Światło jest fundamentem rzeczywistości. Światło jest wszechobecne i pełne tajemnic. Choć światło ma bardzo ciekawy paradoks: nie da się go zobaczyć. To, co dostrzegamy, to jedynie płaszczyzny, w których się odbija i załamuje. Światło sprawia, że widzimy, światło sprawia, że rozumiemy, światło sprawia, że przeżywamy. Są na świecie ludzie, którzy to światło łapią i nim tworzą historię, wyłaniają z chaosu jasne i czytelne opowieści, które budują naszą tożsamość. A co by było, gdyby światło zgasło?
2 marca 2026 roku. Wielu komentatorów, polityków i ludzi mediów zatrzymało się w ferworze codziennej naparzanki. Czuć było, że straciliśmy coś, co było dla nas wszystkich częścią opisu rzeczywistości, choć wielu zupełnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Tego dnia w wieku 54 lat odszedł Adam Chełstowski. Koledzy mówili na niego Makowiak, bo pochodził z Makowa Mazowieckiego. Fotoreporter, legenda, człowiek, który przez dekady chwytał polską historię. A my wszyscy, którzy świadomie i nieświadomie patrzyli jego oczami, przecieraliśmy powieki, skupiając się już tylko na powidokach.
Jeżeli go nie znacie, to poznajcie kogoś, którego sposób patrzenia przez ostatnie 30 lat budował również waszą świadomość rzeczywistości. Kogoś, kto do ostatnich chwil robił to, co kochał.
Cichy bohater podzielonego świata
Żyjemy w epoce głębokiej polaryzacji. Świat cyfrowy i algorytmy platform społecznościowych promują skrajne opinie, nakręcają wzajemną agresję i brutalizują język, sprowadzając publiczną dyskusję do poziomu obrzucania się błotem. W tym rwącym, bezwzględnym nurcie, w samym sercu politycznego sporu, Adam Chełstowski stanowił zjawisko wręcz nieprawdopodobne.
Koledzy fotoreporterzy jednogłośnie i z ogromnym żalem mówią o nim jako o człowieku niezwykle ciepłym, uśmiechniętym i zawsze gotowym, by służyć pomocą. „Gwiazdorzenie”? To nie Adam. On wszystkich traktował tak samo, bez względu na poglądy, wiek czy przynależność polityczną. Fotoreporter PAP Leszek Szymański wspomina, że choć niekiedy bardzo mocno różnili się w poglądach, potrafili zawzięcie dyskutować i rzucać mięsem, to następnego dnia zawsze witali się w pracy, jakby żadnej kłótni w ogóle nie było.
Mam wręcz refleksję, że trudno znaleźć drugą taką osobę z gorącego medialnego światka, o której mówi się praktycznie tylko dobrze. Zgadza się z tym Jacek Marczewski, fotoreporter „Gazety Wyborczej”, który z uśmiechem dodaje, że mimo twardych, prawicowych poglądów Adama, jako faceta po prostu się go uwielbiało. Czasami, gdy spory wchodziły na zbyt wysokie obroty, ucinano je krótkim: „Adam, daj spokój, porozmawiajmy po prostu o życiu”.
Nie oznacza to wcale, że był człowiekiem bez właściwości. Wręcz przeciwnie, miał swoje własne, często bardzo konserwatywne poglądy, których potrafił merytorycznie i zawzięcie bronić. Jednak w przeciwieństwie do współczesnych, brutalnych standardów debaty publicznej Adam po najbardziej zażartej dyskusji potrafił następnego dnia stanąć ramię w ramię ze swoimi adwersarzami, z nieodłącznym uśmiechem podać im rękę i zaproponować wspólną kawę.
To samo dotyczyło polityków. Jego osobiste przekonania nie przesłaniały mu zawodowego obiektywizmu. Fotografował tak, jak widział. Nie kreował, pokazywał. Potwierdza to posłanka Lewicy Anna Maria Żukowska, która podkreśla, że prawicowe poglądy Adama nigdy nie rzutowały na jego pracę, a niezależnie od tego, kogo w danym momencie fotografował, zachowywał się absolutnie profesjonalnie, z wielką sympatią i ciepłem. Tworzył atmosferę komfortu, nawet kiedy pojawiał się z aparatem z zaskoczenia.
To właśnie ta rzadka cecha sprawiła, że zjednoczył polską scenę polityczną w sposób bezprecedensowy. Na wieść o jego nagłej śmierci głosy głębokiego żalu popłynęły ze wszystkich stron politycznej barykady. Od lewa do prawa: od środowisk lewicowych, przez Kancelarię Sejmu i Senatu, aż po byłego prezydenta Andrzeja Dudę. Wszyscy, bez absolutnie żadnego wyjątku, wspominali go jako wspaniałego profesjonalistę, świetnego dziennikarza z ogromnym zmysłem obserwacji i po prostu dobrego ducha polskiego parlamentaryzmu.
