Zdrowie

"Czy żyją ci, którzy nie wpłacili?". Skończmy z panami życia i śmierci w szpitalach

Śmiertelnie chorzy ludzie wydawali ostatnie pieniądze, by zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Nadzieją był rządowy szpital. Przepustkami – prywatna wizyta u szefa kliniki i darowizna na prywatną fundację. Obiecuję: będziemy nagłaśniać każdą taką patologię.

Patryk Słowik
Felieton autorstwa: Patryk Słowik
23 lutego
9 minut
NFZ przeprowadził kontrolę w rządowym szpitalu – Państwowym Instytucie Medycznym. Nieprawidłowości w kolejkowaniu dotyczyły 97,1 proc. przyjętych pacjentów. (fot. PAP/Albert Zawada/Rafał Guz / PAP)

Reklama

TYLKO NA

97 proc. pacjentów kliniki w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA zajmującej się leczeniem raka trzustki zostało przyjętych poza kolejką przyjęć. 97 procent! Działo się to za poprzedniej władzy politycznej, działo się też za tej. A lekarz, który odpowiadał za ten proceder, po wyjściu na jaw nieprawidłowości odszedł na emeryturę... do prywatnej placówki medycznej.


Reklama

Czy my naprawdę aż tak się przyzwyczailiśmy do takiej podłości, że nie robi już na nas wrażenia?

Bóg decydował

Rak trzustki zabija. Często w przerażającym tempie. Ludzie, gdy tylko usłyszą diagnozę, są w stanie zrobić wszystko, aby zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Ich rodziny są w stanie zrobić wszystko.

Szybka reakcja czasem da dodatkowe pięć lat, czasem trzy, czasem rok. Na pobawienie się jeszcze z dziećmi lub wnukami, pozamykanie różnych spraw, wyjazd w wymarzone miejsce, na który nigdy nie było czasu.


Reklama

Gdy będziesz mieć pecha i pojawi się u Ciebie rak trzustki, nie wymyślisz nic lepszego niż leczenie w możliwie najlepszym szpitalu przez możliwie najlepszy personel.


Reklama

Państwowy Instytut Medyczny MSWiA to bardzo dobry szpital. Fakt, oblegany, ale przygotowany na najpoważniejsze przypadki. Kadra też jest w nim świetna. Do niedawna kliniką zajmującą się leczeniem raka trzustki kierował prof. Marek Durlik, wieloletni dyrektor całego szpitala MSWiA. Durlik nie bez powodu nazywany jest przez pacjentów "bogiem od trzustki". Choć sam, jak podkreśla, tego określenia nie lubi.

Ekspresy i wyjazdy od chorych na raka

Kłopot w tym, że wybitny lekarz postanowił być nie tylko bogiem od trzustki, lecz także panem życia i śmierci. W jego klinice od 2022 do marca 2025 r. aż 97 proc. pacjentów było przyjętych i zoperowanych poza kolejką. Nie ja to sobie wymyśliłem. To ustalenia Narodowego Funduszu Zdrowia, do którego nasz portal dotarł. NFZ kontrolę przeprowadził po zeszłorocznym tekście Jakuba Styczyńskiego i moim o prof. Durliku. Nie tylko potwierdził nasze ustalenia, lecz poszedł o wiele dalej – bo przyznaję, że tak ogromnej skali patologii się nie spodziewałem. Mowa nie o kilku czy o kilkudziesięciu pacjentach. Sprawdzono sytuację ponad dwóch tys. osób.

