– Wycofanie likwidacji bez nowej ustawy spowodowałoby jeszcze większy chaos. Mogę państwa zapewnić, że dam prezydentowi najlepszą ustawę medialną, jaka tylko jest możliwa – mówi w rozmowie z Zero.pl Marta Cienkowska, ministra kultury i dziedzictwa narodowego z Polski 2050.

Marek Mikołajczyk, Anna Wittenberg, Zero.pl: Trochę się poje… sytuacja, prawda?
Marta Cienkowska, ministra kultury i dziedzictwa narodowego, członkini Polski 2050: Pomidor. Znają mnie państwo nie od dzisiaj i moją ekspresję w rozmowach prywatnych. Nie wstydzę się tego.
Mogła być pani zapamiętana z reformy mediów publicznych lub poprawy sytuacji artystów. A będzie z bluzgów na komunikatorze internetowym i planowania przewrotu w Polsce 2050.
Obecna sytuacja w partii nie wpłynie na to, co zostawię po sobie w ministerstwie. Szykujemy wiele rozwiązań, które poprawią sytuację w polskiej kulturze.
Organizowanie przewrotu we własnej partii jest jednak dość znaczące.
To była prywatna rozmowa, której uczestnicy na wiele sobie pozwalali.
Na prywatnym czacie planowaliście unieważnienie wyborów w partii, zanim jeszcze się one odbyły.
Widzieli państwo niewielki fragment trzydniowej dyskusji, formułowanie wniosków na tej podstawie jest dość ryzykowne. Dyskutowaliśmy o tym, że system, którego używaliśmy do wyborów, był niedobry. Zgłaszali to kandydaci na lidera partii. Pomysł przesunięcia wyborów wynikał z potrzeby znalezienia innego systemu głosowania.
Stop. Pisaliście, że Szymon Hołownia powinien ponownie zostać liderem partii. Choć nie kandydował.
Pisaliśmy też, że powinien zostać królem… Jeżeli prywatne czaty, na których dyskutujemy sobie w sposób bardzo luźny, są traktowane śmiertelnie poważnie przez dziennikarzy, to chyba mamy jakiś problem.
Maile Michała Dworczyka powinniśmy traktować poważnie, czy nie?
Rozmawiamy o prywatnym czacie wśród przyjaciół.
Te maile również były z prywatnej skrzynki pocztowej, a osoby, które się nimi wymieniały, dobrze się znają.
Maile służbowe wysyłam ze służbowej skrzynki, a to była prywatna, luźna rozmowa, która zresztą nie miała żadnych realnych skutków.
Nie chciała pani „wywalić na zbity pysk wszystkich cudownych kandydatów walczących ze sobą”?
Jestem przewodniczącą krajowej komisji wyborczej w Polsce 2050. Gdyby komuś przyszło do głowy faktycznie przeprowadzić „przewrót”, można było użyć wielu narzędzi, żeby do tych wyborów w ogóle nie dopuścić. Tymczasem nic takiego się nie wydarzyło, a państwo wciąż wolą odnosić się do prywatnej rozmowy w zaufanym gronie.
Chyba nie do końca, skoro ktoś wysłał ją dziennikarzom.
Ciekawsze od samego faktu ich udostępnienia jest pytanie o to komu rzeczywiście zależało na tym, żeby wpłynąć na wybory w partii. Kto skorzystał na wykorzystaniu prywatnych wiadomości? O to powinny paść pytania.
No to pytamy.
Tego nie wiem, więc nie będę w przestrzeni publicznej rzucać oskarżeń. Przeprowadziliśmy pierwszą turę wyborów, przeprowadziliśmy drugą turę wyborów, w którą ktoś ingerował, żeby ją zakłócić. Nie zgadzam się na takie standardy.
Finalnie wybory w Polsce 2050 wygrała Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Nie tak dawno Szymon Hołownia na antenie Polsat News składał deklarację, że wyjdzie z partii, jeśli któraś frakcja zdobędzie w niej przewagę. Jak pani ocenia te słowa?
O motywacje Szymona Hołowni proszę pytać Szymona Hołownię.
Pani się gdzieś wybiera?
Nigdzie się dziś nie wybieram, w ministerstwie jest jeszcze sporo do zrobienia.
A jutro? Pojutrze?
Nie róbmy sobie żartów, kiedy rozmawiamy o stabilności koalicji rządzącej. O tym są wybory w Polsce 2050.
