Reklama
Reklama

Więcej polityki, Polak wytrzyma! Serial z ulicy Wiejskiej

TYLKO NA

Jeśli dorastaliście w przeświadczeniu, że polityka nie zdominuje waszego życia i nie pochłonie całej uwagi, to macie dzisiaj głupie miny. Zwłaszcza gdy oglądacie debatę prezydencką z miską popcornu na kolanach, a sztuczna inteligencja podrzuca wam obrazki z Adrianem Zandbergiem na łodzi wikingów.

artykul-miniaturka-1
Absolutne kino. Jak polityka zamieniła się w spektakl (fot. DAMIAN BURZYKOWSKI; ZUMA; SIPAUSA; TOMASZ OZDOBA; TEDI / NEWSPIX.PL)
  • Współczesną politykę oglądamy jak film, serial albo mecz piłki nożnej. Scena polityczna ma swoich bohaterów, czarne charaktery i zwroty akcji. Jest źródłem bezustannego stresu i niepokoju, a jednocześnie – naszą ulubioną rozrywką. 
  • Koncepcja polityki jako spektaklu sięga starożytności. Jednak dopiero dziś, za sprawą mediów społecznościowych oraz nieograniczonej liczby kanałów komunikacyjnych, obecność na widowni jest obowiązkowa. 
  • Politycy coraz częściej budują swoją markę za pomocą mediów społecznościowych i kanałów na YouTube. Polityka staje się w tym ujęciu towarem, wyborcy – nabywcami, zaś nowe media – rynkiem zbytu.

Mój sąsiad wygląda jak Zbigniew Ziobro. Ilekroć go mijam, mam ochotę zrobić zdjęcie i powiadomić odpowiednie służby. Zanim rozum dojdzie do głosu, przez kilka sekund pod czaszką szaleje burza piaskowa. Jak to „jest w New Jersey”, skoro widzę go na Żoliborzu? 

Za tę awarię styków winię współczesny świat. W ciągu ostatniego tygodnia przeczytałem dwa felietony o Ziobrze, wysłuchałem tyluż podcastów i poprawiłem komentarzem na YouTube. Widziałem też filmik, na którym były minister sprawiedliwości, w ciemnych okularach i kurtce bomberce, omija kamery na lotnisku w Newark. – O mój Boże, to Jason Bourne – oznajmia drżącym głosem analityk CIA. 

Oto kara, którą media, algorytmy oraz sztuczna inteligencja wymierzają milenialsom za lata obywatelskiej drzemki. Gdybyśmy za młodu nie uważali polityki za hobby dla smutasów i nie traktowali jej jak zajęć fakultatywnych, na starość łatwiej byłoby się odnaleźć w chaosie obrazów, pojęć i narracji.

Reklama
Reklama

Tym, co nam zostaje, jest transmitowany 24 godziny na dobę polityczny spektakl; serial przedłużony o dwieście sezonów, sport drużynowy w wiecznej fazie grupowej, koncert z nieskończoną liczbą bisów. Uwielbiamy go i jednocześnie nienawidzimy. To źródło głębokiego egzystencjalnego stresu i zarazem ulubiona forma rozrywki. 

Prawo do śmiechu 

Metafora polityki jako spektaklu oraz społeczeństwa jako widowni nie jest nowa. Horacy nie budził się wprawdzie na dźwięk instagramowego powiadomienia, a na papirusie mieściło się więcej niż 280 znaków. A jednak dynamika relacji polityki z kulturą popularną już w starożytności była podobna.

Weźmy agorę, czyli przestrzeń kojarzoną najczęściej z gorącymi debatami, ewentualnie z sądami skorupkowymi, w których lud wskazywał wichrzycieli zagrażających państwu. Wbrew powszechnemu przekonaniu organizowano na niej również zawody sportowe, wystawiano sztuki, grano muzykę i czytano poezję. 

Kino wolnego reagowania. Dlaczego nie potrafi opowiadać o współczesnej Polsce?

