Reżyser Esteban Martínez (Javier Bardem) ma dłonie spieczone słońcem, spojrzenie bestii we wnykach i twarz niczym zaciśniętą pięść. Kiedyś dużo pił, teraz upaja się wyłącznie sztuką. Gdy z wzrokiem wbitym w nicość przemierza Saharę, wiesz, że facet nie żartuje. Nie planuje nakręcić nowej wersji „Dzielnego małego tostera”, tylko zanurzyć nas w otchłani po zakola.
Reżyser filmu „The Beloved” Rodrigo Sorogoyen również nie żartuje. Finezja, z którą odmalowuje portret rodziny na krawędzi, równa jest jedynie precyzji, z jaką wprowadza widza w opowieść o toksynach filmowego krwiobiegu.
Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu
Bohatera poznajemy w scenie, którą nazwałbym pretensjonalną, gdyby nie fakt, że ciężko mi mówić ze szczęką na podłodze. Oto w nieprzerwanym, blisko dwudziestominutowym oraz w dużej mierze improwizowanym ujęciu Esteban rozmawia ze swoją córką, zlęknioną własnego cienia aktorką Emilią (Victoria Luengo).
Kamera powoli zbliża się do ich twarzy, a dźwięki kawiarnianej sali stają się wytłumione. W imponującym geście reżyserskiej ekonomii Sorogoyen mówi o bohaterach sporo, a jednocześnie buduje wokół nich tajemnicę. Opowiada o ich burzliwej przeszłości i zarazem ustawia ich na ścieżce ku wspólnej przyszłości. Esteban chce nakręcić na pustyni historyczny fresk, zaś w głównej roli pragnie obsadzić Emilię.
Najpierw artysta składa rodzinę na ołtarzu sztuki. Później, z palcem przytkniętym do czoła, dochodzi do wniosku, że cos poszło nie tak. Widzieliście takich historii dziesiątki. Kiedyś w „Jesiennej sonacie” Ingmara Bergmana o wybitnej pianistce na kursie kolizyjnym z własną córką. Niedawno – w „Wartości sentymentalnej” Joachima Triera, w której spełniony reżyser zamienia plan filmowy w przestrzeń bolesnej rodzinnej terapii.
Na papierze „The Beloved” to podobne kino i zarazem bingo zgranych do cna motywów: uśmiechnięty i charyzmatyczny filmowiec, który odsłania oblicze tyrana; dziewczyna taszcząca na plecach worek kompleksów; plan filmowy jako pszczeli ul albo balzakowski „garnek z pająkami” – piekło ciągłego przebodźcowania oraz niebo artystycznego spełnienia.
Z tą różnicą, że film Sorogoyena nie jest słodko-gorzką opowieścią o poszukiwaniu sensu w bezsensie, sztuce jako azylu i domu rodzinnym jako muzeum. Jest relacją z placu boju, w której najważniejszą emocją pozostaje stale podsycany dyskomfort.
Javier Bardem w roli życia?
Związek Estebana i Emilii wykuwa się w ogniu rodzicielsko-reżyserskich aktów terroru. Napędzają go wzajemne pretensje, chowane przez lata resentymenty i niewypowiedziane żale. Frustracja bohaterów udziela się widzowi. „The Beloved” ogląda się w trudnym do zniesienia napięciu. Coś tu wybuchnie. Pytanie tylko, kiedy.
Bardem i Luengo grają tak, jakby kino miało się skończyć jutro. On potrafi zmienić tonację nie tyle w obrębie sceny, co w ramach pojedynczego kadru – raz jest czarującym aforystą, chwilę później rozedrganym despotą. Ona ma znacznie dłuższy lont. Lecz gdy dudniące za cieniutką fasadą spokoju emocje znajdą wreszcie ujście, zapamiętacie tę scenę na lata.
Oboje grają najlepsze role w swoich karierach. Do pewnego stopnia są to występy odzwierciedlające rzeczywistą dynamikę aktorskiej relacji. Bardem osiągnął już wszystko, zarówno na rodzimej ziemi, jak i w Hollywood. Z kolei dla znanej z seriali oraz hiszpańskiego kina gatunkowego Luengo „The Beloved” to przepustka do aktorskiej pierwszej ligi.
Sorogoyen zmienia perspektywy, przesuwa fabularne akcenty, żongluje kilkoma rodzajami taśmy filmowej i formatu obrazu. Początkowo rodzi to wrażenie narracyjnego chaosu. Z czasem jednak zaczyna pracować na obraz skomplikowanej relacji pomiędzy bohaterami; odzwierciedla ich „rozstania” i „powroty”, oddaje zmienną temperaturę emocji, ustawia Emilię i Estebana w rozmaitych zawodowo-osobistych konfiguracjach.
Zaledwie 44-letni hiszpański twórca ma na koncie kilka świetnych obrazów. Kręcił już filmy o skorumpowanych politykach, seryjnych mordercach i toksycznych miłościach. Wyreżyserował też fenomenalne „Bestie”, w których małżeństwo francuskich imigrantów osiedla się na hiszpańskiej prowincji i wchodzi w krwawy konflikt z lokalną społecznością.
Wszystkie te filmy powstały w przeświadczeniu, że człowieka, jako istotę z gruntu samotną, ale nieustannie poszukującą bliskości, definiuje przede wszystkim frustracja. – Czy sztuka pozwala ją zagłuszyć? – pyta w „The Beloved”. Być może, ale cena jest wysoka. Nie obejdzie się bez ofiar.

