Żaneta Cwalina-Śliwowska opuszcza Polskę 2050. To efekt uchwały przyjętej w sobotę, która miała – uwaga, uwaga – zaprowadzić pokój w klubie i partii. Informację jako pierwszy podał TVN24.
Zaprowadzanie porządku było potrzebne, bo część polityków partii uznała, że trzeba zmienić szefa klubu parlamentarnego Pawła Śliza. Przewodnicząca Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz zaproponowała jednak, że żadnych zmian do 21 marca 2026 r. nie będzie. W ramach uspokojenia sytuacji.
Cwalina-Śliwowska mówi TVN24 wprost: to niedemokratyczna uchwała, która zamyka usta posłom i betonuje klub. A szef klubu, jej zdaniem, łamał partyjny regulamin.
Rozpad Polski 2050, czyli po poniedziałku jest wtorek
Bądźmy ze sobą szczerzy: dzieje się w Polsce 2050 to, co wydarzyć się musiało. Pierwsze gesty po wygranej Pełczyńskiej-Nałęcz o stanowisko szefowej klubu z Pauliną Hennig-Kloską, mogły zwieść tylko najmniej orientujących się w krajowej polityce.
Obie panie zapewniały o tym, że będą działać razem, że ważne jest utrzymanie partii w ryzach, że, mówiąc najprościej, Polska potrzebuje Polski 2050.
Ale każdy, kto śledzi politykę od co najmniej miesiąca, doskonale wiedział, że szybko zaczną się tarcia. I równie szybko tarcia te doprowadzą do partyjnego kryzysu.
Tuż po partyjnych wyborach pisałem, że trudno zakładać scenariusz, w którym Polska 2050 będzie trwać do wyborów w 2027 r., a Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz uspokoi nastroje w partii. Po pierwsze, wydarzyło się zbyt wiele, żeby wszyscy zapomnieli o przedwyborczych niesnaskach. Koleżanki i koledzy zarzucali sobie wzajemnie, oczywiście publicznie, najgorsze rzeczy: ataki, pucze, zamachy na demokrację.
Po drugie, tak jak Pełczyńska-Nałęcz ma wiele zalet, tak bez wątpienia nie jest mistrzynią gry zespołowej i nie słynie z empatii. Szefowa resortu funduszy nie po to wygrała wybory, żeby teraz dopieszczać minister klimatu i jej ludzi.
"Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest więc taki, że ci, którzy w 2023 r. szli do Sejmu z hasłem potrzeby poskładania Polski i zakończenia plemiennych podziałów, sami podzielą się na dwa plemiona" – napisałem wówczas.
Zmiana dla koalicji rządzącej
I żeby była jasność: to nie tak, że jestem genialnym analitykiem polskiej sceny politycznej. To też wcale nie jest tak, że udało mi się akurat trafić w wariant, który właśnie się ziszcza.
Raczej należy przyjąć, że moja analiza była na poziomie spostrzeżenia, że po poniedziałku przychodzi wtorek, że gdy deszcz pada, jest mokro. Albo, że gdy Ryszard Terlecki z Sebastianem Kaletą spotkają się w Sejmie, Jarosław Kaczyński będzie musiał wzywać do siebie Radosława Fogla, aby wysłać do wszystkich przedstawicieli partii tweeta z groźbą pozbawienia miejsc na listach wyborczych w 2027 r., jeśli ci dalej będą brać się za łby.
Ale wracając do Polski 2050 – koalicja rządząca nie upadnie. Choć rozpad Polski 2050 łatwo sobie dziś wyobrazić (po sobocie jest niedziela, przypominam!), tak ciężko przyjmować, że obóz niezadowolony z wyboru Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz przestanie popierać rząd Donalda Tuska. Ci, którzy zmierzają w stronę wyjścia z partii, są przecież za mocniejszą integracją z ekipą Donalda Tuska niż ci, którzy partyjne wybory wygrali.
Ale sytuacja w koalicji się zmieni. I tak trudna do skoordynowania koalicja stanie się jeszcze trudniejsza do trzymania w ryzach. A kilkanaście osób z Polski 2050 będzie chciało znaleźć się na dobrych miejscach na listach wyborczych Koalicji Obywatelskiej w 2027 r. Co przecież nie spodoba się działaczom KO.
Kryzys w Polsce 2050 pokazuje jeszcze jedno: to, jak ciężko jest stworzyć nową formację polityczną, chcącą przełamać duopol KO-PiS. Gdy bowiem tylko taka partia zaczyna współrządzić, traci swoje największe atuty. Zaczyna być przystawką albo zaczyna być niewiarygodna, bo krytykuje rząd, który współtworzy. A gdy poparcie społeczne wyparuje, działaczy partyjnych już niemal nic nie łączy.

