- Ponad rok temu policja przeprowadziła parę pokazowych akcji z wyłapywaniem nielegalnych pojazdów na drogach rowerowych.
- Wczoraj pojechałem rowerem do centrum Warszawy. Większość ruchu na drogach dla rowerów to pędzący dostawcy jedzenia.
- Zupełny brak reakcji ze strony służb na tę sytuację zniechęca mnie do jazdy na rowerze w celu innym niż rekreacyjnie i poza miastem.
Miałem do wykonania wycieczkę z oddalonej od centrum części Warszawy do centrum. Nie przepadam za komunikacją zbiorową, a samochodem do Śródmieścia jeżdżę również bardzo niechętnie.
Zrobiłem więc to, do czego namawiają mnie władze miasta i wszyscy przedstawiciele organizacji zatroskanych o klimat czy powietrze: wybrałem rower. Z początku było nieźle, ale gdy zbliżyłem się do centrum, zacząłem tego żałować.
Jeżdżę rowerem jako środkiem transportu od 30 lat
Zdarzały mi się wycieczki rowerowe po 300-500 km, w Polsce i za granicą. Staram się korzystać z roweru codziennie, także zimą. Miejskie odległości po 4-5 km regularnie pokonuję rowerem, ale dzieje się to z dala od centrum miasta.
Tym razem po raz pierwszy poczułem, że na drodze dla rowerów jestem intruzem i przeszkadzam. Mimo utrzymywania prędkości ok. 18-20 km/h, miałem wrażenie stania w miejscu. Bez przerwy wyprzedzali mnie dostawcy jedzenia na elektrycznych roweroskuterach o bardzo grubych oponach, jednocześnie pędząc dwukrotnie szybciej niż ja i pykając coś na telefonie.
Wszystkie te pojazdy są nielegalne. I to na kilka sposobów
Nie są to elektryczne rowery, ponieważ mają możliwość sterowania prędkością za pomocą dźwigni lub manetki, czego prawo o ruchu drogowym zabrania w przypadku rowerów z elektrowspomaganiem. Należałoby je zakwalifikować jako elektryczne motorowery, tj. pojazdy zasilane energią z baterii, ale konstrukcyjnie dostosowane do osiągania prędkości maksymalnej 45 km/h.
Powinny więc być zarejestrowane i ubezpieczone oraz korzystać z jezdni, a nie z drogi rowerowej, ale nie mogą, ponieważ są sprzedawane bez homologacji. Kuriozum stanowi sytuacja, w której za tyle samo możemy kupić homologowany skuter elektryczny lub „pseudorower” bez żadnego zatwierdzenia, i bardziej opłaca się kupić ten drugi pojazd – mimo że jest nielegalny, a korzystanie z niego karalne. To czysta teoria, bo gdyby faktycznie za to karano, to te „grubasy” („fatbike”, czyli gruby rower to określenie pojazdu na bardzo szerokich oponach) dawno by zniknęły.

Powstały dwa równoległe światy
Jeden to prawo, drugi to rzeczywistość. Rozchodzenie się tych dwóch sfer w społeczeństwie obserwuję od dawna i z każdym rokiem zauważam nowe przejawy. Cóż z tego, że nie wolno, skoro wystarczy wykonać prosty rachunek prawdopodobieństwa: zlecamy dostawcom jazdę na nielegalnym sprzęcie, o wiele tańszym w użytkowaniu niż legalny, w dodatku z możliwością jazdy po drogach dla rowerów, z minimalnym ryzykiem złapania. Jeśli nawet jedna osoba dziennie zostanie zatrzymana przez policję, to wciąż się opłaca.
Ktoś może użyć argumentu „a co to przeszkadza?” – już odpowiadam: bardzo trudno jest jechać na normalnym rowerze, gdy bez ustanku wyprzedzają mnie dużo szybsze pojazdy, których mam prawo się na drodze dla rowerów nie spodziewać.
Powoduje to niebezpieczeństwo przy manewrach skrętu czy nawet przy zwykłym wymijaniu, bo przecież dostawcy na elektromotorowerach pędzą przeważnie środkiem. Powoduje to niebezpieczeństwo dla pieszych, którzy chcą przejść przez drogę rowerową. Może jeszcze nie jest to zagrożenie śmiercią, ale już poważnymi potłuczeniami lub złamaniami – z pewnością.
Drogi dla rowerów prowadzą często nawet w centrum wzdłuż chodników, w oddaleniu od jezdni. Wystarczyła mi godzina w Śródmieściu, żeby zobaczyć dostawcę wyprzedzającego wolniej jadącego rowerzystę po chodniku, między pieszymi. Czemu nie? Czasem kończy się to źle – kilka tygodni temu „Super Express” donosił o zderzeniu dwóch dostawców na elektrycznych motorowerach. Ta kosmopolityczna kraksa z udziałem Azera i Indyjczyka skończyła się w szpitalu dla obu mężczyzn.
Nie dziwię się policji, że nic nie robi
W momencie, gdy łamanie prawa jest zupełną normą, jego egzekwowanie byłoby czymś dziwnym i społecznie niepożądanym. Przecież wszystko działa, „moje jedzenie właśnie dojechało”, powie większość społeczeństwa, która z usług tych dostawców korzysta.
Jednak nie taki był cel budowania dróg dla rowerów. Celem było stworzenie przyjaznej infrastruktury dla tych, którzy zdecydują się nie jechać samochodem, tylko wybrać bezemisyjny środek transportu. Tymczasem sieć alternatywnych połączeń w centrum miasta została właściwie zawłaszczona przez jeden rodzaj biznesu – branżę delivery, która nie robi sobie absolutnie nic z regulacji i przepisów.
Pominę już sposoby zatrudniania pracowników, bo to poza moją tematyką, ale masowe zaadaptowanie nielegalnych jednośladów jako sposób na wzrost dochodów to zaiste makiaweliczny plan.
Może należy go zalegalizować w prosty sposób: twoi dostawcy jeżdżą na elektrycznych motorowerach bez tablic? Za każdego złapanego delikwenta pracodawca dostaje wzrost stawki procentowej podatku. Szybko mógłby dojść do stu procent.
Tymczasem jednak odradzam wycieczki rowerowe po centrum Warszawy
Czy innego dużego miasta w Polsce. Na drogach rowerowych łatwiej spotkać ważący 40-50 kg motorower niż innego rowerzystę. A to wszystko dlatego, że zamiast samemu pojechać na rowerze po jedzenie, wolicie mieć je przywiezione.

