając do minimum możliwość zarabiania, przyjdzie taki dzień, że na stację benzynową można będzie tylko pójść po hot-doga i piwo. Czy następny będzie powrót znanych z lat 80. kartek?