Sygnalistka i Instytut Pileckiego. Cienkowska: Procedury działają tak, jak powinny
Zostanie pani zapamiętana także z ujawnienia danych sygnalistki, o czym pisali jeszcze w Wirtualnej Polsce nasi redakcyjni koledzy Paweł Figurski i Patryk Słowik.
Być może tak będę zapamiętana przez państwa, nic na to nie poradzę. Natomiast twierdzenie o „ujawnieniu danych” jest krzywdzące nie tylko dla mnie, ale też dla wielu osób, które wtedy pracowały nad tą sprawą.
Ale dlaczego? To fakt. Hanna Radziejowska, kierowniczka berlińskiego oddziału Instytutu Pileckiego, dostała z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapewnienie, że jest sygnalistką. Po czym jej doniesienia przekazano szefowi, na którego się skarżyła, a ten ją zwolnił.
Ta sytuacja jest skomplikowana między innymi dlatego, że Hanna Radziejowska zgodnie z ustawą nie była sygnalistką.
Tylko że dostała maila, w którym urzędnik MKiDN stwierdzał, że jest.
Urzędnik w marcu 2025 r. napisał maila, który był niezgodny z zasadami ustawy i procedurą wewnętrzną. Nie mógł nadać Hannie Radziejowskiej statusu sygnalisty.
Po tej całej sprawie jest pani w stanie przyznać, że coś w resorcie kultury nie zadziałało tak, jak powinno?
Poddaliśmy weryfikacji wewnętrzne procedury dotyczące sygnalistów, obecnie działają tak, jak powinny.
Tuż po tej sytuacji ukazał się z panią bardzo łagodny – jak na temperaturę sytuacji – wywiad w „Gazecie Wyborczej”. Czy miała pani świadomość, że dziennikarz, który go przeprowadza, jest stypendystą ministra kultury?
Nie.
Jak się idzie na „wywiad ratunkowy” to się nie wybiera konkretnego dziennikarza?
Ciekawa teza. To był po prostu jeden z dziennikarzy, którzy wtedy prosili mnie o rozmowę.
Skoro zaczęliśmy mówić o dziennikarzach, pomówmy o projekcie ustawy medialnej. Półtora roku temu ówczesny wiceminister kultury Andrzej Wyrobiec deklarował, że najpóźniej w czerwcu 2025 r. Rada Ministrów przyjmie projekt ustawy i skieruje ją Sejmu. Tak się jednak nie wydarzyło, projekt na wiele miesięcy utknął w ministerialnych szufladach. Dlaczego?
W lipcu 2025 r. projekt został skierowany na zespół ds. programowania prac rządu. Po zakwestionowaniu sposobu finansowania mediów publicznych przez Ministerstwo Finansów zleciliśmy audyt sprawdzający ich finanse. W jego wyniku zmodyfikowaliśmy wstępne założenia. Zamiast początkowej propozycji – 0,09 proc. PKB przeznaczanego co roku z budżetu państwa na media publicznie (obecnie ok. 3,6 mld zł – red.) – możemy zapisać w ustawie kwotę 2,5 mld zł. I na taką kwotę umówiliśmy się z Ministerstwem Finansów.
O tym, że ma pani akceptację MF na taką kwotę, zapewniała pani również na październikowej konferencji prasowej.
Tak.
Problem w tym, że to nieprawda. „Przedstawiona kwota jest niemożliwa do poniesienia przez budżet i będzie miała negatywny wpływ na sektor instytucji rządowych i samorządowych” – informowała wiceminister finansów Hanna Majszczyk w grudniowym piśmie do MKiDN.
A mogą państwo przytoczyć dłuższy fragment?
Oczywiście. „Zaproponowane rozwiązanie przenosi ciężar finansowania wydatków bezpośrednio na budżet państwa, natomiast źródło finansowania tych wydatków jest likwidowane” oraz „wprowadzenie finansowania nowych zadań z budżetu państwa, przy jednoczesnym likwidowaniu źródeł ich finansowania, ma negatywny wpływ na stabilność finansów publicznych i zwiększa ryzyko napięć przy konstrukcji budżetu państwa w kolejnych latach”.
Odnoszą się państwo do wymiany opinii między resortami. Minister finansów Andrzej Domański uważa, że 2,5 mld zł rocznie to dobry budżet dla mediów publicznych. Pozostaje opracowanie harmonogramu jego wdrożenia.
Z dokumentu, które przytoczyliśmy, wynika coś zupełnie innego. Albo okłamała pani dziennikarzy obecnych na konferencji, albo minister Domański okłamał panią.
Skąd to przekonanie?
