Kiedy ogłoszono, że interesuje się nim Barcelona, można było przez chwilę pomyśleć: to nie będzie najlepiej dobrany duet. Oczywiście, transfer Polaka do klubu z tak wielką historią wywołał sporą ekscytację. Jednocześnie trudno było oprzeć się wrażeniu, że w porównaniu do napastników, którzy wcześniej grali na Camp Nou, „Lewy” jest piłkarzem z nieco innego świata. Wybitny snajper, genialny w polu karnym, ale nie do końca taki, który dobrze poczuje się wśród zawodników wymieniających między sobą 700 podań w trakcie meczu.
Zwłaszcza, że wówczas było już głośno o napięciach między Lewandowskim i trenerem Pepem Guardiolą, który kochał taki styl, a w Bayernie eksperymentował, zmieniał pozycję Polaka na boisku i wycofywał go z pola karnego. Gdy Hiszpan kazał „Lewemu” grać na skrzydle lub dalej od bramki, ten publicznie okazywał niezadowolenie.
– Wielokrotnie się z nim nie zgadzałem i mu to mówiłem, wielokrotnie było mi ciężko, ale pokazałem, że potrafię się dostosować, a on też w jakimś stopniu się mnie nauczył – opowiadał Lewandowski o relacji z Guardiolą.
A przecież Barcelona prowadzona przez Xaviego miała grać podobnie jak Bayern: mobilni napastnicy, regularne rotacje pozycji między zawodnikami, choćby w środkowej linii. Do tego mnóstwo podań i mniej bezpośredni, choć nie skuteczny, futbol.
Lewandowski zmienił Barcelonę. Od hańby do tytułów
Przed transferem przez chwilę uważałem, że Lewandowski nie będzie pasował do takiej gry. Jak się okazało, nie musiał. Zespół szybko nauczył się wykorzystywać jego atuty, co w siedmiu pierwszych ligowych meczach dało dziewięć bramek i dwie asysty. Dalsze wyliczanie bramek nie jest potrzebne, bo większość kibiców śledziła jego statystyki bardzo uważnie, w końcu o wszystkich informowały media.
Co ważne: zawodnik, który strzela gole z niczego, wręcz wyczarowuje je z najróżniejszych pozycji, potrafi wykończyć akcję po niedokładnym podaniu i samą swoją obecnością w polu karnym wiąże uwagę dwóch, trzech rywali, stanowi ogromna wartość dla drużyny. Zwłaszcza, że po odejściu Lionela Messiego nie było w Barcelonie zawodnika, który gwarantowałby taką skuteczność. Lewandowski ją zapewniał i to samo w sobie dużo, choć nie wszystko. Polak pomógł też klubowi na innych polach.
„Lewy” dołączał do drużyny straumatyzowanej. Kibicowanie Barcelonie przed transferem Polaka mogło być powodem do wstydu. Barcelona, spłacająca nieudolnie gigantyczne długi, nie wygrała mistrzostwa od trzech lat, kompromitowała się w europejskich pucharach i stała się synonimem upadku. Pod tym względem sprowadzenie Lewandowskiego można było odebrać jak obietnicę wyborczą: kończymy z przegrywaniem. Wola zwycięstwa u Polaka jest bowiem tak ogromna, że aż irytująca.
Oczywiście, chęć wygranej napędza piłkarzy od najniższych poziomów, a tym bardziej zawodników takiego giganta jak Barcelona. Jednak dalej nie jest to poziom zaangażowania, jaki pokazał Lewandowski od pierwszych dni w klubie z Katalonii.
Z tego samego powodu na „Lewego” wiele razy ciężko było patrzeć. Gdy machał rękami na młodszych kolegów nie wykorzystujących jego pracy, w poszukiwaniu podań cofał się za pole karne i próbował nieudolnie rozgrywać akcje, nie wykorzystywał okazji, choć do nich dochodził. Po kiepskiej grze i tak trafiał, więc trudno było mieć pretensje.
Jak Barcelona zmieniła Lewandowskiego. Wystarczył jeden uścisk
Statystyki to jedno, bo Barcelona stworzyła „nowego” Lewandowskiego. W którym momencie zaszła zmiana, trudno powiedzieć. Ale że do niej doszło, nie ma żadnych wątpliwości. Lewandowski z nieco wycofanego i chłodnego towarzysza w drużynie stał się przyjacielem oraz opiekunem dużo młodszych od siebie hiszpańskich magików. Najbardziej uroczym dowodem na to była interwencja Gaviego, który zdemolował pomocnika Realu Madryt Daniego Ceballosa, który chwilę wcześniej zaczepił Lewandowskiego.
Polak mówił w jednym z wywiadów, że do przełamania doszło, gdy właśnie Gavi podszedł i bez powodu, po hiszpańsku, przytulił się do niego.
Ten niepohamowany gest sympatii ze strony zawodnika, który słynie z szalonego zaangażowania, przełamał w Polaku naturalną powściągliwość i otworzył go na ekspresyjną, radosną i pełną entuzjazmu szatnię Barcelony. Lewandowski odwzajemniał to uczucie: z troską żartował sobie z młodych piłkarzy, ale, gdy trzeba było, służył im radą. W pożegnalnej wiadomości dziękował za to Fermin Lopez, jeden z najlepszych zawodników obecnej kadry Barcelony.
Gavi oraz Fermin w weekend żegnali Polaka jak legendę. Lewandowski zmienił Barcelonę i odszedł, zostawiając klub na szczycie. Wspomniana wcześniej obietnica wyborcza została spełniona. Wyliczam, by przypomnieć sobie tytuły i bramki, które zdobył „Lewy”: trzy mistrzostwa, wygrana Pucharu Króla, trzy Superpuchary Hiszpanii, półfinał Ligi Mistrzów i tytuł króla strzelców Primiera Division.
Cztery sezony. Tyle wystarczyło też, by Lewandowski zmienił Barcelonę i by to Barcelona zmieniła Lewandowskiego. Nigdy wcześniej ani prawdopodobnie później bramki Barcelony nie będą mnie już tak cieszyły. Satysfakcję poczuję zawsze, bo to klub, którego mecze, z bliżej nieznanych przyczyn, oglądam od dekady. Ale to wtedy, gdy „Lewy” trafiał do siatki w trudnych momentach, zwłaszcza zapamiętanych na długo bojach z Realem, czułem największą radość.
Zmienił klub, zmienił się sam i zmienił kibiców. Na taki finał zasługują tylko piękne sportowe przygody.

