Reklama
Kultura

„Null”, czyli coś. Wojna w Ukrainie według Szczepana Twardocha

Odzwierzęce pseudonimy bohaterów powieści „Null” Szczepana Twardocha sugerują opowieść o człowieku obranym do bielutkich kości, ograniczonym do czystego instynktu. Nic bardziej mylnego. Na wojnie w Ukrainie, we wnykach obezwładniającej nudy, bohatera nie opuszczają humanistyczne refleksje.  

Michał Walkiewicz
Opinia autorstwa: Michał Walkiewicz
Dzisiaj 11:17
8 min
Laureat Nagrody Literackiej "Nike" Szczepan Twardoch podczas gali wręczenia nagród w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie. Przyznawana od 1997 r. nagroda to jedno z najważniejszych wyróżnień w dziedzinie polskiej literatury współczesnej. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory. Warszawa, październik 2026. (fot. Paweł Supernak / PAP)

Przeczytałem „Null”, nagrodzoną „Nike” powieść Szczepana Twardocha. To książka, po którą powinien sięgnąć każdy, kto w panicznym strachu przed wojną (i zazwyczaj pod prysznicem) tkwi w niewygodnym dialogu z sobą samym oraz z historią. Kto, próbując określić prawdopodobieństwo wojny, szuka odpowiedzi w matematyce. A starając się wywróżyć swoją rolę w konflikcie, sięga po biologiczny determinizm.

Czy to statystycznie możliwe, żeby dwa pokolenia narodziły się i umarły w kraju bez wojny? Czy honor jest walutą, która wciąż będzie w obiegu, jeśli do wojny faktycznie dojdzie? Jakie są powinności żołnierza? Poborowego? Ochotnika? Weterana? Mężczyzny? 

W „Nullu” wszystkie te pytania odbijają się echem gdzieś głęboko, na samym dnie opowieści o ciągłym przewartościowywaniu priorytetów. Świat, który znamy i który bierzemy za pewnik, może zniknąć w ułamku sekundy. Ale to nie znaczy, że my oraz nasze moralne obligacje znikną razem z nim. 

Ciała jamiste

„Koń” i „Szczur” siedzą pod blindażem, po „złej stronie ojca naszego, Dniepru”. Blaszany dach osłania jamę, tylko co to za osłona. Dron zrzuca zaopatrzenie, ale operator nie potrafi wcelować do jamy. Rozmowy – raczej o chlebie niż o niebie – pozwalają zabić nudę, choć wektor mają tylko jeden. To „Koń” pruje słowami jak z cekaemu, a „Szczur” czasem kiwa głową. 

Reklama
Reklama

Facetów dzieli wszystko, ale chyba najbardziej przekonanie „Konia”, że jest czymś więcej niż sumą instynktów upakowanych w zestresowanym, starzejącym się ciele. „Szczura” traktuje z góry, choć bardzo tego nie chce. Nie tak o sobie myśli. 

„Koń”, czyli warszawski historyk o ukraińskich i niemieckich korzeniach, pojechał na wojnę, bo nie mógł stać bezczynnie. Bo tak nakazywał mu moralny imperatyw. Bo tego chciała krew w jego żyłach i właśnie tego wymagał od siebie w tym konkretnym momencie. „Szczur” nie słuchał ani siebie, ani krwi. Poszedł walczyć, bo musiał. Słyszał, że na wojnie liczą się znajomości, ale sam nie zna nikogo. Teraz obaj siedzą i czekają, aż do jamy wpadnie pocisk. 

Jama to u Twardocha nowa teoria Wielkiego Wybuchu; punkcik, z którego rozkwita cały świat i w którym ludzkie doświadczenie skompresowane jest do pojedynczej chwili. „To jedyna rzecz na całym świecie. W całej jego rozciągniętej na tysiąclecia, na miliony lat historii, to jedyna rzecz, która ma znaczenie”. 

Wojna, czyli co?

Wojenne opowieści Twardocha przypominają raczej katalog krytycznych narracji niż ujednoliconą wizję końca świata. Bohater „Morfiny” chciałby zostać najweselszym bon vivantem w okupowanej Warszawie, ale partyzanci mają wobec niego inne plany. W „Drachu” burzliwe dzieje Śląska odmierzane są kolejnymi konfliktami – za każdym razem bohaterowie odbijają kartę w kuźni historycznej tożsamości. W „Królu” przedwojenny tygiel kultur oraz politycznych interesów bulgocze na wolnym ogniu, by następnie eksplodować w „Królestwie” – opowieści o horrorze wojny totalnej. Wreszcie – „Chołod” i wojna jako struktura mitologiczna, którą organizują pojęcia i symbole o rozmytych znaczeniach. 

Reklama
Reklama

„Null” jest powieścią wyjątkową o tyle, że wojna w Ukrainie to nie „jakaś tam wojna” z przeszłości, która może funkcjonować w naszej pamięci niczym przestroga, historyczna ciekawostka albo zatarty symbol ludzkiej natury. Jej bliskość i namacalność wytrącają nas z poczucia bezpieczeństwa, kładą się cieniem na życiowych decyzjach, stają się fundamentem nierozwiązywalnych dylematów. 

Twardoch wie o tym pewnie lepiej niż my – w końcu był, widział, pomagał, zaopatrywał. Jego na poły reporterski, na poły poetycki styl wolny jest od wielkich kwantyfikatorów – konfliktu jako fatum, wojny jako konieczności dziejowej, heroizmu jako powinności. I jeśli nowe sensy wyłaniają się w trakcie lektury, to gdzieś na marginesie opowieści o absurdzie wegetowania na froncie, o otępiającej nudzie, o heroizmie podania komuś menażki, o banalnych przemyśleniach i refleksjach, które znienacka pojawiają się w głowie. Choć – zważywszy na kontekst spraw ostatecznych – nie powinny. 

