Nauka

Będzie bolało, czyli jak zreformować polską naukę w czterech krokach

Rządzący tym krajem zdemoralizowani idioci nie rozumieją, że nawet jeśli nakradną wystarczająco dużo pieniędzy, by zabezpieczyć swoje dzieci i wnuki, to ich prawnuki też będą musiały gdzieś kraść. O tym, dlaczego trzeba wspierać polską naukę i jak powinna wyglądać reforma systemu, pisze dla Zero.pl dr Andrzej Dybczyński, prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz w latach 2023-2024.

Andrzej Dybczyński
Felieton autorstwa: Andrzej Dybczyński
09 lutego
12 minut

Reklama

TYLKO NA

W ostatnich tygodniach emocje ludzi, którym zależy na polskiej nauce, rozpaliło ogłoszenie o pracę zamieszczone przez Instytut Fizyki Polskiej Akademii Nauk. Początek ogłoszenia brzmiał jak wyzwanie – poszukiwana jest osoba z doktoratem z fizyki, 10-letnim doświadczeniem w pracy naukowej i rozległymi kompetencjami w zakresie obsługi wyrafinowanej aparatury badawczej.


Reklama

Ale ci, którzy dotarli do końca ogłoszenia, zmierzyli się z uczuciem, którego doświadcza pewien redemptorysta, odwiedzając karmelitów bosych. Oto państwowy instytut oferuje za pracę na tym stanowisku – w Warszawie, na pełnym etacie – 4806 zł brutto. Czyli około 3600 zł netto.

Nie zaskoczyło mnie to, że polskie państwo – decydujące o budżecie Polskiej Akademii Nauk – wycenia pracę naukowca z doktoratem z fizyki na jakieś 75 proc. wartości pracy kasjera w Biedronce lub 60 proc. pensji kierowcy warszawskiego autobusu.

Skoro zdaniem obecnie rządzących Czarnek przesunął wskazówkę na mierniku absurdów polskiej nauki do końca skali, to przecież Wieczorek z Kulaskiem zrobili z tej wskazówki całkiem wydajny wentylator. A najlepszym tego dowodem jest los Sieci Badawczej Łukasiewicz i dwa lata ciężkiej politycznej roboty jej Wielkiego Zegarmistrza.


Reklama

Banda darmozjadów. Tylko pytanie którzy to

Donald Tusk zapewne doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że fizykom – oprócz wynalezienia silnika parowego, spalinowego, elektrycznego i rakietowego, lasera, radia, telewizji, tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego, lotnictwa, komputerów, półprzewodników, nadprzewodników, kompozytów, łączności kwantowej, zegarów atomowych oraz akceleratorów cząstek – nie zawdzięczamy w zasadzie nic.


Reklama

Od Archimedesa przez Newtona, Maxwella, Einsteina, Faradaya, Bohra i Plancka do samego Hawkinga fizycy to banda darmozjadów. Ten ostatni to nawet wysłowić się nie potrafił. No, może Heisenberg coś tam wniósł – dzięki serialowi Breaking Bad polscy politycy wiedzą, że produkował w Nowym Meksyku doskonałą metaamfetaminę. A więc 3600 zł z budżetu państwa dla głąba z doktoratem z fizyki to i tak za dużo.

Ale żarty na bok. To ogłoszenie o pracę jest hańbą nas wszystkich. Jest hańbą dla polskiego państwa, jest hańbą dla polskiej klasy politycznej, jest hańbą dla nas – obywateli, którzy politykom na takie traktowanie polskiej nauki pozwalamy. Jest dowodem braku strategicznego myślenia o państwie. O jego przyszłości i źródłach siły.

To ogłoszenie jest aktem oskarżenia wobec rządzących tym krajem zdemoralizowanych idiotów, którzy nie rozumieją, że nawet jeśli nakradną wystarczająco dużo pieniędzy, by zabezpieczyć swoje dzieci i wnuki, to ich prawnuki też będą musiały gdzieś kraść. I nie rozumieją, że dbanie jedynie o krótkoterminowy interes własnej koterii politycznej jest cechą protopaństwowych organizmów plemiennych, a nie państw nowoczesnych. Państwa nowoczesne podbijają i eksploatują protopaństwowe organizmy plemienne. Głównie dzięki rozwojowi nauki. A ich młodzież wykorzystują do zbierania bawełny w Georgii albo szparagów w Niemczech.


