Onet wypuszcza tekst z zaślepką „pilne” i okrasza go tytułem „przełom w sprawie nominacji ambasadorskich. Minister Sikorski ogłasza”. W TVP na czerwonym pasku widzowie dostają wesołą nowinę – „podpisane nominacje ambasadorskie”. I kiedy już przychodzi myśl, że oto wreszcie politycy potrafili się dogadać ponad podziałami dla dobra kraju, to wystarczy rzut oka na kalendarz, by uświadomić sobie, jaki dzisiaj jest dzień. Prima aprilis. Mam wrażenie, że trwa on w polskiej polityce nie jeden dzień, a 365, a czasami nawet 366 dni.
Ale od początku. Wszystko zaczęło się o godzinie 8:16. To wtedy wicepremier, minister spraw zagranicznych opublikował na X wpis:
Miło mi poinformować, że do MSZ dotarł właśnie pakiet 42 podpisanych nominacji ambasadorskich. Dziękuję Panu Prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, zwłaszcza za mianowanie apolitycznych dyplomatów, którzy służą ojczyźnie z narażeniem życia w Kijowie, Teheranie i Abu Zabi.
W wyścigu o opisanie tego gorącego newsa stanęły od razu wielkie portale i telewizje. Jaki był efekt? Na jednym obrazku zebrał to zgrabnie dziennikarz XYZ Rafał Mrowicki. Pokazał on tytuły zaraz po wrzuceniu posta przez Sikorskiego i te zmienione, kiedy okazało się, że to „żart”.
I tutaj pojawia się smutna refleksja. Jedna z najważniejszych osób w państwie wrzuca coś na kształt fake newsa. Czy polityk powinien żartować z tak ważnych tematów? Zwłaszcza że sam pisze o dyplomatach „służących z narażeniem życia”. To nie jest kabaretowy skecz. To realna służba, często w miejscach, gdzie ryzyko nie jest metaforą.
Politycy od lat pokazują, że słowa traktują jak narzędzie doraźnej gry. Problem w tym, że te słowa mają realne konsekwencje. Gdy Jacek Sasin rzucał w przestrzeń publiczną zapowiedzi dotyczące podatku od nadzwyczajnych zysków dla firm energetycznych, rynek zareagował – spadkami kursów i nerwowością inwestorów. Jedno zdanie, kilka minut i straty trudne do oszacowania.
Wspólny mianownik? Brak refleksji nad tym, że polityk nie jest zwykłym użytkownikiem mediów społecznościowych. Jego słowa ważą więcej. Czasem znacznie więcej.
Dlatego są tematy, z których żartować po prostu nie wolno. Bezpieczeństwo państwa. Polityka zagraniczna. Zdrowie publiczne. Stabilność gospodarki. To nie są rekwizyty do politycznego ping-ponga ani paliwo do budowania zasięgów.
Ale odpowiedzialność nie kończy się na politykach. Ta historia obnaża jeszcze jedną słabość – mediów. Wyścig o to, kto pierwszy wrzuci „pilne”, coraz częściej wygrywa z podstawową zasadą: sprawdź, zanim opublikujesz.
Bo przecież wystarczyło kilka minut. Jeden telefon. Jedno dodatkowe źródło. Tymczasem redakcje – także te największe – dały się wciągnąć w prostą prowokację. Najpierw publikacja, potem korekta, na końcu cicha zmiana tytułu. Fact-checking przegrywa z tempem.
Efekt jest podwójnie groźny. Z jednej strony politycy uczą się, że mogą pozwolić sobie na więcej, bo system i tak to „przemieli”. Z drugiej – odbiorcy dostają kolejny sygnał, że informacja nie zawsze jest informacją, a „pilne” bywa tylko marketingowym ozdobnikiem.
I w tym sensie prima aprilis rzeczywiście trwa cały rok. Tyle że coraz trudniej się z tego śmiać.