Reklama
Reklama

Nie bez przyczyny tradycja satyry politycznej, wyrosła na styku tych aktywności, przetrwała do dziś. W jej definicję wpisany jest zarówno krytyczny namysł nad mechanizmami sprawowania władzy, jak i humor sygnalizujący pewną niepoważność samej polityki jako konwencji – oto ludzie równie niedoskonali jak ty stają się strażnikami twoich praw. 

Piszę o satyrze, gdyż wydaje mi się, że jest to gatunek esencjonalny dla zrozumienia współczesnej recepcji politycznego spektaklu. Na niewidzialnej nitce historii zaplecione są kolejne węzełki: tąpnięcia społeczne, wojny, geopolityczne przetasowania, wielkie ruchy tektoniczne. „Polityczny spektakl” to równoległa nitka z własnymi węzełkami: aferami i skandalami, niefortunnymi przemowami i ognistymi tyradami, przejawami politycznej głupoty, odwagi albo szaleństwa. 

Jednym węzełkiem może być nocowanie posłów Kamińskiego i Wąsika w Pałacu Prezydenckim. Innym – ostatnie miesiące w obozie Polski 2050. Jeszcze innym – dzieła zebrane Trumpa na platformie X albo przepychanka „łobuza” z „Jarkiem” na sejmowej mównicy.

Prezes PiS Jarosław Kaczyński i posłanka PiS Teresa Wilk, sala posiedzeń Sejmu, maj 2026 r. (fot. Marcin Obara / PAP)

Reklama
Reklama

Najważniejszym kryterium jest w tym przypadku medialna ekspozycja; ustawiczne przypominanie, że pojęcie „sceny politycznej” nie wzięło się znikąd i nie bez powodu wyparło z języka neutralne „życie polityczne” albo „sferę polityczną”. Mówimy w końcu, dosłownie, o teatrze; o przestrzeni aktorskich solówek, zaskakujących kontrapunktów, nagłych zderzeń komedii i dramatu.  

Wszystko, wszędzie, naraz

W czasach starożytnych komentatorem takiego spektaklu był zazwyczaj satyryk. Na przykład Juwenalis, autor słynnego powiedzenia: „Chleba i igrzysk!” Dziś, w zależności od tego, kogo spytacie, może być nim Krzysztof Stanowski, Stephen Colbert albo „Dziki Trener”, autor słynnego powiedzenia: „Najpierw masa, potem rzeźba”. 

Polska kontra reszta świata. Zero.pl na festiwalu w Cannes

Z perspektywy włodarzy big techów, które kapitalizują naszą uwagę za pomocą algorytmów, nie ma zresztą większego znaczenia, kto tłumaczy nam świat. Ważne jest jedynie to, by wciągnąć nas w grę o wyświetlenia, kliknięcia oraz inne miary zaangażowania. Wbrew pozorom to nie informacja, a uwaga jest dziś najsilniejszą walutą.  

Reklama
Reklama

Koncepcja polityki jako spektaklu, serialu czy igrzysk (niepotrzebne skreślić) opiera się na założeniu, że selekcji tego, co wartościowe, musimy dokonać sami. Oznacza to, że aby bezstronne i etyczne media przeprowadziły nas przez informacyjny gąszcz, najpierw musimy wykarczować sobie do tych mediów drogę. 

Oczywiście nie jest to łatwe zadanie. W kniejach siedzą bowiem nie tylko profesor Dudek czy Grzegorz Sroczyński, lecz także zaangażowani pod publiczkę celebryci, cyniczni podcasterzy, boty oraz twórcy rolek w stylu: „Czy Władimir Putin to tak naprawdę niedźwiedź polarny?”. 

W efekcie zostajemy zalani komunikatami o różnej wadze i znaczeniu, które cementują wizerunek polityki jako nieprzeniknionego cyrku. Nas z kolei ustawiają w pozycji naiwniaków, którzy łykną wszystko, o ile tylko wpisze się to w konwencję polityki jako „absolutnego kina”. 

