Biznes

Wodór po niemiecku. Wielkie ambicje i drogi rachunek

Dzięki ogólnokrajowej sieci wodorowej Niemcy planują uniezależnić się od paliw kopalnych, a zwłaszcza konieczności zakupu olbrzymich ilości gazu. Projekt Kernnetz ma też zapewnić zeroemisyjną energię niemieckiemu przemysłowi. Wśród mnóstwa zalet ma on jedną słabość. Jest nią ślepa wiara, że wodór kiedyś będzie tani.

Andrzej Krajewski
Felieton autorstwa: Andrzej Krajewski
08 lutego
11 minut

Reklama

TYLKO NA

Cegielnia Janinhoff w Münster pod koniec ubiegłego roku stała się najsławniejszą firmą rodzinną w Niemczech. Od 1907 r. przedsiębiorstwem z pokolenia na pokolenie zarządzają członkowie tej samej familii.


Reklama

Obecnie są to małżonkowie Hubertus Foyer i Ute Janinhoff-Foyer. Dzięki ich inicjatywie cegielnia ma stać się pierwszym w RFN przedsiębiorstwem, które zrezygnuje ze spalania gazu, zastępując go wodorem.

„Firma podkreśla, że ​​produkcja klinkieru jest bardzo energochłonna: na jedną tonę potrzeba około 1,7 megawatogodziny energii. Gaz ziemny był dotychczas najważniejszym źródłem energii w niemieckim przemyśle cegielnianym, generując roczną emisję około 1,74 miliona ton CO2” – doniósł portal „chip.de” 27 listopada 2025 r. Ale to ma się wkrótce zmienić i cegielnia Janinhoff to: „wzór do naśladowania dla średnich przedsiębiorstw”.

Podobny entuzjazm można odnaleźć w reportażu radia WDR 5, prezentującym słuchaczom tę wzorcową cegielnię.


Reklama

„Aby osiągnąć transformację energetyczną, musimy ograniczyć emisję CO2. Mogą to zrobić przede wszystkim gałęzie przemysłu, które wcześniej emitowały szczególnie duże ilości gazów szkodliwych dla klimatu” – podkreślono w WDR 5.


Reklama

Firmę rodziny Janinhoff chwaliły też inne media. Zaś władze Münster ogłosiły, że przygotują niezbędne zmiany planu zagospodarowania przestrzennego, aby cegielnia mogła bez problemu zostać podłączona do wodorociągu.

Przy tej okazji wspomniano, iż modernizację systemu spalania i suszenia w zakładzie, żeby mógł on być zasilany wodorem, przeprowadzana się dzięki 60 mln euro, które przekazał jeszcze w 2024 r. ówczesny minister gospodarki Robert Habeck. W zamian rodzina Janinhoff zobowiązała się, iż zredukuje emisję dwutlenku węgla w firmie o 60 proc. do 2030 r. i aż o 90 proc. do 2042 r.

Przypomnienie o umowie, jaką cegielnia podpisała z rządem sprawiło, iż zwrócono uwagę na drobny punkt w niej zawarty. Oto rząd federalny zobowiązał się, iż będzie pokrywał różnicę w kosztach spalania między gazem ziemnym a wodorem. A jest ona – delikatnie mówiąc – znaczna. Biorąc pod uwagę rynkowe ceny,  uzyskanie jednej megawatogodziny (MWh) energii cieplnej ze spalenia gazu ziemnego kosztuje ok. 40 euro (bez podatków).  W przypadku „zielonego wodoru”, czyli wytworzonego bez emisji dwutlenku węgla, jest to ok. 210 euro. Ten fakt zauważyli i zaczęli krytykować użytkownicy mediów społecznościowych.


Reklama

Znany ze swego konserwatyzmu polityk CDU Gundolf Siebeke wyliczył nawet, że niemiecki podatnik będzie dopłacał firmie Janinhoff aż 25 mln euro rocznie, by po zmianie źródła energii mogła pozostać konkurencyjna wobec innych cegielni. „Większego szaleństwa nie można sobie wyobrazić!” – pieklił się Siebeke na portalu X.