Reklama

Stany Zjednoczone, rządzone przez wyśmiewanego Donalda Trumpa, wpisują do swojej strategii rozwój badań podstawowych jako warunek utrzymania dominacji w świecie.


Reklama

Chiny czynią badania naukowe najważniejszym priorytetem rozwoju państwa – by amerykańską dominację podważyć. A w tym czasie w bantustanie nad Wisłą wodzowie Buszmenów płacą fizykowi z doktoratem mniej niż wynosi miesięczny koszt utrzymania psa w hotelu dla zwierząt.

W nikogo nieobchodzących debatach na temat upadku polskiej nauki jak mantra przewija się argument, że środowisko naukowe ma zbyt małą siłę przebicia, by stanem polskiej nauki zainteresować polityków. By jakiekolwiek zmiany wymusić. To prawda, ale prawda bardzo wybiórcza i prawda maskująca rzecz najistotniejszą. Wybiórcza, bo profesorów w rządzie jest więcej niż jakiejkolwiek innej grupy zawodowej – gdyby tylko reprezentowali interes nauki, a nie swój własny, polska armia mogłaby pozazdrościć akademii modernizacyjnego impetu.

Ale argument o małej sile przebicia środowiska naukowego maskuje problem znacznie poważniejszy. Problem polegający na tym, że polska klasa polityczna sama z siebie nie traktuje nauki jako obszaru decydującego o przyszłości państwa i społeczeństwa. Decydującego o sile, odporności, bezpieczeństwie i zamożności. To problem polegający na tym, że polskiej klasie politycznej trzeba to tłumaczyć i ją do tego przekonywać – no a skoro przekonujący jest zbyt słaby, to i przekonać nie potrafi.


Reklama

Ten argument jest też najbardziej obraźliwym, jaki politycy słyszą. Tyle że owej obraźliwości zwyczajnie nie rozumieją. Bo argument „małej siły przebicia” oznacza, że nawet w naszych własnych oczach polscy politycy nie są rozumnymi gospodarzami naszego państwa. Gospodarzami, którzy troszczą się o swoją ojcowiznę jako całość i o ojcowizny tej przyszłość.


Reklama

Ten argument oznacza, że my sami postrzegamy polskich polityków jak mało rozgarniętych parobków rozrzucających paszę, którą ktoś przywiózł w taczce. Parobków, do których ucha trzeba się dopchać, albo którym trzeba solidnie pogrozić, żeby grożącemu trochę paszy jednak rzucili. Parobków, którzy dla własnego świętego spokoju wolą nakarmić agresywnych etatowych związkowców, bo przecież przestraszone wykształciuchy na uczelniach i tak będą siedziały cicho. I opon w Alejach Ujazdowskich nie podpalą.

Baronowie i książęta, którym jest wygodnie

Naprawa polskiej nauki to przedsięwzięcie na 20-25 lat. Przedsięwzięcie, w którym największą przeszkodą wcale nie będą politycy, ich kondycja intelektualna, sposób myślenia o państwie, determinantach jego rozwoju i przyczynach jego upadku.

Najtrudniejszą do pokonania przeszkodą w reformie polskiej nauki będzie samo środowisko naukowe. Będą jego koterie. Jego konformizm. Jego żerujące na słabościach i lukach systemu grupy interesów. Jego utrwalone i zabetonowane systemowe patologie. Jego baronowie i książęta, którzy po latach funkcjonowania w systemie doszli do pensji dziesięciokrotnie wyższych niż ta, którą bez cienia wyrzutów sumienia oferują młodemu człowiekowi na początku naukowej kariery. Przeszkodą będzie to samo środowisko, które dysponując na uczelniach wyborczą większością, wybiera na swoje magnificencje seksualnych dewiantów i finansowych cwaniaczków.