Na przełomie wieków „pionowa” struktura sieci zakładała przekazywanie informacji z góry na dół (od specjalistów w danej dziedzinie do ich odbiorców). Jak nietrudno się domyślić, obejmowało to również politykę. Dziś natomiast funkcjonujemy w strukturze „poziomej”, co jest bezpośrednim efektem ekspansji mediów społecznościowych oraz rozmaitych platform wymiany treści. 

Reklama
Reklama

Oznacza to z grubsza tyle, że przy stoliku komentatorskim siedzimy wszyscy. Każdy głos i każda forma wypowiedzi ma taką samą szansę na promocję ze strony algorytmu. Wszystkie są też ukręcone na gładką papkę. Stąd jednoczesne wrażenie bycia osaczonym przez politykę oraz poczucie jej rosnącej istotności w naszym życiu. Stąd trudności w oddzieleniu ziarna od plew i pogłębiający się kryzys autorytetów medialnych. 

Sejm is the game 

Współczesnym odbiorem politycznego spektaklu rządzi podwójna logika. Po pierwsze – sztuki narracyjnej w rodzaju filmu, serialu czy książki. Po drugie – widowiska sportowego.

Z tą pierwszą sferą łączą politykę zwroty akcji, zestaw bohaterów oraz czarnych charakterów, a także rozmaite stosunki pierwiastków komediowych i dramatycznych. Nie bez powodu język popkultury przesiąka nawet do mediów. Lokalny dziennik dostrzega w Tusku i Kaczyńskim Batmana i Jokera. Donald Trump okazuje się „Darthem Vaderem amerykańskiej polityki”. Z kolei na porównanie z bohaterem „House of Cards” Francisem Underwoodem zasłużył cały legion polityków, z Viktorem Orbánem na czele. 

Z naturą spektaklu sportowego łączy z kolei politykę temperatura emocji, pragnienie przynależności do zwaśnionych „drużyn” oraz mechanizm budowania tożsamości oparty na „klubowych barwach”. Partie polityczne mają swoje „gwiazdy”, zaś na ich sukces pracują „specjaliści od czarnej roboty”. Niektórych przesuwa się „do defensywy” albo na „szpicę”. Wybory wygrywa się „na żyletki”, a ustawę wprowadza „rzutem na taśmę”. 

Reklama
Reklama

Oficjalny kanał Sejmu na YouTube obserwuje dziś 690 tys. ludzi. Kilka lat temu, gdy przyrost subskrybentów był największy, nazwaliśmy to zjawisko Sejmfliksem. Przede wszystkim dlatego, że spory na mównicy były dla nas równie ekscytujące, co serialowe hity streamingowego giganta.

W skali europejskiej był to prawdziwy fenomen. Co ważniejsze, jego popularność rosła wprost proporcjonalnie do świadomości politycznej społeczeństwa. Rekordowa frekwencja w wyborach parlamentarnych w 2023 r., strajki przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego, pandemiczna izolacja, a nawet sceniczna charyzma marszałka Hołowni – wszystko to miało bezpośredni wpływ na nasze zainteresowanie polityką.

Nazwa Sejmflix jest o tyle trafna, że nie chodzi wyłącznie o sposób, w jaki pochłanialiśmy polityczne treści (w domu i w długich nieprzerwanych sesjach, naśladując praktykę tzw. binge-watchingu seriali). Istotna jest również kategoryczność, z którą podchodziliśmy do polityki jako do rozrywki. Sejmflix rywalizował o naszą uwagę z filmami, serialami i sportem; gromadził przy telefonach i telewizorach całe rodziny, stał się kopalnią komentarzy, analiz, memów i przeróbek. Służył w dużej mierze zabawie, ale zmienił nasze postrzeganie polityki jako świata o wysokich progach. 

Reklama
Reklama

Sejmflix wytracił pęd w drugiej połowie 2024 r. Po części z powodu eskalacji napięć politycznych w obszarach pozasejmowych, a po części dlatego, że Hołownia nadepnął społeczeństwu na odcisk, mrożąc kolejne ustawy i nie dotrzymując obietnic. Dla przykładu w wielu analizach powtarza się ten sam wątek, czyli odwrót młodych widzów po tym, jak nie udało się uchwalić nowelizacji w sprawie dekryminalizacji pomocy w aborcji. 