Reklama

Oznacza to, iż wyobraźnia polityka ma swoje ograniczenia. Przecież w ciągu kilku najbliższych lat, wedle rządowych planów, firmy i elektrownie w RFN mają zacząć przechodzić na wodór jako podstawowy nośnik energii cieplnej. Temu służy zatwierdzony w październiku 2024 r. projekt Kernnetz.

Jego kluczowym elementem jest powstanie w Niemczech sieci wodorociagów o łącznej długości 9040 km. Tak, aby każdy chętny mógł się najpóźniej w 2032 r. podłączyć do tzw. wodorowej sieci szkieletowej i czerpać z niej gaz.


Reklama

Na pierwszy rzut oka wygląda to znakomicie i ma kosztować marne 20 mld euro, bo większość sieci będą tworzyły stare gazociągi po odpowiednim ich zmodernizowaniu. Jednak diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach.


Reklama

Broń ostateczna Energiewende 

„Angela Merkel chce, aby kluczowa technologia zielonego wodoru pochodziła z Niemiec” – doniósł czytelnikom 19 maja 2021 r. magazyn ekonomiczny „Wirtschaftswoche”. Swoje życzenie pani kanclerz wyraziła podczas kongresu zorganizowanego w Berlinie przez promujące innowacyjność stowarzyszenia Stifterverband für die Deutsche Wissenschaft.

„Zielony wodór odgrywa kluczową rolę w zwiększaniu zrównoważenia dostaw energii i jednoczesnym otwieraniu nowych rynków – powiedziała Merkel w środę podczas «Szczytu Innowacji»” – precyzował „Wirtschaftswoche”.

W tym czasie stało się zauważalne, iż po piętnastu latach wcielania w życie Energiewende  pędzi na zderzenie ze ścianą. Im większy udział w systemie energetycznym Niemiec miały odnawialne źródła, tym bardziej stawał się on niestabilny oraz mniej wydajny.

Tymczasem wkrótce zamierzano wygasić ostatnie elektrownie jądrowe oraz sukcesywnie likwidować koleje opalane węglem. Założono przecież, że RFN do 2045 r. przekształci się w państwo neutralne klimatycznie, a nowe elektrownie gazowe są jedynie projektem przejściowym na dwie dekady.


Reklama

Prawa fizyki nijak nie chciały się nagiąć do wszechobecnej narracji o zbawczej mocy OZE. Niemcy, pragnąc nadal cieszyć się dostępem do prądu, musieli posiadać także jego źródła w pełni sterowalne oraz niezależne od pogody i pory dnia. System energetyczny potrzebował zatem magazynów energii oraz klasycznych elektrowni. Kanclerz Merkel zdecydowała więc, iż w ciągu kilkunastu lat gaz i węgiel zastąpi pozyskiwany z wody wodór.

Kilka miesięcy później, podczas przygotowań Rosji do inwazji na Ukrainę, Gazprom gwałtownie zredukował dostawy gazu ziemnego dla odbiorców w Europie Zachodniej. Tak inicjując kryzys energetyczny i skokowy wzrost cen energii. Za rządów koalicji „sygnalizacji świetlnej” SPD-FDP-Zieloni, z dnia na dzień, wodór awansował do rangi kluczowego filaru niemieckiej transformacji energetycznej.

Rząd kanclerza Scholza zmotywowała też przyśpieszająca deelektryfikacja Niemiec. Oto bowiem między rokiem 2017 a 2024 zdolność niemieckiego systemu energetycznego do produkcji prądu spadła o ponad 30 proc. z ok. 652 terawatogodzin (TWh) do zaledwie ok. 431 TWh obecnie. Nowe farmy wiatrowe nie zdołały zastąpić wyłączonych reaktorów jądrowych.


Reklama

Zatem pozyskiwany z wody wodór, który zasiliłby zaadoptowane do jego użytkowania elektronie gazowe, jawił się jako znakomity pomysł. Tym bardziej, że można by nim opalać nie tylko cegielnie, ale też używać wszędzie tam, gdzie niezbędne są wysokotemperaturowe procesy technologiczne – do wytapiania „zielonej stali”, produkcji „zielonego cementu” i „zielonej ceramiki”. Uzyskując je bez emisji dwutlenku węgla. Na koniec wodór da się spożytkować do magazynowania energii.