Skąd brali się pacjenci lądujący na operacyjnym stole w publicznym szpitalu? Wielu niemalże wprost z prywatnego gabinetu prof. Durlika. Płaciłeś 650 zł za "wstępną kwalifikację" do leczenia, 500 zł za konsultację u prof. Durlika i miałeś – termin w państwowym instytucie z dnia na dzień. Ba, jeśli Ci nie pasowało jutro, to mogłeś przyjść pojutrze. A jeśli pojutrze też miałeś plany, za trzy dni. Generalnie, jak zapłaciłeś, to przychodź do publicznego szpitala, kiedy tylko chcesz. Znów: to nie moje domysły. Są na to dowody, w tym nagranie wykonane przez pacjenta, który Durlikowi zapłacił. Było to tak powszechne, że na forach internetowych ludzie umieszczali całe poradniki, jak dostać się do szpitala MSWiA i Durlika. A w poradnikach napisane jak byk: idź najpierw do Durlika prywatnie. Ludzie się nawet nie oburzali. Przyjmowali, że tak po prostu jest. Oby jak najszybciej trafić w ręce doświadczonego fachowca.


Reklama

Ale zapłacenie 1150 zł dawało “tylko” szybkie przyjęcie do szpitala. W "ofercie" można było też dostać operację wykonaną nie tradycyjną metodą, lecz przy użyciu nowoczesnego robota chirurgicznego.


Reklama

A gdyby ktoś nie wiedział, jaka to różnica, obrazowo to przedstawiał sam prof. Durlik. Otóż tradycyjna metoda skutkuje – cytuję lekarza – "rozcięciem od Zakopanego do Sopotu". Robot to znacznie większy komfort pooperacyjny u już i tak umęczonego pacjenta. Oraz, co dla ludzi szalenie istotne, możliwość szybszego powrotu do sprawności fizycznej i realizacji życiowych planów. Bo wycięcie guza może pomóc, daje dodatkowy czas, ale nie zamyka tematu; wciąż ryzyko rychłego podupadnięcia na zdrowiu i śmierci jest duże.

Aby móc liczyć na lepszą metodę, należało wpłacić pieniądze na fundację. Formalnie przyszpitalną, ale tak naprawdę prywatną. Ile? Około 20 tys. zł.

Durlik zarzeka się, że z pieniędzy wpłacanych na fundację nie wziął ani grosza. I trzeba mu oddać, że nie ma żadnego dowodu na to, by z tzw. cegiełek cokolwiek wziął. Z milionów zł (tak, milionów zł!) zebranych przez fundację kupowano sprzęt do szpitala, meble, drogie ekspresy do kawy, a także fundowano zagraniczne wyjazdy na konferencje naukowe pracującym w szpitalu lekarzom.


Reklama

Pacjenci zmuszeni do płacenia

Powiedzmy to wyraźnie: pacjenci płacili lekarzowi za prywatne wizyty w jego gabinecie, by dostać się do publicznego szpitala. Prywatna wizyta, kosztująca łącznie 1150 zł, trwała zazwyczaj kilka minut. Niektórzy płacili też po kilkadziesiąt tys. zł, by operacja została wykonana mniej uciążliwą dla chorego metodą.


Reklama

Pozwólcie, że postawię retoryczne pytanie: czy tłumy chorych na raka waliłyby drzwiami i oknami do gabinetu profesora, gdyby nie był on kierownikiem kliniki w państwowym instytucie i nie mógł zaoferować przyjęcia do szpitala z dnia na dzień? Znacie odpowiedź. Ja też ją znam.

I dalej: pacjenci płacili po kilkadziesiąt tys. zł na fundację wspierającą szpital i pracujących w nim lekarzy. Kolejne retoryczne pytanie: jak wielu chorych postanowiłoby wykazać się tak daleko idącą szczodrością i wesprzeć medyków, gdyby nie zostali do tego zmuszeni?

Narodowy Fundusz Zdrowia wyrywkowo sprawdził, czy ludzie musieli płacić. Ponad 30 osób, które odpowiedziały na ankiety funduszowi, przyznało: tak, trzeba było wpłacić na fundację, aby otrzymać leczenie. Paradoks polega na tym, że część z tych ludzi uważa decyzję o wpłacie za jedną z najlepszych w swoim życiu. Bo dzięki temu żyją.


Reklama

A czy żyją ci, którzy nie wpłacili? Tego się nie dowiemy.


