Otóż pierwotny tekst projektu ustawy, który poddano konsultacjom społecznym, nosił ten pierwszy, logiczny i klarowny tytuł – projekt ustawy o dostępie cudzoziemców do rynku pracy.
Gdy zamknięto konsultacje, zmieniono nie tylko tytuł i choć nikt w konsultacjach tego nie postulował, w uchwalonym tekście fraza "terytorium Rzeczpospolitej Polskiej" pojawia się 199 razy, a ostateczny tytuł ustawy brzmi: o warunkach dopuszczalności powierzania pracy cudzoziemcom na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.
Nie jest to bynajmniej przejaw patriotyzmu. Przeciwnie – razem z "rynkiem pracy" zniknęła nam po drodze… utrwalona w orzecznictwie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) możliwość zatrudnienia cudzoziemców w celu wykonywania usług na terytorium Unii Europejskiej – z wyjątkiem oczywiście terytorium RP.
A logika ta – utrwalona jak beton w orzecznictwie – mówi jasno: pracownik delegowany w ramach swobody świadczenia usług pozostaje uczestnikiem rynku pracy państwa wysyłającego. Czyli jeśli rynek jest polski, to zezwolenie na pracę też jest polskie. Kropka. Potrzebne może być zalegalizowanie pobytu w państwie wykonania usługi – jasne. W lwiej części przypadków załatwia to dorobek Schengen.
Tymczasem administracja – przytłoczona astronomiczną liczbą wystąpień frazy "terytorium RP" – zaczęła czytać ustawę jak mapę geograficzną, a nie akt mający wpływ na rynek wewnętrzny UE. Efekt? Odmowy legalizacji pracy lub pobytu cudzoziemców, których polski pracodawca odważy się wysłać do klienta w innym państwie UE. Skandaliczna zbrodnia na mobilności usług.
Ponieważ 23,4 proc. wszystkich pracowników delegowanych z Polski nie ma polskiego obywatelstwa, to w praktyce blokujemy całe usługi i kontrakty. Jedną frazą "terytorium RP" użytą 199 razy zabijamy konkurencyjność polskich eksporterów usług, którą budowaliśmy na jednolitym rynku przez ostatnie 20 lat.
Morał? Rynek pracy nie znika tylko dlatego, że wykreślimy go z tytułu. A "terytorium RP" nie jest magicznym zaklęciem, które unieważnia zobowiązanie Polski do respektowania unijnej swobody świadczenia usług.
Nie ma racjonalnego powodu, dla którego decyzje odmowne polskich urzędników miałyby blokować polskim przedsiębiorstwom korzystanie z prawa do świadczenia usług w UE. Nie wierzę, że polskie Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, a następnie polscy posłowie, a w końcu polscy urzędnicy uprawiają polexitowy sabotaż.
A zatem to musi być błąd. Naprawmy go. Uwolnijmy umysły urzędników od "terytorium RP" i powtarzajmy wielokrotnie jedno zdanie z wyroku TSUE w sprawie Rush Portuguesa: pracownik delegowany pozostaje uczestnikiem rynku pracy państwa wysyłającego.