Reforma polskiej nauki nie dokona się też mocą jednej czy dwóch ustaw. Próbował tego Gowin, próbowali inni. Nie będzie to możliwe, bo reprezentanci środowiska naukowego – a w istocie beneficjenci jego patologicznego stanu – rozmyją i wykastrują każdą systemową reformę. W ochronie własnych interesów rozdzierać będą szaty nad niszczeniem przez polityków naukowej autonomii – już od dawna będącej w istocie bezkarnością i systemowym brakiem odpowiedzialności przed społeczeństwem.


Reklama

A politycy – jak wielekroć wcześniej – machną na to ręką, bo nie dlatego wolą rządzić protopaństwowym organizmem plemiennym, żeby przekształcać go w nowoczesne państwo. Wielokrotne próby reformy Polskiej Akademii Nauk – jednej z najbardziej skostniałych i nieefektywnych instytucji w Polsce – są tego najlepszym, modelowym wręcz przykładem.

Jedyna szansa na reformę polskiej nauki i wprowadzanie do niej mechanizmów i rozwiązań stosowanych w świecie cywilizowanym to punktowe, choć głębokie, chirurgiczne zmiany. Zmiany te powinny spełniać cztery warunki.

Krótki przepis na reformę nauki

Po pierwsze, każda ze zmian powinna rozwiązywać jeden fundamentalny problem polskiej nauki. Uderzać w konkretną, źródłową przyczynę złego stanu.


Reklama

Po drugie, każda taka zmiana powinna być możliwa do zaprojektowania i wprowadzenia jedną zdecydowaną decyzją, której powstrzymanie przez beneficjentów obecnego systemu będzie bardzo trudne lub niemożliwe.


Reklama

Po trzecie, zmiany te powinny być na tyle proste, by bardzo trudno było je utopić w gąszczu konsultacji, dyskusji i debat, którymi środowisko naukowe potrafi zabić niemal każde rozwiązanie – zwłaszcza korzystając z przekonania, że głęboka wiedza na temat filozofii augustiańskiej lub fizyki kwantowej jest dowodem głębokiej wiedzy w każdej innej dziedzinie – od finansów, przez zarządzanie infrastrukturą, po modelowanie systemów organizacyjnych.

Po czwarte wreszcie, te punktowe zmiany powinny być atrakcyjne, nośne medialnie i obiecujące wyborczo z perspektywy polityków. Powinny dawać im powód do tego, by się w nie zaangażowali i je przeforsowali – w swoim własnym interesie, bo interes nauki mają, jak wszyscy wiemy, w nosie.

I to dopiero suma wielu takich zmian może stworzyć masę krytyczną i zapoczątkować procesy, które w perspektywie 20-25 lat doprowadzą do zmiany systemu oraz wykształcenia nowego pokolenia naukowców i ludzi zarządzających polską nauką. I to dopiero oni zapewnią polskiej nauce miejsce na miarę naszych ambicji i możliwości.


Reklama

Hańbiące nas wszystkich ogłoszenie o pracę w Instytucie Fizyki PAN obnaża jedno z największych zagrożeń dla polskiej nauki – brak następstwa pokoleń. Każdy, kto w systemie polskiej nauki funkcjonuje, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie oferuje on dziś młodym, utalentowanym ludziom żadnej nie tyle nawet atrakcyjnej, co choćby godnej perspektywy funkcjonowania.


Reklama

Każdy młody człowiek, który nie jest zamożny z domu, a chciałby kiedyś założyć rodzinę i po prostu godnie żyć, od systemu polskiej nauki będzie się trzymał z daleka. Wie o tym każdy, kto uczestniczył i uczestniczy w rekrutacjach do polskich jednostek naukowych. I to jest najbardziej palący problem, który należy rozwiązać.