Jak zatem interpretować zdanie: „przedstawiona kwota jest niemożliwa do poniesienia przez budżet”?
Jako element negocjacji, bo zadaniem Ministerstwa Finansów jest troska o budżet państwa. Nie zmienia to faktu, że kwota została uzgodniona i ani ja, ani żaden z ekspertów resortu kultury, nie wyobraża sobie innego rozwiązania.
Powtarza pani, że kwota została uzgodniona. Problem w tym, że nie wynika to z dokumentacji sporządzonej przez resort finansów.
Czy uczestniczyli państwo kiedyś w procesie uzgodnień międzyresortowych?
Rozumiemy, że uzgodnienia międzyresortowe polegają na tym, że ministrowie prowadzą ze sobą tajne rozmowy, a to, co piszą później w pismach do siebie, pozostaje kompletnie bez znaczenia.
Nie, po prostu każdy resort realizuje swoje zadania. Nie zmienia to faktu, że wszyscy zgadzamy się co do tego, media publiczne są częścią infrastruktury bezpieczeństwa państwa.
Nikt tego nie kwestionuje. Pytanie natomiast, czy zaraz znów nie okaże się, że ustawa gdzieś utknęła, bo w rządzie nie ma czyjejś zgody. Sama pani zadeklarowała, że projekt ma trafić do Sejmu w II lub III kwartale tego roku.
Taki jest plan. Obecnie opracowujemy uwagi, które wpłynęły do resortu w ramach konsultacji publicznych, Następnie projekt trafi na rząd, a potem do Sejmu. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że to jedna z ważniejszych ustaw, która powinna jak najszybciej wejść w życie. Z jednej strony zapewnia stabilne finansowanie mediów publicznych, z drugiej – poprawia sytuację tysięcy ludzi, którzy pracują w Telewizji Polskiej czy Polskim Radiu. Dziś, gdy z nimi rozmawiam, słyszę, że nie mogą wziąć kredytu na mieszkanie. Ta sytuacja jest niedopuszczalna. Dlatego też ta ustawa to mój priorytet.
Dlaczego pracownicy mediów publicznych nie mogą wziąć kredytu na mieszkanie?
Bo spółki są w stanie likwidacji.
Wie pani, kto może jedną decyzją wycofać stan likwidacji?
Ja.
Skoro zależy pani na tych ludziach, to dlaczego nie odwoła pani likwidacji?
Bo muszę mieć na uwadze stabilność całego procesu, w tym niekonstytucyjność ciała o nazwie Rada Mediów Narodowych.
Kto jest przewodniczącym Rady Mediów Narodowych?
To nie ma znaczenia (jest nim Wojciech Król, wiceprzewodniczący klubu Koalicji Obywatelskiej – red.). RMN to twór polityczny, partyjny organ, który jak najszybciej powinien przestać istnieć.
A kto w obecnym stanie prawnym wskazuje likwidatorów mediów publicznych?
Ja.
To jaka jest różnica czy władze TVP wskazuje minister kultury, czy Rada Mediów Narodowych? Oprócz tego, że w tym drugim wariancie pracownicy będą mogli zaciągać kredyty.
Na tym polega problem obecnie obowiązującego prawa, dlatego też trzeba je zmienić. Wycofanie likwidacji bez nowej ustawy wprowadzi jeszcze większy chaos.

Siedziba Telewizji Polskiej przy ul. Woronicza w Warszawie
Mówi pani tak, jakby wejście w życie tej ustawy było tylko formalnością. A co, jeśli prezydent Karol Nawrocki nie podpisze tej nowelizacji?
Słyszałam, co pan prezydent mówił w trakcie swojej kampanii o mediach publicznych i ich funkcjonowaniu. Wydaje mi się, że w tej kwestii jesteśmy „on the same page” (po tej samej stronie – red.).
I pani zdaniem prezydent zgodzi się na likwidację RMN?
Tak uważam.
Rozmawiała pani z głową państwa o tej ustawie?
Moja praca nie polega na dyskutowaniu z prezydentem.
Każdy minister tak mówi. A potem prezydent wetuje jego ustawę i wracamy do punktu wyjścia.
Rolą ministra jest zarządzanie resortem i przygotowanie dobrego prawa, a nie bycie głównym państwowym negocjatorem. Mogę państwa zapewnić, że dam prezydentowi najlepszą ustawę medialną, jaka tylko jest możliwa.
Rewolucja w KRRiT. „Trudno mi odpowiadać za kolejne rządy”
To porozmawiajmy o konkretnych rozwiązaniach. Dziś w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji zasiada pięciu członków. W pani projekcie KRRiT liczy dziewięć osób. Dlaczego akurat dziewięć?
