No więc czekałem na dobry moment, żeby napisać komentarz związany ze świętej pamięci Jackiem Magierą. Piłkarzem, później trenerem, asystentem selekcjonera reprezentacji Polski.
Ale nie chcę po prostu o nim opowiadać. Pomyślałem, że opowiem o pewnym zjawisku, które przyszło mi w ostatnich dniach do głowy. Nie wiem, czy słyszeliście o takim angielskim słówku jak bullying. Tłumaczenie na język polski jest zbyt proste – zwykłe zastraszanie. Natomiast bullying jako zjawisko to pewien rodzaj dominacji nad drugą osobą, połączonej z działaniami takimi, by tę osobę trochę ośmieszyć, poniżyć czy zranić, pokazać swoją wyższość.
Często jest to zjawisko grupowe – grupa ludzi bierze sobie kogoś na cel i zaczyna mniej lub bardziej dotkliwie dokuczać. Kilku uczniów w szkole zaczyna uprzykrzać życie trochę bardziej wycofanemu rówieśnikowi. Bo ma inny kolor włosów, bo jest gruby, bo jest chudy, bo jest cichy, bo jest biedniejszy, bo jest niższy albo wyższy. Sto powodów, wszystkie nonsensowne.
Wszyscy chcieli być twardzi
Poznaliśmy się z Jackiem Magierą w 1997 r., ja byłem bardzo początkującym dziennikarzem, on młodym piłkarzem świeżo po transferze z Rakowa Częstochowa do Legii Warszawa. Było to tak dawno temu, że nie wiem, czy słowo bullying w ogóle w Polsce cokolwiek komuś mówiło.
Przygotowując ten felietonik, wyczytałem, że w języku angielskim zostało użyte po raz pierwszy dokładnie 100 lat wcześniej, czyli w roku 1897. Uznajmy na potrzeby tekstu, że w Polsce w 1997 r. nikt bullyingu nie zdefiniował, nawet znęcanie nie było znęcaniem, fala w wojsku była normalką i zwykłym koniecznym do zaliczenia etapem, gdy ktoś miał ciężko, to mówiło się, że po prostu przechodzi „szkołę życia”. Przemoc psychiczna nikomu nic nie mówiła, bo nawet przemoc fizyczną bagatelizowano. Lanie pasem do krwi było tym, czym dzisiaj podniesiony głos – jakimś rodzajem niestosowności.
Nie mając więc nazwanych pewnych postaw, nie wiedząc o tym, żyliśmy w czasach bullyingu totalnego. W szkole, w pracy, na osiedlu – wszędzie bullying. Nawet nie wiedzieliśmy, że może być inaczej. Nikt nie odróżniał psychologa od psychiatry, zresztą na dobrą sprawę nie było ani psychologów, ani psychiatrów. Jeśli chodzi o porady, to była jedna uniwersalna – że „twardym trzeba być”. Tak mówił pan od WF–u.
Wszyscy więc chcieli być twardzi. Niektórzy chcieli być najtwardsi. Ci najtwardsi, żeby było jasne, że są naprawdę najtwardsi i żeby nikt co do tego nie miał wątpliwości, musieli zdominować tych po prostu twardych. A gdzieś z boku, pod ścianą, w rogu albo na drugim końcu korytarza stał ktoś. Ktoś, kto nie chciał w tej rywalizacji brać udziału. Bo był miękki, a nie twardy – tak się wtedy myślało.
Dopiero po latach rozumiałeś, że odwrotnie – był najtwardszy. Mięczaki zbierały się w grupki i próbowały dominować tych, którzy grupek nie potrzebowali. Trzeba było być największym z kozaków, żeby nie dołączyć do najmocniejszej ekipy, żeby nawet nie próbować jej się przypodobać i żeby nawet nie wystartować w tym wyścigu pod tytułem „kto, kogo”.
Nieoczywisty element w szatni
Myślę dzisiaj o wszystkich szkołach w Polsce, o wszystkich klasach, o wszystkich uczniach, o podwórkach, myślę o dzieciakach, ale i o dorosłych. Pamiętam Jacka z tamtych czasów. To zawsze był dobry piłkarz – gdyby nie to, nie trafiłby do Legii, nie grałby w młodzieżowej reprezentacji Polski. Ale jako człowiek był elementem szatni nieoczywistym. Nie odpowiadał chamstwem na chamstwo, więc można było go w szatni zaczepiać bez konsekwencji. Nie był uszczypliwy, nie podgryzał, ktoś nawet powie, że można było mu skakać po głowie. Wolał czytać książkę, niż próbować wkupić się w łaski grupy.
Dostawał różne ksywki – na przykład „Babcia”. Kiedyś kadra olimpijska poszła do siedziby TVP i tam w korytarzu były plakaty słynnych produkcji. Ktoś zobaczył plakat „Kulfona” i Magiera został „Kulfonem”.
Musiały minąć lata, żeby to był „Magic”. Droga do dobrze brzmiącego „Magica” wiodła przez „Babcię” i „Kulfona”. Ksywki go poniżały, a on albo miał to gdzieś, albo udawał, że ma to gdzieś. Pewnie trochę udawał.

Jacek Magiera (fot. AFP/EAST NEWS / East News)
Czy imponował mi wtedy Jacek Magiera? Nie. Lubiłem go, bo był miły, ale mi nie imponował.