Reklama

Niestety, granicę między teoriami a realnym życiem wyznacza diabelski wynalazek nazywany rachunkiem ekonomicznym. „Zielony wodór” jest bowiem koszmarnie drogi. Nadzieje, iż w końcu powstaną technologie zdolne zredukować koszty jego uzyskania, oczywiście są, lecz cały czas, nie chcąc przejść ze sfery prób i marzeń, do codziennej praktyki.

Syndrom Mefistofelesa

Wodór to najprostszy z pierwiastków. W swej najczęściej występującej formie składa się zaledwie z jednego protonu, który obiega jeden elektron. Dlatego od momentu, kiedy w 1766 r. jego właściwości opisał Henry Cavendish, największy problem stanowiło, jak go magazynować. Ta mała cząsteczka potrafiła „uciec” dosłownie z każdego zbiornika.

Wyobraźmy sobie magazyn wodoru wypełniony po brzegi gazem wartym miliony euro. I nagle odkrywamy, że drogocenny materiał energetyczny się ulotnił. Poza tym wodór niezwykle łatwo się zapala, a jego płomień osiąga temperaturę ok. 2,2 tys. stopni Celsjusza. Jak bywa to niebezpieczne, boleśnie przekonywali się pasażerowie niemieckich sterowców.


Reklama

Po dekadach zmagań dopiero kilkanaście lat temu naukowcom udało się opracować materiały oparte na polimerach i włóknach węglowych, z których wykonane zbiorniki oraz rury okazują się zadawalająco wodoroszczelne. Nauczono się też tworzyć związki wodoru z amoniakiem zdatne do bezpiecznego transportu. Jedyne, z czym sobie dotąd nie poradzono, to rachunek ekonomiczny.


Reklama

Wodór najłatwiej jest uzyskać z gazu ziemnego. Propan czy butan to prosty związek węgla i wodoru. Wystarczy potraktować go gorącą parą wodną pod ciśnieniem z dodatkiem katalizatora, a od ręki otrzymamy wodór w czystej postaci.

Niestety, produktem ubocznym jest dwutlenek węgla. Zatem czy spalimy gaz ziemny, czy przerobimy go na wodór, tak czy siak emitujemy CO2. I tu pierwszy raz wkracza rachunek ekonomiczny, bo tzw. reforming parowy gazu ziemnego generuje koszty. Jakby nie kombinować, bardziej kalkuluje się spalić gaz i wyemitować CO2 niż najpierw wyemitować CO2, a potem spalić wodór.

Genialnie prostą radą na to wydawało się połącznie odnawialnych źródeł energii z urządzeniem do elektrolizy, czyli rozbijającym cząsteczki wody na wodór i tlen przy pomocy ładunku elektrycznego. Wiatr i słońce są za darmo, a wody nadal w Europie jest całkiem sporo. Niestety,  zupełnie jak z umową między Mefistofelesem a Faustem o nabycie duszy –  coś, co wydaje się darmowe, zazwyczaj kosztuje najwięcej.


Reklama

Dlaczego tak się dzieje? Na to pytanie odpowiada wspólny raport Deloitte oraz Oeko-Institut z czerwca 2025 r. pt. „Hydrogen production costs”. Znaleźć w nim można zaskakująco długą wyliczankę kolejnych elementów procesu technologicznego. I każdy element kosztuje całkiem sporo.


Reklama

Najciekawszy to anody i katody w elektrolizerach wykonane z drogocennych metali, m.in.: platyny, irydu i rutenu. Jak na złość, szybko się zużywają. Poza tym konieczna jest ciągłość pracy elektrolizera, zatem ten zasilany OZE musi mieć dobudowany magazyn energii lub być podłączony do sieci energetycznej. Tymczasem rozbicie wody na pierwiastki jest bardzo energochłonne. A musi ona być krystalicznie czysta i dejonizowana, bo inaczej zniszczy drogocenną katodę i anodę.