A zatem, Panie i Panowie politycy:

Żeby rozwiązać problem braku następstwa pokoleń, wywołany między innymi skrajnie niskimi wynagrodzeniami, powinniście podnieść minimalne wynagrodzenia na najniższych stanowiskach naukowych. Moim zdaniem powinno być to około 9,5 tys. zł miesięcznie brutto. Jak to zrobić? Już wyjaśniam. A jako że piszę do polityków, instrukcja będzie prosta i krótka. Raptem cztery kroki.


Reklama

Krok pierwszy: dodajcie poniższy przepis w rozdziale „przepisy końcowe” jakiejkolwiek ustawy, którą właśnie procedujecie.  Macie to opanowane – w ten sposób dewastujecie polskie prawo. Pamiętajcie – dodajcie to do ustawy niekontrowersyjnej, żeby bokser nie trafił was znowu prawym prostym. I za nic, za nic w świecie, nie próbujcie tego przepisu poprawiać, udoskonalać, ulepszać! Po prostu go nie dotykajcie.  Wreszcie – zaklinam Was na romans Łukasiewicza z Curie-Skłodowską – nie pozwólcie nad tym przepisem pracować najtańszym prawnikom w Warszawie. To są ci, których zatrudniacie.


Reklama

A oto sam przepis:

W ustawie z dnia 20 lipca 2018 r. – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (Dz. U. z 2024 r. poz. 1571, 1871, 1897, z 2025 r. poz. 619, 620, 621, 622, 1162) po art. 137 dodaje się art. 137a w brzmieniu:

„Art. 137a.

  1. Niezależnie od przepisów art. 137 oraz przepisów wydanych na jego podstawie, wynagrodzenie zasadnicze brutto nauczyciela akademickiego zatrudnionego na najniższym stanowisku naukowym, w przeliczeniu na pełny wymiar czasu pracy, nie może być niższe od przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, bez wypłat nagród z zysku, za grudzień roku poprzedzającego, ogłoszonego w komunikacie Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego.
  2. Wysokość wynagrodzenia, o którym mowa w ust. 1, ustala się na podstawie komunikatu Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego ogłoszonego nie później niż do dnia 31 stycznia danego roku.
  3. Podmioty, o których mowa w art. 7 ust. 1, są obowiązane dostosować wysokość wynagrodzeń, o których mowa w ust. 1, w terminie 3 miesięcy od dnia ogłoszenia komunikatu, o którym mowa w ust. 2”.

Reklama

I powtarzam: niech wasi prawnicy tego nie dotykają. Po trzech dniach analiz wymyślą wam problem z progresją wynagrodzeń na wyższych stanowiskach (art. 137.1). Wtedy umówimy im spotkanie z moimi prawnikami i zobaczycie różnicę między prawnikami najtańszymi i najlepszymi.

Krok drugi: każcie Domańskiemu (Ministerstwo Finansów, ul. Świętokrzyska 12, Warszawa) wypuścić obligacje Skarbu Państwa na kwotę 1,2 mld zł i przekazać je podmiotom systemu nauki na sfinansowanie tej regulacji. Te 1,2 mld zł to jest szacowany roczny koszt zmiany. Z innej strony – to jest 0,6 proc. tego, co w zeszłym tygodniu pożyczyliście od Unii Europejskiej na uzbrojenie dla polskiej armii.

Krok trzeci: zróbcie hucpę w mediach o tym, jak to ratujecie polską naukę po latach rządów PiS-u, ble, ble, ble… Zorganizujcie jakiś kongres, na przykład „Polska dla Nauki” albo „Nauka dla Polski” – obojętne. Przypiszcie sobie wszystkie zasługi i oblejcie błotem przeciwników politycznych. Kosztami organizacji hucpy nakarmicie zaprzyjaźnione agencje eventowe, które potem pomogą wam w kampanii wyborczej. W finansach nazywamy to efektem mnożnikowym. Zresztą, po co ja to piszę – akurat krok trzeci macie ogarnięty do perfekcji.

Krok czwarty: przestańcie pierd…, że się nie da.


Reklama

Źródło: fot. Shutterstock
Andrzej Dybczyński
Andrzej DybczyńskiDoktor nauk humanistycznych, były prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz – autor zewnętrzny