Myślę też, że jak każdy tego rodzaju trend, Sejmflix mógł trącić pierwszą kostkę domina, ale nie mógł przetrwać na rynku całkowicie nasyconym politycznymi tematami. 

Dlaczego uwielbiamy oglądać politykę?

Francuski filozof Guy Debord nie dożył czasów rewolucji internetowej. A jednak jego teoria dwóch rzeczywistości, tj. „realnego życia” oraz „świata spektaklu”, doskonale ilustruje rzeczywistość nadprodukcji politycznych bodźców. 

Obydwie rzeczywistości są na siebie nałożone. W jednej żyjemy, pracujemy i wyznaczamy swoich reprezentantów na politycznej arenie. Druga to kultura obrazów: media, reklamy i telewizja, które często przedstawiają prawdziwe życie w sposób atrakcyjniejszy, efektowniejszy, kojarzący się z rozmaicie definiowanym spektaklem. 

Reklama
Reklama

Debord uważał, że ów „świat spektaklu” jest tak uzależniający, że z czasem zaczynamy traktować go jak prawdziwe życie. Przestajemy dostrzegać, że jest tak naprawdę towarem, który ktoś próbuje nam sprzedać.

Polityka też jest towarem. My zaś – jego nabywcami. Kupujemy go na potęgę z kilku powodów. Po pierwsze, kieruje nami tęsknota za wspólnotą, chęć identyfikacji z konkretnymi ideami oraz związane z tym emocjonalne bezpieczeństwo. W naturalny sposób tworzymy bańki informacyjne, grupy utwierdzające się we własnych poglądach, a nawet całe ideologiczne społeczności.  

Plemienność dzisiejszej polityki ma oczywiście źródła w polaryzujących nas problemach społecznych. W ramach spektaklu przedstawiana jest jednak tak, jakby nie było innej drogi, jakby od zwycięstwa jednej ze stron zależały losy całej galaktyki. Stąd często zadawane w mediach pytanie: „O czym są te wybory?”. I odpowiedź: „O walce dobra ze złem, światła z mrokiem, Polski wolnej z Polską zniewoloną”.   

Po drugie, kupujemy, gdyż ulegamy iluzji, że bezrefleksyjne przyswajanie jak największej ilości informacji zwiększa nasze obywatelskie kompetencje. Zamiast stawiać na jakość treści, stawiamy na ilość. A jako że „polityczny spektakl” trzyma nas zwykle na powierzchni problemów i nie pozwala zajrzeć głębiej, kończymy na mieliznach – przebodźcowani, zalani informacjami o niewielkiej wartości. 

Reklama
Reklama

W utopijnym świecie media byłyby oczywiście drogowskazami. I to takimi, które zawsze chadzają wskazywanymi przez siebie drogami. Porządkowałyby komunikaty, uwzględniały sprzeczne racje, układały na nowo priorytety politycznych narracji. W rzeczywistości ich misyjność trudno pogodzić z naturą politycznego spektaklu. Żeby utrzymać się na powierzchni, często muszą ów spektakl podkręcać. 

Odpowiedź na pytanie, kto poza mediami tworzy dziś „świat spektaklu” z teorii Deborda, jest zatem skomplikowana. Z jednej strony tworzymy go sami, odpowiadając na podszepty algorytmów selekcjonujących polityczne treści; promujących najjaskrawsze materiały; układających debatę polityczną w niekończącą się naparzankę. Codziennie nowy konflikt, kolejna afera – jeszcze jeden odcinek ulubionego serialu. 

Z drugiej strony tworzą go politycy. Coraz odważniej wykorzystują dobrodziejstwa nowych mediów. Starają się też mówić do wyborców językiem popkultury. Donald Trump żyje na platformie X, a profil Białego Domu zamienił w fabrykę memów. Prezydent Karol Nawrocki lubi porównywać się do filmowego boksera Rocky’ego, na czym w dużej mierze zbudował swoją medialną markę. Spory coraz częściej prowadzi się tam, gdzie są ludzie – obserwujący w dzień i w nocy, zawsze gotowi do interakcji, reagujący błyskawicznie. 