Obok tego dochodzą koszty wytworzenia elektrolizera, inwestycji, obsługi, magazynowania wodoru, przesyłu wodoru, etc. Na koniec dowiadujemy się, że aby wyprodukować w Niemczech statystyczny kilogram „zielonego wodoru” należy wydać 7,50 euro. Aby jego spalanie zaczęło się opłacać, kilogram powinien kosztować mniej niż 3 euro. Acz i wtedy wcale nie robi się tanio.

Jak czytamy w raporcie: „Przy cenach gazu ziemnego na poziomie około 40 EUR/MWh i cenach wodoru na poziomie około 3 EUR/kg, aby zrównoważyć różnicę kosztów, konieczne okazałby by się ceny emisji dwutlenku węgla na poziomie około 280 EUR/t CO2. Gdyby ceny wodoru wynosiły 7,50 EUR/kg, konieczne byłoby ponad 1000 EUR/t CO2”.

Reasumując –  obecnie za emisję tony dwutlenku węgla, wykupując pozwolenie, czyli tzw. unijny ETS, płaci się ok. 90 euro. Gdyby dzięki dokonaniu cudownego skoku technologicznego udało się wytwarzać „zielony wodór” trzy razy taniej niż obecnie, to i tak spalanie gazu ziemnego przestanie się opłacać przy cenie 280 euro za jeden EU ETS!


Reklama

Zaiste jest to diabelska alternatywa, bo takiego poziomu cen uprawnień nie przeżyłyby energetyka i przemysł nie tylko w Polsce, ale nawet w Niemczech.

Czekając na cud

 „Rurociąg OPAL został ułożony ponad 15 lat temu – przebiega przez Brandenburgię. Przez lata transportował gaz ziemny z gazociągu Nord Stream znad Morza Bałtyckiego na południe. (…) Teraz 400 kilometrów rurociągu zostało napełnionych wodorem (…) od portu Lubmin do Bobbau w Saksonii-Anhalt” – doniósł 11 grudnia 2025 r. portal radia informacyjnego „rbb24.de”.

Wodorociąg   Lubmin – Bobbau jest – zgodnie z projektem Kernnetz – pierwszym gotowym elementem wodorowej sieci szkieletowej. Wkrótce będą uruchamiane kolejne. Do 2030 r. mają też zostać zbudowane w RFN elektrolizery o mocy ok. 10 GW.


Reklama

Ale wodór, jaki dostarczą, będzie piekielnie drogi. Dlatego też rząd kanclerza Merza nie ukrywa, iż będzie on stanowił jedynie skromny dodatek do wodoru pozyskanego z gazu ziemnego po przez reforming parowy. Kilogram takowego kosztuje na szczęście jedyne 1,5 euro. Jego produkcję rozkręcają trzy wielkie wodoro-rafinerie w: Dormagen, Leuna i Salzbergen. Plany na przyszłość mówią, iż CO2 przez nie emitowany, zostanie wpompowany pod dno Morza Północnego.


Reklama

Ale ta produkcja i tak okaże się zbyt mała jak na potrzeby RFN. Były minister przemysłu Robert Habeck dwa lata temu na konferencji prasowej 24 lipca 2024 r. przyznał z rozbrajają szczerością: „Rząd niemiecki przewiduje, że krajowe zapotrzebowanie na wodór i jego pochodne wyniesie od 95 do 130 TWh w 2030 r. Z tego około 50 do 70 proc. prawdopodobnie będziemy musieli zaimportować”.

A skoro Berlin nie chce już kupować gazu, gotowość sprzedaży wodoru wytworzonego z gazu wyraziły już: Kanada, Arabia Saudyjska i Kuwejt. Emisję dwutlenku węgla biorą na siebie. Zyski też. Jednocześnie niemieckie państwo, fundując sobie taką transformację energetyczną, będzie musiało sprostać ekonomicznej konkurencji: Chin, Indii oraz USA.

Jeśli więc niejaki Gundolf Siebeke wciąż się upiera, że: „większego szaleństwa nie widział”, to powinien wykazać się odrobiną optymizmu i trochę poczekać, a ma szansę zobaczyć.


Reklama

Źródło: chip.de
Andrzej Krajewski
Andrzej KrajewskiPublicysta, historyk, autor książek „Ropa. Krew cywilizacji” i „Rzeczpospolita kryzysowa”