Prowokuje to również przegląd postaw. Czynów, na które nigdy nie było nas stać; gestów, na które jesteśmy coraz mniej chętni z racji społecznej polaryzacji; natrętnych myśli prowadzących albo w pułapkę stereotypów, albo w ramiona paniki, a czasem i na krawędź obłędu.  

Prawda-fikcja 

Mam z „Koniem”, a co za tym idzie z „Nullem”, problem. Nie chcę otwierać wszystkich zamków kluczem biograficznym, ale wiadomo, że „Koń” to trochę Szczepan Twardoch, a trochę samobieżna męskość – prawdziwa, surowa, no i taka, jakiej dziś już nie uświadczymy. 

Reklama
Reklama

W dawnym życiu Warszawiak był połączeniem Twardocha z bohaterem Raymonda Chandlera. Kiedyś był przystojny, ale nie zauważył, gdy zaczął łysieć. Dawniej przejmował się pierdołami, ale świat pokazał mu, co jest naprawdę ważne. Przed wyruszeniem w drogę omiótł spojrzeniem swoje nowoczesne mieszkanie i zawiesił je na barku z najlepszą whisky – no bo na czym innym.  

Mówiąc wprost, śmieszy mnie nieco ten noirowo-nowobogacki zaśpiew. Nie będę jednak czynił z tego poważnego zarzutu. Może to kwestia tego, że sam nie mam barku z whisky, a w wolnych chwilach nie prowadzę monologów wewnętrznych o tym, że świat to rynsztok. Co innego wątek rodzinny oraz eksplozja ojcowskiego gniewu, gdy przychodzi do rozmowy o tożsamości narodowej w XXI wieku. To jest Polska, którą znam. I w której autodestrukcję wierzę na słowo. 

Spotykają się w „Koniu” dwie osoby (co pozostaje domeną wielu bohaterów książek Twardocha). Jedna przekonuje, że wyjazd na Ukrainę to kwestia przymusu wywiedzionego z genealogicznej „grzybni”; zakorzenionego w bohaterze jeszcze przez starożytnych Scytów. Druga kontruje tę opowieść ironią, rozbraja wszelki patos, tłumaczy rozmaite zjawiska atawizmami. Droga „Konia”, czyli wojownika i żołnierza, jednocześnie istnieje i nie istnieje. Tak samo jak istnieje Ukraina w ogniu oraz Ukraina, która próbuje wieść normalne życie. „Który z tych światów jest prawdziwy? Przecież obydwa nie mogą być prawdziwe” – pyta narrator. 

Okładka powieści „Null” autorstwa Szczepana Twardocha, wyd. Marginesy, 2025 (fot. materiały prasowe)

Siłą powieści jest tematyczna skala, wyprowadzenie z kameralnego fabularnego rozdania (dwóch facetów i jama) polifonicznej opowieści. Struktura ukraińskiej armii i sowieckie sentymenty jej żołnierzy; wyjątkowy status jednostek złożonych z najmitów oraz prywatne zasoby definiujące faktyczną rangę na polu walki; prawdziwe historie opowiadane ustami zmyślonych postaci oraz historyczne figury ożywające w ciałach współczesnych bojowników; specjalistyczna wojskowa terminologia i knajacki język, z którego destylowana jest poezja; retrospekcje odsyłające w spokojną przeszłość oraz wielka futurospekcja, którą – najpewniej wbrew intencjom autora – „Null” może kreślić dla Polski. 

Reklama
Reklama

Niemal każdy element powieści ma taką samą rangę, wszystkie funkcjonują na podobnych prawach, całość zaś układa się w polifoniczną opowieść o człowieku na wojnie. A jednocześnie o tym, że nic, z popkulturą na czele, nie jest w stanie człowieka na tę wojnę przygotować i pomóc mu odnaleźć w niej sens. „Dla »Szczura« sens tej wojny jest zupełnie inny niż dla ciebie, bo ty wierzysz, że ta wojna jakiś sens w ogóle ma. Nie jesteś jednak w stanie, »Koniu«, uwierzyć w to, by w ramach tego, jak rozumiesz sens tej wojny, sens miała również wasza obecność tutaj, na lewym brzegu ojca waszego Dniepru”.

Nie mam pojęcia, czy Twardoch zasłużył na swoją prestiżową nagrodę. Czy dostał ją za całokształt twórczości, czy za opowieść o Ukrainie. Nie interesuje mnie to, gdyż, szczerze mówiąc, mam problem z oceną współczesnego statusu samej nagrody. Wiem natomiast, że „Null” to dobra literatura, z którą warto się zmierzyć. Jeśli nie z powodu szacunku dla językowej precyzji autora oraz świetnie opisanych anegdot z frontowego życia, to choćby po to, żeby oswoić własny strach i zrozumieć chaos sprzecznych narracji o wojnie. 

Pytanie, czy w ramach literatury szybkiego reagowania potrzebujemy dziś całej tej wojennej mitologii, jest dla mnie retoryczne. Wiem natomiast, że dla wielu z was – nie. I choć wątpię, że w tak podzielonym kraju znajdziemy wspólny język właśnie dzięki „Nullowi”, to chyba nie zaszkodzi spróbować. W najgorszym wypadku będziecie się trochę lepiej znać na dronach. 

Reklama
Reklama