Gdy jesienią 2023 r. rozpoczął się powyborczy podział łupów, szybko okazało się, że teka szefa resortu kultury – do tamtej pory, przyznajmy szczerze, niemająca kluczowego znaczenia politycznego – musi trafić w ręce fightera. Kogoś, kto doskoczy i nie odstawi nogi. Kto nie cofnie się mimo tysiąca głosów krytyki. Powód był jasny: to pod MKiDN podlegał nadzór właścicielski nad spółkami mediów publicznych, który już wkrótce miał okazać się kluczowy dla pierwszych powyborczych decyzji koalicji 15 października.
I tak w pałacu Potockich – barokowej siedzibie resortu przy Krakowskim Przedmieściu – zjawił się Bartłomiej Sienkiewicz. Polityczny outsider, kojarzony raczej ze służbami specjalnymi (w dawnym Urzędzie Ochrony Państwa dorobił się stopnia podpułkownika) niż z historią sztuki, muzeami i kulturą wysoką. Wieloletni analityk, współtwórca Ośrodka Studiów Wschodnich, były szef jednego z tzw. resortów siłowych. Jednym zdaniem: Kandydat idealny do zadań specjalnych.
O tym, co wydarzyło się 20 grudnia 2023 r. o godz. 11:18, pisać zbyt długo nie muszę. Symbolem tamtych wydarzeń stał się Marek Formela, wieloletni działacz SLD i redaktor naczelny „Gazety Gdańskiej”. To on, nieświadomie, pożegnał widzów „starego” TVP Info, ostrzegając ich przed „ministrem Sienkiewiczem, który postanowił wprowadzić własny porządek do mediów”. Po tych słowach sygnał mediów publicznych został odcięty na długie godziny. Wieczorem nastała już „czysta woda”.
Po ponad dwóch latach od tamtych wydarzeń wiem jedno: z deklaracji Marka Czyża ostało się niewiele. Choć propaganda nie jest tak ostentacyjna, jak w „Wiadomościach” za czasów prezesury Jacka Kurskiego i Mateusza Matyszkowicza, nadal jesteśmy daleko od ideału. Mógłbym teraz przytaczać dziesiątki przykładów: fragmenty wypowiedzi red. Doroty Wysockiej-Schnepf, tweety szefa publicystyki TVP Piotra Maślaka, podział czasu antenowego pomiędzy poszczególne partie, nieoddzielanie faktów od opinii, manipulacje czy przeinaczenia. Wiem jednak, że nie ma to najmniejszego sensu. W dyskusji o „budowaniu mediów na kształt BBC” dawno już nie chodzi o stworzenie rzetelnych mediów publicznych.
Nie bójmy się powiedzieć tego wprost: rząd Donalda Tuska zdezerterował w kwestii mediów publicznych. Przez ponad dwa lata rządów nie zrobił nic by zbudować telewizję stanowiącą wzór dla konkurencji pod względem jakościowym, wynikowym i treściowym. W każdym z tych aspektów pozostaje daleko w tyle. Gdyby nie fakt, że może liczyć na kolejne transze rezerwy budżetowej, uległaby już dawno – nomen omen – likwidacji.
Na odcinek poważnie brzmiącej „reformy mediów publicznych” rzucono więc – nieco z przypadku – Martę Cienkowską. Politolożkę i producentkę teatralną, niedoszłą posłankę bez żadnego zaplecza politycznego. Panią minister cenię i szanuję, wśród wielu jej zalet trudno jednak znaleźć doświadczenie medialne czy znajomość prawa w tej dziedzinie. I to ona sprząta bałagan, który swoimi decyzjami pozostawił Bartłomiej Sienkiewicz. Misja trudna – żeby nie powiedzieć: straceńcza.
Przygotowywany w MKiDN projekt ustawy medialnej jest – mówiąc eufemistycznie – mocno niedoskonały. Zakładając nawet, że Ministerstwo Finansów zgodzi się na likwidację abonamentu rtv i finansowanie mediów z budżetu państwa (co wcale nie jest takie oczywiste), kolejne problemy czekają tuż za rogiem. Jednym z nich jest głowa państwa.
Wbrew twierdzeniom pani minister z wywiadu na Zero.pl, Karol Nawrocki wcale nie musi być entuzjastą pomysłu, aby rząd Donalda Tuska meblował mu Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, znosił Radę Mediów Narodowych (stworzoną za czasów rządu Zjednoczonej Prawicy) czy wycofywał kłopotliwą dla rządu likwidację spółek medialnych.
A gdyby jednak – z jakichś powodów – Karol Nawrocki podpisał ustawę, trudno mówić o długofalowym odpolitycznieniu mediów publicznych. W ustawie nie zaszyto bowiem żadnych bezpieczników, które sprawiłyby, że domniemany stan „odpolitycznienia” utrzyma się dłużej niż jedną kadencję. „Trudno odpowiadać mi za to, co zrobią kolejne rządy” – stwierdziła bezradnie Marta Cienkowska, gdy pytaliśmy ją o to, jak planuje zabezpieczyć media publiczne przed kolejną władzą.
I to jest chyba w tym miejscu najsmutniejsze: nieważne, jakie będą media publiczne. Ważne, że nie są w rękach tych drugich. Z tego założenia wyszedł rząd PiS w 2015 r., gdy procedował w Sejmie tzw. małą ustawę medialną. Podobnie myślała koalicja 15 października, wprowadzając stan likwidacji w 2023 r. Dla jednej i drugiej strony kwieciste słowa o budowaniu mediów na kształt „polskiego BBC” były tylko pustym frazesem.
Co znajduje się w projekcie nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji?
- Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji liczyć ma dziewięciu członków powoływanych na 6-letnią kadencję, z rotacją składu co dwa lata. Czterech członków wybierać będzie Sejm, dwóch – Senat, a trzech – prezydent RP.
- Zlikwidowana ma zostać Rada Mediów Narodowych.
- Zarządy w spółkach mediów publicznych będą jednoosobowe, powoływane na 5-letnią kadencję przez KRRiT, na wniosek komisji konkursowej złożonej z członków rady nadzorczej oraz dwóch przedstawicieli rady programowej.
- Abonament rtv ma zostać zastąpiony stałym finansowaniem z budżetu państwa.

