Kraj

Polska B, C i D też potrzebują kontroli. Musk i Zuckerberg nam tego nie zapewnią

Wiecie, za co wasz wójt i burmistrz kochają Facebooka i X? Bo mogą na platformach społecznościowych wciskać mieszkańcom kit, manipulować, uprawiać propagandę i nikt tego nie zweryfikuje. Czy to się nam podoba, czy nie, mogą to zrobić jedynie niezależne media lokalne. Tam, gdzie jeszcze są – pisze dla Zero.pl Andrzej Andrysiak, prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, dziennikarz i wydawca Gazety Radomszczańskiej.

Andrzej Andrysiak
Felieton autorstwa: Andrzej Andrysiak
10 lutego
11 minut
Andrzej Andrysiak: dla Muska i Zuckerberga media to wróg, bo odrywają klientów od ich serwisów (fot. Zero.pl / arch. pryw.)

Reklama

TYLKO NA

No tak, znów obrażony na rzeczywistość dziaders, co nie rozumie współczesności i jęczy za wyidealizowaną przeszłością. Przedstawiciel zawodu, który nie cieszy się społecznym uważaniem, przekonany, że ma prawo mówić, jak jest. Dziennikarstwo? Przecież dziś mamy Fejsa. I X-a, i Tik Toka, mamy wolność wypowiedzi, autorytety zrzuciliśmy z cokołów, każdy może powiedzieć co myśli i nie ma już równych i równiejszych. Słyszeliście to. Pewnie wielu z państwa nawet tak myśli, opowieści dziennikarzy o dziennikarstwie traktując jak wołanie na puszczy.


Reklama

Ja jednak zawołam. Bo dożyliśmy czasów, gdy miliardy użytkowników–niewolników chodzą na pasku kilku techmiliarderów, w dodatku święcie wierząc, że ta obroża, co to ściska ich szyję, to ozdobna jest, w niczym ich nie pęta, a jeśli tylko będą mieli ochotę, to pójdą w innym kierunku.

Zaiste, komfortowa sytuacja dla władców. Przekonać niewolników, że niewola jest dobra.

 


Reklama

Zaznaczę dla jasności: nie jestem potomkiem luddystów, co w XIX wieku walczyli z maszynami. Jako wydawca lokalnego tytułu wykorzystuję Facebooka do dystrybucji treści, poza gazetą wydaję portal, korzystam z Tik Toka i X, mam świadomość, że w lokalnej przestrzeni publicznej głos naszej redakcji jest jednym z wielu. Z punktu widzenia standardów demokracji to dobrze, więcej punktów widzenia, większa różnorodność opinii, to korzyść, wiadomo – jednomyślność jest niebezpieczna. Jednocześnie wiem, że platformy społecznościowe karmią się nie faktami, a opiniami, że wielu użytkowników tego nie rozróżnia, albo – co gorsza – traktuje fakty i opinie jako równoważne.


Reklama

Poprosił mnie Patryk Słowik, naczelny Zero.pl, bym wyjaśnił, po co potrzebne są jeszcze media lokalne, więc aby to zrobić, muszę zacząć o najważniejszego: od Muska, Zuckerberga i zarządzanego przez nich Systemu.

 

 


Reklama

Jak media lokalne straciły monopol na informacje bieżące

Najpierw trochę historii.


Reklama

Przez lata media lokalne były głównym dostarczycielem informacji na tematy wydarzeń dotyczących małych wspólnot. Była oczywiście szeptanka, pani Gienia powiedziała pani Bożence, pan Czesław pani Zdzisiowi, ale czy to prawda, czy nie – o, to już trzeba było sprawdzić w gazecie. Wypadek samochodowy, sesja rady gminy, koncert, dziura w drodze, występ przedszkolaków, narodziny, śluby, plany, inwestycje – jeśli mieszkaniec chciał wiedzieć, czytał lokalny tygodnik lub oglądał lokalną telewizję.

Prawdziwy boom ma media lokalne przypadł na początek lat dziewięćdziesiątych. Padła komuna, ludzie rzucili się odbudowywać z ruin swoje miasta i miasteczka, pragnęli wiedzieć, co się dzieje, bo działo się wiele. Gazety zakładali społecznicy, radni, czasami władze, po partyzancku, na szybko, tak wielkie było ssanie. Te grupy – społecznicy i władza – szybko się rozeszły, bo do wszystkich dotarło, że albo jesteś władza, albo dziennikarz. Gazety rosły, zdobywały czytelników, miały reklamy i sprzedaż.

Gdy pojawił się internet, wydawcy, którzy niejedno przeżyli i zawsze potrafili się dostosować do zmieniającej się rzeczywistości, pozakładali portale. Dziś wiele z nich to na swoich rynkach monopoliści informacyjni. Ale w portalu informacja jest – zwykle – za darmo. Czytelnicy, popchnięci przez nieświadome zagrożenia redakcje przeszli tam, a wpływy zaczęły się kurczyć.