Był człowiekiem, który potrafił fotografować absolutnie każdego i z każdym znaleźć wspólny język, nie zatracając przy tym ani na chwilę siebie i swojej tożsamości.

Październik 2010. Adam Chełstowski fotografuje laskę marszałkowską w sejmowej sali posiedzeń. PAP/Jacek Turczyk (fot. Jacek Turczyk / PAP)
Fotoreporter, fotograf, reporter
Przez ponad 30 lat był nieodłącznie związany z agencją Forum. Jak z podziwem podkreślają współpracujący z nim koledzy, Adama wyróżniał nie tylko perfekcyjny warsztat, ale także potężna, analityczna intuicja dziennikarska. Leszek Szymański zaznacza, że Adam doskonale rozumiał politykę i miał ten reporterski szósty zmysł, który podpowiadał mu, w które miejsce spojrzeć, żeby jednym zdjęciem opowiedzieć całą historię. Dodaje wręcz, że był to „profesor fotografii”, który organicznie nie cierpiał niechlujstwa, z rzemieślniczą precyzją dbając o ekspozycję i światło.
Dzięki temu, jak zauważa Damian Burzykowski z dziennika „Fakt”, Adam od czasów prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego zawsze znajdował się w tzw. wąskim poolu na najważniejszych wydarzeniach. Śmiało można stwierdzić, że przez te wszystkie lata zbudował jedno z największych archiwów politycznych w Polsce.
Jednak dla Adama fotografia nigdy nie kończyła się po wyjściu z gmachu Sejmu czy Pałacu Prezydenckiego. Był znany w środowisku z tego, że rzadko wsiadał do samochodu czy komunikacji miejskiej. Po zakończeniu pracy zarzucał swój wysłużony aparat na ramię i ruszał do domu pieszo, niestrudzenie dokumentując to, co mijał po drodze.
Choć fotografia polityczna była jego zawodowym powołaniem, to właśnie fotografia uliczna dawała mu najwięcej radości. Był w nieustannym ruchu, w niekończącej się pogoni za decydującymi momentami. Jak wspomina Adam Jankowski z Polska Press, podczas gdy inni pędzili za tłumem, Adam wyczekiwał z boku, starannie przemyślając kadr. Bywało tak, że wszyscy fotoreporterzy zbiegali się w jedno miejsce, z którego nie dało się wyciągnąć nic sensownego, a Adam, niemal magicznym sposobem, zawsze miał przynajmniej jedną wybitną klatkę.
„Do tego trzeba się po prostu urodzić” – kwituje Jankowski.
Grzegorz Jakubowski, fotograf w Kancelarii Prezydenta, wspomina, że Adam nosił przy sobie bardzo mocno spracowany aparat Nikona, w ogóle nie zwracając na ten sprzęt większej uwagi. Dla niego samo narzędzie było rzeczą całkowicie wtórną. Miał niebywały talent i oko do typowej fotografii reporterskiej.

Marzec 2011. Adam Chełstowski fotografuje Radosława Sikorskiego. (fot. Radek Pietruszka / PAP)
Kowbojki, kapelusz i uśmiech łagodzący obyczaje
Ludzie chwytający światło często pozostają w cieniu. My, jako odbiorcy ich pracy, rzadko czytamy podpisy pod zdjęciami prasowymi. Traktujemy te obrazy jako integralną, oczywistą część artykułów i newsów. Po prostu są i muszą tam być.
Adam nie miał parcia na szkło, nie zabiegał o bycie w centrum uwagi. Wolał obserwować rzeczywistość z zewnątrz. Mimo to miał w sobie charyzmę, która sprawiała, że po prostu nie dało się go nie zauważyć.
W oficjalnych, sztywnych kuluarach władzy wyróżniał się konsekwentnym stylem. Nosił charakterystyczne kowbojki i skórzany kapelusz. Prezydent Andrzej Duda wspomina, że to właśnie ta niepodrabialna powierzchowność w połączeniu z naturalną życzliwością sprawiała, że wokół Adama zawsze panowała miła, serdeczna i spokojna atmosfera. Widząc go, politycy po prostu się uśmiechali.
Podobnego zdania jest posłanka Anna Maria Żukowska, która zauważa, że to właśnie dzięki niemu tworzyła się ludzka atmosfera w Sejmie, a jego samego błyskawicznie identyfikowało się w tłumie.
Nie bał się klęknąć nawet na mokrej ziemi czy w błocie albo pracować w strugach deszczu, byle tylko uchwycić ten jeden decydujący moment. Zawsze bezpośredni, skracał dystans w sposób elegancki i uroczy. Jak zauważa poseł Konfederacji Witold Tumanowicz, „nie narzucał się, ale jednocześnie był dosłownie wszędzie, nigdy nie przytłaczając drugiego człowieka swoją osobą”.
