Dobra, nie było żadnej Moniki i Michała, ale idźmy w to.
Jeszcze zanim wystartowały wybory na przewodniczącego klasy, Monika wiedziała, że Michał to nie lada przeciwnik. Może i nie miał wsparcia kadry nauczycielskiej, ale sporo jego znajomych z wiosek – nawet pomimo tego, że na dwa lata przeniósł się do nowocześniejszej, nielubianej zbytnio szkoły – popierało go na całego. Widać to było przy poprzednich wyborach, kiedy inny kolega z klasy, Romek, przegrał z nim na tyle, że przez pół roku wołali na niego „kretes”.
Może i Michał nie był najlepszym przewodniczącym, ale dotychczas wybór był dość niewielki. Zwłaszcza, kiedy większość klasy była ze sobą pokłócona. Nikt do końca nie wie, o co poszło, ale powodów na pewno było wiele. Tylne ławki opowiadały, że Sylwia, dziewczyna Roberta, wygrała jakiś konkurs, na który miała nie iść, przez co obraził się Włodek. No i na domiar tego Krzysiek poszedł i naskarżył nauczycielom, że inni bawią się bez niego. Istny cyrk. A wtedy jeszcze w cyrkach były zwierzęta.
Pomimo zaciętości Michała, Monika czuła, że to odpowiedni moment, żeby rzucić mu wyzwanie. Musiała się jednak do tego odpowiednio przygotować. Nie mogła dać ciała. Wiedziała, że są ludzie, którzy będą się uważnie przyglądać jej potyczce. Aż bała się pomyśleć, co by powiedziały jej koleżanki z innych szkół, gdyby okazało się, że nie dała rady wygrać. Już czuła na plecach śmiech tej długowłosej blondyny z warkoczem, Marty. Ona też walczyła, żeby zostać przewodniczącą swojej klasy – i, delikatnie mówiąc, nie była to czysta walka.
Ale wracając. Monika postanowiła przygotować się na całego. Po pierwsze, o pomoc poprosiła swoich znajomych z Warszawy. Na nich prawie zawsze mogła liczyć. Była pewna, że i tym razem nie zawiodą. Zwłaszcza Ania. Po drugie, z ogłoszeniem startu czekała niemal do samych wyborów. Chciała uśpić czujność przeciwnika. Decyzję przekazała dopiero na tydzień przed nimi i to nie w szkole podczas zajęć, a w weekend podczas zorganizowanego przez siebie przyjęcia.
Na tym jednak nie koniec. Wiedziała, że ma w zanadrzu jeszcze jedno: pana Donalda, nauczyciela historii. Od dawna była jedną z jego ulubienic. Regularnie uczęszczała na prowadzone przez niego kółko historyczne. Została nawet jego wiceszefową i kiedy tylko Włodek ze starszego rocznika nie pojawiał się na spotkaniach, mogła otwierać posiedzenia.
Pan Donald miał posłuch wśród uczniów, a przynajmniej ich części. Wybory na najlepszego nauczyciela wygrał, zdobywając aż 97 proc. głosów. Nikt nie odważył się stanąć z nim w szranki. Co prawda znajomi z innych placówek podśmiewali się, że wynik jak z Białorusi czy Korei Północnej, ale miał to gdzieś. W końcu znał się na swoim przedmiocie i wiedział, że władza to władza – nieważne, jak zdobyta.
Przed samymi wyborami „Donek” dał Monice kilka wskazówek. Z takim wsparciem musiała wygrać. Ale nic z tego. Nie udało się. Zabrakło jej sześciu głosów. Zaledwie sześciu głosów. Tak niewiele. Najgorsze, że nie wiedziała, czyje głosy zaważyły. Pewnie tych kilku osób, których nie zaprosiła na imprezę tydzień wcześniej.
Nie mogła się z tym pogodzić. Zaczęła krzyczeć, że składa protest wyborczy. Podpowiedział jej to Roman – nie mylić z Romkiem, co to wcześniej przegrał z Michałem – który protesty składał, jak jego kolega Rafał przegrał z Karolem. Podobno nadal liczą głosy.
Monika wzięła to sobie do serca. Wysłała do wszystkich uczniów i nauczycieli list, w którym stwierdziła, że nie dość, że głosowanie nie było wystarczająco tajne, a na głosujących miał być wywierany wpływ, to jeszcze podczas wyborów w klasie prowadzona była jawna agitacja.
Napisała: „Uważam, że dostrzegalna nieznaczna różnica głosów oddanych na mnie i mojego Kontrkandydata uprawdopodabnia, że powyżej opisane nieprawidłowości w istotny sposób mogły wpłynąć na końcowy wynik wyborów”. Co zabawniejsze, pomimo przegranej podpisała się jako „kandydatka na przewodniczącą”.
Klasa nigdy jej tego nie zapomniała.