Reklama

To tylko tło biznesowe, istotne o tyle, że dziś większość wydawców boryka się z negatywnymi konsekwencjami tamtych decyzji. Reklama internetowa jest o wiele tańsza, w dodatku zasięgi nawet największego portalu lokalnego w małym mieście nie pozwolą na przychody, które utrzymałyby redakcje. Ważniejsze są inne procesy.


Reklama

Wraz z pojawieniem się platform społecznościowych (specjalnie nie używam terminu „media społecznościowe”, bo z mediami nie mają one nic wspólnego) media lokalne straciły monopol na informacje bieżące.

Ktoś wrzucił zdjęcie z wypadku, ktoś galerię fotek z imprezy w przedszkolu, ktoś ze studniówki. W dodatku sprofesjonalizowały się biura informacji i promocji urzędów gmin i powiatów, i zaczęły dostarczać informacje dotyczące władz – przetargów, inwestycji, imprez – na swoich stronach internetowych i społecznościówkach. Coraz częściej wydając także własne gazety, portale, tworząc telewizje. Pełne propagandy, fejków i manipulacji, ale przecież wyglądających jak gazety i portale, więc wielu uznaje je za zwyczajne media.

Wcale nie drę tu szat i nie biadolę nad losem lokalnych redakcji, to był naturalny proces, do którego trzeba było się przystosować. Kto chciał robić media jak dwadzieścia lat temu, nie miał szans na przeżycie. Ale Facebook, a potem X, stworzyły jeszcze jeden mechanizm – bańki informacyjne. To pochodna działań algorytmów, które decydują, co pojawia się na naszych wallach. Bo przecież nie pojawia się wszystko, co obserwujemy i co publikują nasi znajomi. Algorytmy preferują treści angażujące, czyli z grubsza te, które polubiliśmy (albo wyraziliśmy dezaprobatę). Konsekwencja jest prosta – im więcej polubień dotyczących dajmy na to jakiejś partii, tym więcej podobnych treści podsuwa nam algorytm.

W efekcie nabieramy przekonania, że wszyscy myślą podobnie jak my, bo przecież nie widzimy treści, z którymi się nie zgadzamy. Ilu z nas to słyszało: przecież nie znam nikogo, kto głosował na PiS (zamiennie na PO). To, jak oni wygrali i tyle rządzili? Musieli sfałszować. Tracimy wiarę w moc faktów, jeśli nie zgadzają się z naszą opinią i tracimy zdolność odróżniania faktów od opinii. 


Reklama

Wróćmy teraz na poziom lokalny – do gmin i miasteczek. Mamy taką sytuację, że media lokalne straciły monopol na relacjonowanie wydarzeń w dodatku, odbiorcy preferują media tożsamościowe, które piszą tylko to, co zgadza się z ich poglądami. Czas mediów lokalnych minął? W żadnym razie. Bo jest jeszcze coś, czym nie zajmie się strona urzędowa ani samorządowa propagandówka, czego nie będzie na platformach. Kontrola. Nikt nie zastąpi mediów lokalnych w patrzeniu władzom na ręce.

Dla Muska i Zuckerberga media to wróg, bo odrywają klientów od ich serwisów

Nie wiem, jakie Państwo mają doświadczenia z samorządem małych miast i powiatów, ale ja nie najlepsze. Owszem, doceniam koncept, by to lokalne wspólnoty decydują o sobie, sam system jednak przez lata się zdegenerował. Ubezwłasnowolnienie radnych, pańszczyźniane zarządzanie w urzędach, nepotyzm, budowanie samorządowych spółdzielni pracy, marginalizowanie aktywnych obywateli – to wszystko dzieje się w Polsce powiatowej.

Choć samorząd wymaga poprawy, co więcej, wiadomo, które segmenty są kluczowe i deformują system, lobby wójtów, burmistrzów i  prezydentów torpeduje wszelkie zmiany. Im dobrze jest, jak jest. Zwłaszcza że w ostatnich latach odkryli siłę mediów i na wyścigi robią za wydawców.


Reklama

Dziś już ponad 1500 gmin, miast, powiatów, województw (na trzy prawie tysiące wszystkich jednostek samorządowych) wydaje własne gazety. Tych niezależnych zostało 150–170. Prawie każda niezależna redakcja ma silny portal, do tego dochodzą samodzielnie niezależne portale, ale widać, że dysproporcja jest olbrzymia.


Reklama

Teraz pytanie kluczowe: kto tych silnych, skupiających olbrzymią władzę wójtów, burmistrzów i prezydentów ma kontrolować? Wiadomo, władza degeneruje, władza absolutna degeneruje absolutnie. Nie ma kontroli, nie ma codziennego patrzenia na ręce, pojawiają się pokusy, uderza woda sodowa. Dobrze, jeśli jeszcze gdzieś zajrzy CBA, ale przecież państwo polskie od lat traktuje wyczyny samorządowców z pobłażaniem.

Kto więc zostaje? Radni? Między radami a władzą wykonawczą w samorządzie panuje systemowa nierównowaga (to jeden z elementów do poprawy). Społecznicy? Są watchdogowcy, którzy za pomocą dostępu do informacji publicznej szukają odpowiedzi na trudne pytania, a działają samodzielnie, po godzinach.