Z typowym dla siebie humorem potrafił w ciągu jednego dnia dwukrotnie przywitać się z kolegą, by po chwili ze śmiechem rzucić: „Lepiej się witać, niż żegnać”.
Mentor ponad podziałami
Być może najpiękniejszym rozdziałem jego zawodowego życia było to, jak traktował młodszych kolegów po fachu. W branży medialnej, gdzie często rządzi rywalizacja, Adam był wsparciem i nauczycielem.
Młodsi koledzy odnajdywali w nim nie tylko mistrza z ogromnym dorobkiem, ale także bliskiego przyjaciela. Dwudziestopięcioletni Filip Naumienko, reprezentujący najmłodsze pokolenie fotoreporterów z agencji Reporter, przyznaje, że współcześnie młodemu fotografowi trudno odnaleźć się w zawodzie, jednak z Adasiem nigdy nie czuł żadnych barier pokoleniowych.
Długie, wielogodzinne spacery, podczas których rozmawiali o fotografii jako sztuce i nurcie humanistycznym, pokazywały, jak poważnie Chełstowski go traktował.
Jak podkreśla Naumienko, Adam po prostu umiał uszczęśliwiać ludzi. Jeśli na korytarzu dostrzegał smutek u kogoś znajomego, podchodził, zagadywał, rzucał żartem i błyskawicznie zmieniał aurę całego otoczenia.
Podstawą jego relacji był głęboki, ludzki szacunek, dzięki któremu nawet najbardziej zażarte spory o politykę kończyły się przyjacielskim uściskiem dłoni. Dla wielu fotografów świadomość, że zniknął człowiek potrafiący dyskutować z tak wielką klasą, stanowi dziś najbardziej dotkliwą stratę.
Ostatnia klatka
Jego wędrówka zakończyła się nagle, pośrodku życia, w otoczeniu kolegów, sztuki i tego twórczego gwaru, który tak kochał. Tragedia rozegrała się w warszawskiej galerii Związku Polskich Artystów Fotografików. Był tam uśmiechnięty i pełen werwy. Jacek Marczewski, który widział go tuż przed utratą przytomności, zapamiętał go bardzo wyraźnie: „10 minut przed śmiercią wyglądał jak młody Bóg. Klepaliśmy się po plecach, witaliśmy się normalnie”.
Chwilę po serdecznych powitaniach, z niezrozumiałych powodów, zszedł o jeden stopień schodów, oparł się o poręcz i nagle osunął na podłogę. Rozpoczęła się natychmiastowa walka o jego życie.
Choć w internecie szybko pojawiły się krzywdzące plotki o rzekomym półgodzinnym oczekiwaniu na pomoc na bruku Placu Zamkowego, uczestnicy tamtych wydarzeń zdecydowanie przecinają te fake newsy. Anna Brzezińska, fotografka i członkini ZPAF, tłumaczy, że zarząd ZPAF musiał wydać oficjalny komunikat, aby uciąć te skandaliczne informacje.
„Karetka przyjechała bardzo szybko. To nie było nawet osiem minut, to było dokładnie siedem minut z sekundami” – podkreśla Brzezińska, zaznaczając, że cała akcja ratunkowa została przeprowadzona wzorcowo.
Nie żegnamy, my się witamy
Adam Chełstowski był jednym z tych ludzi, którzy chcą być o krok w tyle, aby inni mogli być na pierwszym planie. Chciał tylko w spokoju obserwować rzeczywistość z jej pięknem i ułomnościami, po to, by móc ją nam jak najwierniej zrelacjonować.
Zostawił po sobie imponujące archiwum, które jest po prostu zapisem historii Polski. Naszej historii. Zostawił również kochającą żonę i osiemnastoletniego syna Igora. Nie mam wątpliwości, że są i będą z niego zawsze dumni.
Dopiero w chwili, gdy światło gaśnie, uświadamiamy sobie, jak bardzo pozwalało nam ono widzieć i rozumieć. Jego śmierć stała się bolesnym przypomnieniem, że bywają w naszym życiu postacie absolutnie niezwykłe, o których roli dowiadujemy się dopiero wtedy, gdy odchodzą.
Zgasł genialny kowboj, łapacz ulatującego czasu. Choć fizycznie nie ma go już z nami, jego zdjęcia zostaną z nami na zawsze.
A skoro, jak sam zwykł mawiać, „lepiej się witać, niż żegnać”, to nie żegnajmy go. Bo jego patrzenie na świat, właśnie dzięki fotografii, nigdy nie umrze.
Na portalu zrzutka.pl trwa zbiórka na rzecz rodziny Adama Chełstowskiego. Jego małżonka i osiemnastoletni syn stanęli w obliczu nagłej i trudnej sytuacji: LINK.

Konferencja Unii Metropolii Polskich. Projekt ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej. Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski / fot. Adam Chełstowski. (fot. Adam Chełstowski / Forum)