To efekt konsultacji z organizacjami dziennikarskimi, ekspertami i stroną społeczną, a nie mój arbitralny wymysł. Wsłuchaliśmy się w głos specjalistów, którzy wskazali, że taka liczba reprezentantów Sejmu, Senatu i prezydenta jest najlepsza. Usłyszałam też, że to kwestia tradycji.
Wie pani, jak wygląda wspomniana przez panią „tradycja”, jeśli chodzi o liczbę członków KRRiT?
Proszę mnie oświecić.
Gdy projektowano ustawę medialną w 1992 r., liczba członków KRRiT również wynosiła dziewięć. W 2005 r. doszło do reformy, która zmniejszyła skład do pięciu osób, co pozwoliło wymienić cały skład rady. Skąd pewność, że tym razem historia nie zatoczy koła?
Trudno mi odpowiadać za to, co zrobią kolejne rządy.
Pytamy o bezpieczniki, które zaszyła pani w ustawie. Nie boi się pani, że za parę lat przyjdzie kolejna władza, która zrobi dokładnie to samo, co wcześniej? Jedną decyzją ograniczy liczbę członków KRRiT i przejmie media publicznie?
Gdybym bała się kolejnej władzy, nie dążyłabym do wprowadzenia nowej ustawy medialnej. Natomiast oczywiście nie jestem alfą i omegą, więc jeśli mają państwo swoje pomysły na jej ulepszenie, proszę o zgłoszenie ich w konsultacjach społecznych. Gorąco zachęcam.
Nie musimy tego robić. Już pani wie o naszych wątpliwościach.
Takie rzeczy robi się jednak formalnie, na piśmie.
Podobnie jak uzyskuje zgodę od ministra finansów na finansowanie mediów publicznych.
Do czego odnosi się to porównanie?
Do braku bezpieczników. Media publicznie – nawet po reformie – mogą znów stać się łatwym łupem politycznym.
Trudno na sto procent zabezpieczyć się przed politykami, dla których media publiczne będą łupem, a nie państwowym skarbem. Jak mówiłam: trudno mi odpowiadać za co, co zrobią kolejne rządy.
TVP musi zostać „odpolitycznione”? Cienkowska o nowej ustawie medialnej
Idźmy więc dalej. Ogląda pani TVP Info?
Tak, zdarza się.
„Czysta woda” czy niekoniecznie?
Nie chcę tego oceniać.
A jak widzi pani, że dziennikarze TVP naginają zasady etyki dziennikarskiej to nie zgrzyta pani zębami?
Jakieś przykłady?
Proszę bardzo, pierwszy z brzegu. Dorota Wysocka-Schnepf, program Niebezpieczne związki. „Przez osiem lat Prawo i Sprawiedliwość ociosywało i prawo, i sprawiedliwość, brutalnie, aż wióry leciały. Aż przyszedł prawdziwy drwal i prawdziwy sędzia. I przedziera się przez te prawne chaszcze”. To o Waldemarze Żurku.
I czego państwo ode mnie oczekują? Że zadzwonię do pani redaktor i powiem: „nie podoba mi się to, proszę zmienić narrację”?
Zawsze może pani wskazać takie władze TVP, które będą czuwały nad przestrzeganiem zasad etyki dziennikarskiej. Ten dokument dość jasno precyzuje, co dziennikarzom TVP wolno, a czego nie wolno.
Czyli nadal uważają państwo, że to właśnie minister kultury powinien ingerować, gdy usłyszy coś, co mu się nie podoba. Tak już było.
Zawsze można też rozłożyć ręce.
Powtórzę: moją rolą nie jest ingerowanie w pracę dziennikarzy mediów publicznych.

Flagi przed budynkiem TVP przy ul. Woronicza w Warszawie
Przejdźmy więc do czegoś, co w projekcie ustawy medialnej się nie znalazło. Początkowo samorządy miały mieć odgórny zakaz prowadzenia działalności medialnej. Następnie pomysł był taki, że będą mogły wydawać tylko biuletyny informacyjne. Dziś nawet to ograniczenie zniknęło projektu. Samorządowcy wciąż będą mogli uprawiać propagandę za publiczne pieniądze.
Przepis zniknął z ustawy ze względu na brak zgody politycznej. Mówię o tym otwarcie.
Kto to zablokował?
To nie ma znaczenia, odpowiedzialność jest moja. Pytają mnie państwo jak bardzo jestem zdeterminowana, aby naprawić publiczne media? Właśnie tak bardzo.