Imponowali mi ci, którzy wymyślali mu przezwiska, imponowali mi ci pozornie silniejsi, bardziej – tak mi się wydawało – charyzmatyczni, mocniejsi w gębie, bezwzględni, szydzący z innych. Myślę, a nawet wiem, że to zasada wśród dziennikarzy sportowych. Wolimy dać wiarę czy też dać wsparcie temu bykowi, bull, który manifestuje swoją siłę, wyższość. Takiemu, który napina mięśnie nawet nieproszony. Mijają lata zanim dobrze zaczynamy rozumieć słowo „charyzma”.
25 lat temu nigdy bym nie uznał Jacka Magiery za charyzmatycznego. Nie krzyczał, nie przeklinał, nie wzbudzał strachu.
Dopiero jakiś czas temu zrozumiałem, że inaczej wygląda definicja charyzmy – że to nie wzbudzanie strachu, ale wzbudzanie respektu i wskazywanie kierunku. A Magiera, jako człowiek, pod względem etyki, niezłomności i zasad wzbudzał respekt i wskazywał kierunek.
Magiera miał na początku trudno
Pamiętam jak mnie to uderzyło, gdy z dwa albo trzy lata temu rozmawialiśmy przy winie – pierwszy raz do mnie wtedy dotarło, że ja po prostu szanuję, co on do mnie mówi. Że to wzbudza respekt. Że mówi mądrze i mocno, nawet jeśli nieagresywnie. I że jakże to jest inne od tego, co odczuwam, gdy rozmawiam z tymi, których lata wcześniej uważałem za charyzmatycznych. Oni już nie mieli mi nic interesującego do przekazania. Paplanina bez wartości.
Nie chcę, żeby zabrzmiało to tak, jakby Jacek Magiera był w szatni jakimś pośmiewiskiem czy że doświadczył jakichś straszliwych rzeczy. Chcę powiedzieć, że miewał na początku trudno, bo jak to w męskim środowisku – wielu było tych byczków, którzy chcieli pokazać, że to ich terytorium, a on w tym wyścigu w ogóle nie miał zamiaru startować. Pewnie nawet nie miałby w nim szans, bo to nie był do końca jego świat i nie jego rodzaj rywalizacji. Pewnie byłby w tym beznadziejny.
Ale po latach wiem, że najsilniejszym w całym tym towarzystwie był Jacek Magiera. Piłka nie przeszkodziła mu w tym, żeby skończyć studia. Nie przeszkodziła mu w tym, żeby pozostać człowiekiem wierzącym. Nie przeszkodziła mu w tym, żeby pozostać osobą empatyczną. Po prostu nie przeszkodziła mu w tym, żeby pozostać sobą. To nie było łatwe. Zamiast – jak to się mówi – iść na dupy, idziesz na uczelnię. To nie jest oczywiste.
Lata minęły i Jacka Magierę szanują wszyscy. Ci, którzy kiedyś skakali mu po głowie, także. Bo większość z nas wyrasta z głupot. Ludzie dojrzewają, zakładają rodziny, potykają się, podnoszą, pomagają lub potrzebują pomocy, zmienia się ich system wartości. Niektórzy w wieku 30, inni w wieku 40, a jeszcze inni dopiero w wieku 50 lat, ale wszyscy w komplecie stwierdzają – Jacek Magiera to był gość. Najlepszy człowiek.
Mówię o tym także dlatego, że bardzo często zagadują mnie młode osoby. Proszą o zdjęcie, chcą pogadać. A więc czasami mnie oglądają albo czytają. Jest szansa, że przeczytają także ten tekst. Dlatego chciałem im powiedzieć: może gdzieś koło was, gdzieś pod ścianą, gdzieś w rogu, gdzieś na końcu korytarza stoi chłopak, z którego się podśmiewujecie. Bo ma inny kolor włosów, bo jest gruby, bo jest cichy, bo jest biedniejszy, bo jest niższy. Sto głupich powodów. Dajcie mu spokój, bo kiedyś może być wam głupio. To może być najlepszy człowiek, jakiego będziecie mieli szansę w życiu poznać. I to może być wasz najlepszy kumpel czy najlepsza przyjaciółka, jeśli tylko przestaniecie manifestować swoją sztuczną dominację.
Pogadajcie, otwórzcie się albo chociaż po prostu – dajcie spokój.
Jacek Magiera był mentalnym gigantem, więc poszedł w życiu po swoje. Można jego życiorys opowiedzieć po piłkarsku: że rozegrał ponad 200 meczów w Ekstraklasie, i że jako trener poprowadził Legię Warszawa w Lidze Mistrzów, albo że zdobył sensacyjne wicemistrzostwo Polski ze Śląskiem Wrocław. Ale przede wszystkim na poziomie inteligencji, etyki, relacji międzyludzkich był absolutnym zjawiskiem i dzisiaj z tej perspektywy jest przez wszystkich wspominany. W środowisku pełnym toksycznych, szybkich emocji, pozostał człowiekiem bez hejterów. To jest dopiero osiągnięcie bez precedensu.
Jednak nie każdy musi być gigantem. Nie każdy musi być Jackiem Magierą. Tam pod ścianą, w rogu, na końcu korytarza może stać ktoś, kto nie podbije świata, ale wciąż ktoś, kto może być bardzo wartościową osobą, jeśli tylko wszystkie pobliskie byczki dadzą mu spokój.
Jeśli czujesz potrzebę znęcania się nad pozornie słabszym, jesteś najsłabszy. A nie musisz być. Możesz po prostu przestać.