Media ogólnopolskie? One zaglądają do powiatów, gdy zasypie nas śnieg albo wiatr połamie drzewa, no, może jeszcze, gdy pijany kierowca zabije dwójkę dzieci na pasach. Problemy małych miasteczek nie są w orbicie ich zainteresowań.


Reklama

Zostają niezależne media lokalne. Od razu zaznaczę: słowo „niezależne” to nie przypadek, a klucz. Na poziomie lokalnym jest jak w Warszawie: jedni dziennikarze patrzą każdej władzy na ręce, inni się sprzedają, jeszcze inni robią za tuby władzy. W mediach tak było zawsze. Z punktu widzenia demokracji ważni są ci pierwsi. I oni są. Działają. Sprawdzają. Weryfikują. Po ich artykułach samorządowcy tracą stołki. Starostwie, burmistrzowie i radni trafiają do więzienia. Biznesmeni zostają skazani. Księża dostają wyroki. Prokuratury rozpoczynają śledztwa.


Reklama

A co z Facebookiem i X-em, ktoś zapyta. Przecież tam też pojawiają się informacje dotyczące nieprawidłowości. Tu dochodzimy do sedna: weryfikacji. Lokalna redakcja działająca w realu (w rozumieniu: wydająca jakiś tytuł, czy to portal, czy gazetę, czy telewizję) podlega specjalnym regulacjom, czyli prawu prasowemu. Musi opublikować materiały zgodnie ze sztuką, a jak się pomyli lub skłamie, można ją pozwać do sądu.

Stąd zdarzają się procesy za to, że ktoś na Facebooku czy X napisał, iż tamten do jest głupi albo ma krzywe zęby, ale nie zdarzają się za materiały kontrolne. Bo ich po prostu nie ma.

Co mają do tego wszystkiego Musk i Zuckerberg? Oni kontrolę mają gdzieś. Ba, dla nich władza to tylko kolejny element, który można wykorzystać na drodze do zwiększania wartości firmy i wpływów. Jak trzeba robić za jej podnóżek – robią.


Reklama

Symboliczne już jest zdjęcie z zaprzysiężenia Donalda Trumpa, na którym karnie stawili się prezesi Mety, X-a, Amazona i Google'a. Prezydent USA zażądał zerwania z polityką różnorodności, równości i inkluzywności (DEI), więc zerwali. Choć prowadzili ją w swoich firmach przez lata. Nie miejcie złudzeń – jak przyjdzie nowy i zażąda od nich przestawienia wajchy w lewo, to przestawią. Dla Muska i Zuckerberga media to wróg, bo odrywają klientów od ich serwisów. Mamy myśleć, że na Facebooku i X jest wszystko, to jedyna współczesna niekontrolowana agora, ostatnia ostoja wolnego słowa i nie ma potrzeby biegać po jakiś portalach, zresztą media to już przeżytek, dziaderstwo i zacofanie. Mamy nowy świat.


Reklama

Problem w tym, że na tej agorze nikt władzy nie kontroluje. Co najwyżej obraża, wyzywa i wyszydza.

Samorządowcy pompują dziesiątki tysięcy w rozwój swoich profili na Facebooku i X, bo rozumieją realia. Tu mają władzę nad komunikatem, tu nikt ich nie sprawdzi, nie zweryfikuje, a upierdliwego delikwenta zawsze mogą zablokować. Mogą pisać, co chcą, jak chcą, bez konsekwencji. Mogą manipulować, przekłamywać, pomijać sprawy niewygodne i eksponować dla nich korzystne. Wszystko, by zwiększyć szansę w wyborach.

Podoba się państwu taki świat?

Teraz wyobraźmy sobie, że nie ma niezależnych mediów lokalnych. Zostają platformy społecznościowe i watchdogowcy.  Oraz gazety i portale wydawane przez urzędy. Znam ten świat, bom niemłody. Marzenie każdego dyktatora.


Reklama

Wszystkie opisane problemy już dawno zauważyły państwa Zachodu. Prowadzą programy wsparcie mediów lokalnych uznając, że to jeden z głównych czynników wpływających na jakość standardów demokracji na poziomie lokalnym. To nie jest pomysł we Wschodu. Nierównowaga, w której działają wydawcy lokalni, nie przez nich została wytworzona, co więcej, państwo więcej energii i pieniędzy poświęca na wspieranie big techów niż rodzimych wydawców. Na rynku reklamy internetowej panuje duopol, ponad 60 proc. wpływów trafia do Mety i Google, mamy Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który teoretycznie ma walczyć w monopolami i duopolami i nic.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu Polaków zainfekowanych wirusem Balcerowicza każda wzmianka o wsparciu powoduje drgawki, ale tak jak państwo wspiera sport, kulturę, rekreację, tożsamość historyczną, tak wspierać winno także elementy kluczowe dla standardów demokratycznych.

Można się na rzeczywistość obrażać, można wyciągać z nich wnioski.

 


Reklama

Źródło: Zero.pl
Andrzej Andrysiak
Andrzej AndrysiakPrezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych, dziennikarz i wydawca Gazety Radomszczańskiej - autor zewnętrzny