- Polacy to princesski! Prawie mi tu mdleją. Pan jest inny, pan to twardziel! - ukraińska pielęgniarka sprawiła, że poczułem się niezwyciężony, jak Mel Gibson w „Braveheart”. Jej podziw wynikał z tego, że pobieranie krwi od zawsze nie robiło na mnie najmniejszego wrażenia. Kiedy patrzę na proces wkłuwania się w żyłę, a następnie na ciecz spływającą do strzykawki, nie mam nerwowych drgawek, palpitacji ani zimnych potów. Jak się okazuje, jestem tu w mniejszości, jak się okazuje takich kafarów właściwie już nie produkują.
Pomny tych komplementów atakującą w poprzedni piątek chorobę przyjąłem ze spokojem Dalajlamy i niewzruszoną miną Clinta Eastwooda. Kto ma sobie z nią poradzić, jeśli nie taki kozak?
Jakże potwornym brakiem elementarnego szacunku dla przeciwnika okazała się ta myśl! Szykowałem się na walkę z nieopierzonym juniorem, a tymczasem naprzeciwko stanął Ołeksandr Usyk i znokautował mnie już pierwszym ciosem.
Piszę te słowa dziesiątego dnia mej niedoli, na wpół żywy, ale umówmy się – już w pierwszych godzinach było źle, żeby nie powiedzieć koszmarnie. Próba dojścia, a raczej doczłapania do łazienki z kanapy w salonie – a uwierzcie, daleko nie mam – urosła tu do rangi wejścia na K2 zimą, bez tlenu. Samo zebranie się z poziomu do pionu dla kogoś tak obłożnie chorego to udręka totalna, i tu mam wiadomość do tego pozera Toma Cruise’a: co ty chłopie wiesz o misjach niemożliwych do zrealizowania, ty nawet koło takiej nie stałeś!
Spróbuj tak zmiażdżony przez wirusa podnieść się z betów. Spróbuj tego wyzwania kiedy kości rwą, kiedy kręci się w głowie, kiedy z nosa leci Niagara, dopiero wtedy będziesz dla mnie partnerem do rozmowy.
Greta Thunberg: od ikony klimatu do cienia własnej legendy
Gdy zwykłe przeziębienie zamienia się w walkę o przetrwanie
Owszem, termometr niby pokazuje zaledwie 36,8, ale co on tam do cholery wie? Brak gorączki nie oznacza przecież braku dojmującego cierpienia, brak gorączki jest tylko żartem, dodajmy lichym, który sprawia, że partnerka patrzy na mnie z ukosa i mówi: „Misiu, przesadzasz, na pewno nie jest tak źle”.
Kobieto, co ty gadasz! Przecież ja tu zaraz dokonam żywota, ja tu niechybnie padnę z wycieńczenia. Albo z nudy. Bo w tym stanie niepodobna cokolwiek robić. Próbujesz czytać – po chwili tracisz koncentrację, nawet jeśli obcujesz z laureatem Bookera. Chcesz oglądać serial – na wpół żywy zasypiasz po kwadransie, choćby miał dynamikę pierwszego sezonu „Prison Breaka”.
Masz ochotę coś zjeść – o, tu dopiero zaczyna się zabawa! Panowie, na pewno to znacie: wy już jesteście jedną nogą na tamtym świecie, a tymczasem partnerka uważa, że w tym ciężkim stanie powinniście poodkurzać, wytrzepać dywany, no i przede wszystkim bez mrugnięcia okiem przyrządzić sobie posiłek.
Jak ja mam pokroić ten cholerny chleb, skoro dłoń drży jakby cierpiała na zaawansowanego Parkinsona?! Jak dostać się do szyneczki czy masełka, skoro wymaga to otwarcia lodówki, a przecież zimno z niej płynące może być ciosem ostatecznym, może być kropką nad i, która przeniesie człowieka na tamten świat? Jak dosmaczyć pomidorka, skoro pieprz może wywołać jeszcze większe napady kichania? Jak zamówić dostawę, skoro od domu do furtki jest jakieś 100 metrów? Przecież ja się z ledwością doczołguję do tej cholernej łazienki, ja takiego dystansu w tym katatonicznym stanie nie przejdę, szczególnie, że po odebraniu jedzenia trzeba by jeszcze spróbować wrócić.
W tej sytuacji pozostaje człowiekowi tylko głodować. I narzekać, narzekać, narzekać.
Na los, że podczas tej cudownej końcówki marca zesłał tak surowy wyrok. Na płeć żeńską, że nie rozumie z czym zmagamy się podczas przeziębienia, jak heroiczną postawą wykazujemy się za każdym razem, gdy mimo obłożnej choroby w jakikolwiek sposób pomagamy w domu. Na kumpli, którzy byli z tobą kiedy karta szła, a gdy tylko poczułeś się gorzej, unikają jakiegokolwiek kontaktu – na przykład dostawy kebaba do rąk własnych! – z obawy, że licho nie śpi i dopadnie także ich.
I na historię – że nie zapamięta tej bohaterskiej walki. Nie będzie pomników, nie będzie rocznic.
Izrael: policja zablokowała mszę Niedzieli Palmowej w Bazylice Grobu Świętego
Jak przetrwać przeziębienie i wrócić do formy?
A przecież w ciszy własnego mieszkania rozgrywa się potworna bitwa. Zamierzam ją wygrać, ale czy tak będzie – gwarancji nie mam. Bo za każdym razem, gdy wydaje mi się, że zyskuję nad rywalem przewagę – ten atakuje ze zdwojoną siłą.
Trwam więc w tym piekielnym uścisku już półtora tygodnia – na tyle długo, że zapomniałem jak to jest być zdrowym. Rześkim. Sprawnym. Jak to jest nie kichać, nie prychać, nie czuć ogólnego osłabienia.
Pomarudziłbym tu z chęcią jeszcze trochę, ale ten felieton (oby nie list pożegnalny!), wyzuł mnie z resztek sił. Wracam więc do mojego cichego cierpienia przesyłając słowa sympatii i zrozumienia tym czytelnikom, zapewne płci męskiej, którzy przechodzą teraz podobne katusze.
Panowie, wytrwajcie! Jak śpiewał Tilt — „jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”.

