Warszawscy radni przegłosowali w czwartek nocną prohibicję.
Jeżeli wojewoda nie zgłosi sprzeciwu, już od 1 czerwca nie będzie można kupić alkoholu w sklepach czy na stacjach benzynowych między 22 a 6. Wyjątkiem będzie Lotnisko Chopina.
Wszystko przez tych komuchów.
Żeby nie było, to nie są moje słowa. Wystarczy posłuchać, co jeszcze we wrześniu mówił Szostakowski, szef klubu radnych Koalicji Obywatelskiej: – Lewica ma długą historię w Polsce wprowadzania zakazu sprzedaży alkoholu. Nie są one związane tylko z ostatnimi latami. Najdłuższy zakaz, który został wprowadzony w latach 80., został wprowadzony przez lewicowo-komunistyczny rząd Jaruzelskiego.
Nie ma się co dziwić, że to właśnie Lewica na czele z Czarzastym, dawnym członkiem PZPR, chce ograniczenia sprzedaży alkoholu w całym kraju. Chce też tego Polska 2050, a tam dowodzi teraz Pełczyńska-Nałęcz, była ambasadorka w Moskwie, więc wnioski nasuwają się same.
No i chce tego większość Polaków, ale kto by ich tam słuchał.
Na szczęście na razie tylko Warszawa (i kilkadziesiąt innych miast)
O to, żeby wprowadzić w stolicy nocną prohibicję, zawnioskował osobiście król miasta. Zresztą to nie był jego pierwszy wniosek w tej sprawie. Już w zeszłym roku chciał ograniczeń, z tym że w nieco innych godzinach – od 23 do 6. Złośliwi zauważali, że godziny te pokrywają się z czasem pracy sieci małych sklepów z zielonym płazem w logo, która sponsorowała organizowany przez polityka Campus. Trzaskowski zaprzeczył, a powodów, żeby mu nie wierzyć, nie było.
Równolegle w sprawie wnioskowała Lewica (komuchy, oczywiście) wraz z postulującym wprowadzenie ograniczeń od lat stowarzyszeniem Miasto Jest Nasze (które do rady dostało się ze współdzielonych z Lewicą list, więc też komuchy, oczywiście). Żaden z wniosków nie przeszedł. Przeszła za to propozycja wprowadzenia pilotażu w dwóch dzielnicach – na Śródmieściu i na Pradze Północ.
Pech chciał, że sam mieszkam na drugiej z dzielnic. Skutki pilotażu odczułem osobiście. Raz, kiedy wracaliśmy z dziewczyną z randki, chcieliśmy kupić wino. Już w drodze zastanawialiśmy się, jakie wybrać. Byłem za czerwonym, ona za bąbelkami. W sklepie postawiliśmy na kompromis – klasyczny, półwytrawny riesling. Idziemy do kasy szczęśliwi, że udało się dokonać wyboru, który nie doprowadził do kłótni, rozstania i podziału dość wątpliwego majątku. Nagle słyszymy: – Jest po 22. Nie sprzedam.
Zamiast wina wypiliśmy herbatę. Cudem to zniosłem.
Cudem znoszę też, że pod oknem o wiele rzadziej słyszę nocne wezwania do uprawiania stosunku z funkcjonariuszami organów ścigania. I ogólnie, że jakoś tak ciszej, i że śmieci przy bloku mniej.
Teraz cudem znosić będą musiały to także inne dzielnice. Już współczuję przyjaciółkom z Bemowa i Ursynowa. Biedni przyjaciele z Mokotowa i Wilanowa. Nie wiem, jak sobie z tym poradzą.
Ale jeśli sobie nie poradzą i już będą musieli między 22 a 6 kupić alkohol, to znam rozwiązanie. Wystarczy zdobyć bilet na samolot, podjechać na Okęcie, przejść przez kontrolę bezpieczeństwa, podbiec do bezcłówki, chwycić flaszkę, zapłacić, po czym udać, że się czegoś zapomniało i wyjść z lotniska. Może i trochę się przepłaci, ale jak mus, to mus.

