Nie będzie już Polski 2050. Pożegnanie Szymona Hołowni z polską polityką… Coś niewiarygodnego! Siadaliśmy jak do telenoweli, żeby właśnie oglądać rywalizację w Polsce 2050. Fenomen socjologiczny. Przecież my, dzięki tym transmisjom, żyliśmy życiem zastępczym… Rozpad Polski 2050 był przecież powodem ogromnej zbiorowej śmieszności…
Powyższa parafraza legendarnych już słów Włodzimierza Szaranowicza dobrze oddaje to, co w ciągu kilku miesięcy stało się z ugrupowaniem Szymona Hołowni. Jeszcze niespełna rok temu istniejąca wówczas Trzecia Droga – mimo własnych problemów – stabilnie utrzymywała się w sondażach ponad progiem wyborczym. Średnia sondażowa plasowała ją w okolicach 8-9 proc. I choć tendencja spadkowa była wyraźna, mało kto przypuszczał, że już rok później będziemy mówić o zgliszczach Polski 2050.
Historia "żółtych" – bo tak w sejmowych kuluarach pieszczotliwie określa się formację Szymona Hołowni – pokazuje, jak piękne hasła rozmijają się z polityczną rzeczywistością. – Najtragiczniejsza rzecz, która dzisiaj może nas spotkać, to jeżeli spór pokolenia dziadków odziedziczy pokolenie wnuków – wskazywał lider Polski 2050 na konwencji programowej w Katowicach krótko przed wyborami w 2023 r.
Występując na tle hasła "Dość kłótni, do przodu!", przekonywał, że tylko jego ugrupowanie jest "gwarancją" przerwania "chocholego tańca" w postaci międzypokoleniowych kłótni.
Część wyborców dała się tej narracji przekonać. W 2023 r. Hołownia wprowadził do Sejmu 33 posłów i pięciu senatorów. Tych samych, którzy niewiele ponad dwa lata później pokłócą się, publicznie obrzucą błotem, wykorzystają wewnętrzny regulamin na swoją korzyść, a na koniec widowiskowo się podzielą.
Koniec Polski 2050 w obecnym kształcie. Jest rozłam w partii i klubie
Podczas środowej konferencji prasowej Paulina Hennig-Kloska, minister klimatu i środowiska, stająca na czele rozłamowców, przekonywała, że w Polsce 2050 nie ma "przestrzeni do dialogu i partnerskiej współpracy". – Niestety pierwsze tygodnie wcale nie wskazują na to, by coś miało się zmienić. Jednoosobowe decydowanie o losach klubu parlamentarnego przez panią przewodniczącą to nie jest styl pracy, na który jesteśmy w stanie się zgodzić – wskazywała była już kandydatka na liderkę partii.
Jak podkreślała, dzięki powołaniu nowego klubu parlamentarnego, posłowie "odzyskają przestrzeń do pracy i realizacji postulatów, które składali podczas kampanii w 2023 r.".
W nowo utworzonym klubie mają znaleźć się m.in. Ryszard Petru, Aleksandra Leo, Sławomir Ćwik, Nobert Pietrykowski, Mirosław Suchoń czy Piotr Masłowski. Każdy z nich krótko zabrał głos podczas środowej konferencji prasowej w Sejmie.
https://twitter.com/hennigkloska/status/2024061920668463281
– Życzcie nam wszystkiego dobrego, powodzenia, obiecujemy, że nie zawiedziemy. Dziękujemy, Szymon, za wszystko, bo wiemy doskonale, że dzięki tobie tu jesteśmy. Nigdy o tym nie zapomnimy. A państwa prosimy o przychylność i ciepłe słowa o nas, bo początek jest niezwykle istotny – mówił bydgoski poseł Norbert Pietrykowski.
I – przyznam szczerze – to słowa dość kuriozalne. Posłom-rozłamowcom wydaje się bowiem, że skierowane w ich stronę oczy kamer i blask fleszy będą im towarzyszyć w nieskończoność. Że nienawiść wobec Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz spaja ich na tyle, że będą kolejnym elementem koalicji rządzącej, który – na równi z innymi siłami – będzie mógł dyktować warunki Donaldowi Tuskowi.
Rzeczywistość szybko zweryfikuje te oczekiwania. Szef rządu wcale nie musi być bowiem entuzjastą negocjowania z liderami nowo powołanego "Centrum". Scenariusz Tuska polegający na odkładaniu rozmów na świętego nigdy sprawdził się przecież doskonale w sprawie teki wicepremiera dla Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz.
Tymczasem czas działa na niekorzyść rozłamowców. Do końca kadencji pozostało nieco ponad półtora roku. Kampania rozpocznie się więc za parę miesięcy. Posłowie prędzej czy później zaczną rozmyślać, jak skutecznie wywalczyć reelekcję. A atrakcyjnych miejsc wyborczych na listach Koalicji Obywatelskiej, Nowej Lewicy i Polskiego Stronnictwa Ludowego wcale nie ma aż tak wiele.