Nie bez powodu kampanie wyborcze z 2025 r. prowadzone były w dużej mierze na rolkach, w relacjach na Instagramie i materiałach na YouTube. Jakimś symbolem tej zmiany był Stanowski w blokach startowych wyścigu po prezydenturę. Innym – Sławomir Mentzen, który kluczową dyskusję o podziale głosów Konfederacji w II turze wyborów zamienił w half-time show. Zapraszając na swój kanał Nawrockiego i Trzaskowskiego, za jednym zamachem pomnożył polityczny kapitał i scementował nowy medialny porządek.

Reklama
Reklama

Trzeba coś wiedzieć o Polsce

Nie pamiętam, w jakich okolicznościach oglądałem pierwszą debatę prezydencką w swoim życiu. Wiem natomiast, że ostatnią śledziłem na krawędzi fotela, z paczką czipsów w dłoni, w towarzystwie przyjaciół i rodziny. 

Żeby nie było. Od czasu do czasu traktowałem politykę jako rozrywkę z potencjałem i całkiem niezły pomysł na wieczór. Atrakcyjna umowność formy wpisana jest przecież w jej definicję – od konferencji prasowych przypominających bokserskie pojedynki po monodramy, którymi w istocie są wiece wyborcze. 

Myślę natomiast, że Polska nie wkurzała mnie na tyle, żebym odbierał ją za pośrednictwem emocji. Nie śledziłem poczynań „czarnych charakterów”, nie wypatrywałem rycerzy na białych koniach, nie interesowali mnie zmieniający front antybohaterowie. 

Mało tego. Z moich rozmów z rówieśnikami wynika, że ten rodzaj obojętności na politykę jest swoistym doświadczeniem formacyjnym milenialsów.

Reklama
Reklama

Debata prezydencka na miejskim rynku w Końskich, 11.04.2025. Kandydaci: Krzysztof Stanowski, Karol Nawrocki Marek Jakubiak, Szymon Hołownia oraz dziennikarze Michał Adamczyk, Katarzyna Gójska i Wojciech Szymczak (fot. Adam Komorowicz / PAP)

Z perspektywy naszych rodziców zainteresowanie polityką było nie tyle nobilitujące, ile absolutnie niezbędne w budowaniu obywatelskiej tożsamości. I trudno im się dziwić – w przeciwieństwie do nas, liznęli życia z dala od demokracji. „Trzeba coś wiedzieć o Polsce” – powtarzała moja mama (rocznik 1946). To zdanie, którym karciła mnie za młodzieńczy tumiwisizm. 

Tym, czego oboje nie potrafiliśmy przewidzieć, był świat na krawędzi implozji. Wojna za wschodnią granicą, piorun kulisty w Gabinecie Owalnym, polaryzacja tak intensywna, że wyprowadzająca ludzi na ulicę. W pewnym sensie polityka „upomniała się” o milenialsów jako pokolenie bez wielkiego i katastrofalnego w skutkach doświadczenia historycznego (choć pewnie niektórzy z nas będą wspominać w ten sposób pandemię).  

W przeprowadzonych w ciągu ostatnich kilku lat badaniach CBOS-u widać te zmiany. O polityce rozmawiamy znacznie częściej, a temperatura rzeczonych dyskusji jest zauważalnie wyższa. Chętniej spełniamy swoje obywatelskie powinności, zaś okienkiem, przez które spoglądamy na polityczną grę, coraz częściej są media społecznościowe i YouTube. 

Mówiąc krótko: trwamy z polityką w zażyłej relacji. Rozmaite formy „spektaklu” pozwalają nam ją oswoić, co niekoniecznie jest jednoznaczne z jej zrozumieniem. Dobre i to. Od czegoś trzeba zacząć.

Źródło: Zero.pl
Michał Walkiewicz
Michał WalkiewiczDziennikarz
Tagi: polityka
Reklama
Reklama