Czyli był to element targu. Media publiczne za media lokalne.
Nie zostawimy mediów lokalnych bez wsparcia. Uruchamiamy dla nich program wsparcia pod nazwą „Bliska kultura”. Pilotażowo przeznaczamy na niego 10 mln zł. Sprawdzimy, jak to będzie funkcjonować.
Problem w tym, że nierównowaga w mediach lokalnych wciąż pozostanie. „Gazeta Radomszczańska” czy „Tygodnik Podhalański” nadal będą rywalizować z samorządowymi tubami finansowanymi z podatków obywateli. Jeden podmiot musi funkcjonować w trudnej gospodarce rynkowej, a drugi nie musi się liczyć kompletnie z niczym.
Dlatego właśnie rozpoczęliśmy prace nad innymi rozwiązaniami. Nie uchylam się od mojej roli we wspieraniu niezależnych lokalnych mediów i zapewniam, że narzędzi jest sporo. Musimy tylko z nich skorzystać.
Ustawa o statusie artysty zawodowego. Cienkowska: Żyjemy dziś w fikcji
Właśnie zaprezentowała pani kolejny projekt ustawy, o statusie artysty zawodowego. Dlaczego mamy opłacać składki artystom?
A dlaczego dopłacamy do składek rolników?
Świetne pytanie.
Sektor kultury jest jednym z najważniejszych. Jest nośnikiem naszej tożsamości, naszego narodu. Kultura nas spaja, wzmacnia wspólnotę. W interesie państwa jest zaopiekowanie się twórcami kultury tak samo, jak innymi grupami społecznymi, które takiej potrzebują opieki. Poza tym to już najwyższy czas, żebyśmy zaczęli wreszcie w Polsce traktować pracę artystyczną jak pracę.
Dlaczego artyści nie mogą sami opłacać składek do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych?
Bo ich praca rzadko bywa etatowa. Często jest sezonowa lub projektowa. Żyjemy dziś w fikcji, w której artysta ma być przedsiębiorcą i prowadzić działalność gospodarczą, żeby móc sobie opłacać składki. Byłoby super, gdyby wszyscy artyści pracowali na etat, ale tak nie jest. A rozmawiamy o ludziach, bez której nie byłoby tej wspólnoty, którą dzisiaj mamy.
Maryla Rodowicz skarży się, że ma niską emeryturę. Jednocześnie kilka lat temu „Fakt” robił przegląd jej ubrań oraz akcesoriów. I nie były to stroje, na które przeciętnego podatnika opłacającego sobie składki do ZUS byłoby stać.
Tylko ta ustawa nie jest dla Maryli Rodowicz. Ta ustawa wypełnia lukę składkową artystów, którzy nie są w stanie zarobić najniższej krajowej w danym miesiącu, którzy realnie są pod kreską.
Jeśli ktoś nie jest w stanie opłacić sobie składek do ZUS, być może powinien prowadzić działalność artystyczną hobbystycznie, a utrzymywać się jednak z czego innego.
Praca artystyczna to nie hobby, to praca. Na tyle specyficzna, że nie daje stabilizacji. Nie może być jednak tak, że gdy komuś nie wyjdzie projekt, to gdy zachoruje, nie będzie go stać na szpital. Nie może być tak, że artystka nie może sobie pozwolić na urodzenie dziecka, bo kto miałby jej dać urlop macierzyński? Tą ustawą dajemy im bezpieczeństwo. I godną starość. Bo jeśli nie będą mieli emerytur, to też będzie obciążenie dla państwa.
Kim jest właściwie jest artysta?
W ustawie zapisaliśmy, że artystę definiuje dorobek, który będzie oceniała komisja. W jej skład wejdzie 120 osób.
Nie boi się pani nadużyć w tym zakresie?
Nie, bo przyjęliśmy z jednej strony rozwiązania, które zabezpieczają interes państwa, a z drugiej – interes artystów. Mamy organ odwoławczy, który może rozważyć, czy ktoś nie dostał odmowy bezzasadnie.
Czy influencerki z OnlyFans będą artystkami?
Ustawa dotyczy artysty zawodowego, nie influencera.
A TikTokerzy? Albo patostreamerzy? Kiedy była mowa o wprowadzeniu tantiem z internetu, wypłacanie im takich świadczeń było realnym zagrożeniem.
Trudno mi tu znaleźć jakieś odniesienie do sztuki, ale od tego będzie ta komisja, aby nie dopuścić do nadużyć.