Reklama

Będzie się działo

Zapewniam Was, że dziś zacznie się odwracanie kota ogonem. Część lekarzy i komentatorów powie, że "winny jest system, a nie konkretny lekarz". Będzie o tym, że NFZ płaci za mało, że nakłady na system ochrony zdrowia nie wystarczają. I tak dalej, i tym podobne.

Nie, do jasnej cholery, nie. Gdyby w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA naginali normy po to, by pomóc ludziom – można by rozmawiać o systemie i jego wadach. Ale naginali je, by znany profesor miał więcej pacjentów w prywatnym gabinecie, a inni drogi ekspres do kawy i możliwość wyjazdu na zagraniczną delegację. Wszystko na koszt chorych na raka, którym dano wybór: płacisz i masz, albo nie płacisz i czekasz.

Ktoś samowolnie, niezgodnie z obowiązującymi przepisami, zrobił z siebie pana ludzkiego losu. Nie dajcie się więc omamić.


Reklama

Zaraz pewnie też dowiemy się, że nie trzeba było płacić. Ba, być może szpital i prof. Durlik znajdą kogoś, kto nie zapłacił, a został szybko zoperowany. I tak, są takie przypadki. Po pierwsze, "tylko" 97 proc. pacjentów ominęło kolejkę. Po drugie, faktycznie były przypadki, w których ktoś nie miał pieniędzy i został szybko przyjęty oraz potraktowany tak, jak traktowany powinien być każdy pacjent. Nie twierdzimy, że nie było przypadków, gdy ludzie zostali potraktowani uczciwie. Tyle że patologia stała się regułą, a normalność wyjątkiem.


Reklama

Dowiemy się też pewnie, że nie było tak poważnych nieprawidłowości, że dziennikarze nie zrozumieli, iż przy najpoważniejszych schorzeniach kolejka nie obowiązuje; że lekarz ocenia indywidualnie stan każdego pacjenta i musi bardziej potrzebujących leczyć szybciej, a mogących czekać – później.

Ale znów: nie dajcie się oszukać. Oczywiste jest to, że przy najpoważniejszych chorobach nie zawsze ten, kto przyjdzie do szpitala o godz. 6 rano będzie leczony przed tym, kto przyszedł w południe. Ale takie rzeczy się właściwie w szpitalach oznacza, prowadzi dokumentację. Tego w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA nie robiono. I znów: wiemy to ponad wszelką wątpliwość dzięki wnikliwości kontrolerów NFZ. Sprawdzili bowiem i to.

Poza tym, przypominam, są dowody na to, że szef kliniki przyjmował jednego dnia w prywatnym gabinecie i prosto z niego kierował do publicznego szpitala.


Reklama

Zachęta i ostrzeżenie

Chcę Wam obiecać jedno. Będziemy walczyć z patologiami w systemie ochrony zdrowia. Wiele z nich stało się anegdotami podczas branżowych kongresów i miłych spotkań w Ministerstwie Zdrowia. Dziennikarze wyliczają kolejne "umoczone" nazwiska, ale zazwyczaj kończy się na kuluarowej dyskusji.


Reklama

Do miszmaszu, w którym system prywatny i publiczny przenikają się, wszyscy się przyzwyczaili. Na niemal nikim nie robi już wrażenia, że aby dostać się do publicznego szpitala i być leczonym na zakupionym za nasze wspólne pieniądze sprzęcie, trzeba zapłacić.

Daję znać wszem wobec: będziemy z tym walczyć.

Was, Drodzy Czytelnicy, zapraszam do zgłaszania patologii na nasz adres interwencyjny: temat@zero.pl. Im więcej szczegółów, tym lepiej.

A Was, Drodzy Lekarze, którzy wykorzystujecie swoją pozycję w państwowych szpitalach i zmuszacie chorych ludzi do płacenia, ostrzegam: nie znacie dnia ani godziny. Lepiej więc skończcie ten godny pożałowania proceder już dzisiaj.