Dla każdego rasowego polityka partia jest najważniejsza. Żeby ją kontrolować, potrzebni są ludzie. Od tego, ilu ich masz w szeregach swojego lojalnego wojska, zależą twoja pozycja, zakres twojej władzy i kasa. Bo partia to nieźle naoliwiona maszynka do robienia pieniędzy.
Partia to nie tylko biznes
Przykładowo Platforma Obywatelska otrzymała w rozliczanym właśnie 2024 r. subwencję w wysokości 24 mln zł. Prawo i Sprawiedliwość miało otrzymać ponad 25 mln zł, ale ponieważ Państwowa Komisja Wyborcza dopatrzyła się nieprawidłowości w wydatkowaniu przyznawanych pieniędzy (vide Fundusz Sprawiedliwości), dofinansowanie pomniejszono o prawie 11 mln zł. To jednak wciąż 14 mln zł czystego przychodu rocznie, czyli ponad milion miesięcznie. Jaki biznesmen pogardziłby takim wynikiem? Żaden.
A partia to nie tylko firma, dobrze prosperujące przedsiębiorstwo, które daje pracę i pensję. Ona daje to, co najważniejsze, czyli władzę. Zapewnia układy, możliwości, wpływy, czyjś strach, czyjąś wdzięczność albo jedno i drugie. Kiedy jesteś premierem i/albo szefem partii, która rządzi, decydujesz o losach bardzo wielu ludzi. Nie tylko posłów, radnych, wojewodów ze swojego ugrupowania, ale także ich rodzin, dalekich krewnych, bliskich przyjaciół i znajomych, którym, na przykład, ktoś był winien przysługę. Poza tym masz w ręku karty przetargowe, jeśli akurat zamierzasz przekupić osoby z innych ugrupowań.
Od ciebie zależy, kto zostanie marszałkiem, wicepremierem, ministrem, szefem, szefową komisji, kto będzie uczestniczył w delegacjach zagranicznych, jakie nazwiska i w jakiej kolejności będą figurowały na listach. I wreszcie, co najistotniejsze, kto zostanie prezesem Orlenu, prezesem Tauronu, KGHM i innych spółek państwowych, gdzie pensje wynoszą ok. 80-100 tys. zł miesięcznie. Dla przykładu, prezes KGHM w 2024 r. dziennie zarabiał 8 tys. zł, bez żadnych dodatków i premii, a te potrafią wynosić równowartość podstawowego wynagrodzenia. Poza tym spółki matki mają dziesiątki spółek córek, a te z kolei mają dziesiątki spółek wnuczek. Ileż to wdzięcznych ludzi?
Ale władza potrafi ukąsić – mówi bliski współpracownik Tuska – i wcześniej czy później ukąsi każdego, nawet tych najbardziej, wydawałoby się, odpornych. Bo władza to jest coś jak… coś więcej niż narkotyk, niż alkohol i seks razem wzięte. Mając władzę, możesz mieć to wszystko plus to, co może ci dać tylko ona: poczucie, że rządzisz światem, nawet jeśli tylko w mikroskali. To może być powiat lub gmina, ale ty wiesz i wszyscy dookoła wiedzą, że to, co dzieje się w twoim powiecie, w twojej gminie zależy od ciebie. To do ciebie przychodzą i to ciebie się boją. Od twojego kciuka w górę czy w dół zależy, czy ktoś dostanie intratne zlecenie, jak daleko zajdzie itd.
Tusk. Jak "facet w krótkich spodenkach" został premierem
Władza uzależnia i uzależniła, najpierw Jarosława, gdy był kingmakerem przy Wałęsie, a w 2005 r. także Donalda.
On dopiero wtedy zmężniał politycznie – kontynuuje nasz rozmówca. – Prowadził wówczas przez parę miesięcy w sondażach prezydenckich i przywiązał się do roli prezydenta. To wtedy polubił władzę taką, jakiej nie miał jako poseł czy wicemarszałek Sejmu czy Senatu. Ludzie na wiecach podchodzili do niego i mówili: "Panie prezydencie, to... Panie prezydencie, tamto…" (Jego ówczesne hasło wyborcze: "Prezydent Tusk – człowiek z zasadami" najwyraźniej było bardzo sugestywne). I on się już widział w Pałacu, już rozdawał funkcje i nagle mu to zostało sprzątnięte sprzed nosa. Głównie aferą "dziadka z Wehrmachtu", która wypłynęła ze sztabu Lecha Kaczyńskiego, aczkolwiek, co wyglądało dosyć wiarygodnie, ten się od niej odciął i przeprosił Tuska. Za aferę odpowiadał Jacek Kurski, człowiek bardziej Jarka niż Lecha. Tusk zrozumiał wtedy, że Jarosław nie cofnie się przed niczym, żeby sięgnąć po władzę, i że władza to nie lekkoduchostwo. O nią trzeba twardo walczyć, a jak już ją zdobędziesz, to nie wypuszczasz z rąk.
Panowie stali się godnymi siebie przeciwnikami i w polskiej polityce niewielu mają sobie równych. Zanim jednak Tusk się politycznie wyrobił, postrzegany był jako "facet w krótkich spodenkach", "bawidamek", który jest w Sejmie dla wygodnego życia i łatwego zarobku. Sam zresztą w jednym z wywiadów na pytanie: "Co pan lubi w polityce? Co pana w niej pociąga?", odpowiedział: "Ładne garnitury". A na kolejne: "Co pan robi w weekend?" odpowiadał, że najbardziej lubi spać. I nie żartował.
Ku wielkiemu zaskoczeniu tenże "bawidamek" wygrywa z wytrawnym graczem, premierem Jarosławem Kaczyńskim. Jest rok 2007. Przyspieszone wybory. Kaczyński liczy na samodzielną większość. A tu niespodzianka. Ten "przybłęda", ten gość, który nie ma żadnych poglądów i jest w stanie raz być liberałem, raz socjaldemokratą albo, jak w ostatniej kampanii, prawicowcem, go przechytrzył. Kluczowym elementem ówczesnej kampanii była debata telewizyjna.
Kaczyński przychodzi do studia zmęczony i nieprzygotowany – opowiada osoba z bliskiego otoczenia Tuska. – Jest pewien, że Tusk mu nie podskoczy. A Tusk ma za sobą kilka dni treningu, na starcie ogarniętą strategię, pytania, bon moty, prowokacje słowne, prowokacje niesłowne. Jest wypoczęty i przygotowany. Widownia w połowie jest wypełniona ludźmi przysłanymi przez sztab Donalda, a w połowie przez sztab Jarosława. Ludzie Kaczyńskiego siedzą cicho na widowni, ludzie Tuska, kiedy ten ma dobry moment, skandują: Do-nald-tusk! Do-nald-tusk! Jarosław jest, oględnie mówiąc, coraz bardziej zdenerwowany, jedzie na freestyle’u, a tu mu nagle Tusk wyskakuje z pistolecikiem.
Jarosław w latach 90., jak opowiadał Donald podczas tej debaty, był zafascynowany bronią i nosił za pazuchą pistolet Taurus kaliber 6,35 mm. Pewnego razu, kiedy obydwaj jechali sejmową windą, miał wyciągnąć pistolet i, kierując go w stronę Donalda, powiedzieć: "Dla mnie zabić ciebie to jak splunąć".
Tusk zaraz potem nokautuje Kaczyńskiego prostymi pytaniami o cenę bochenka chleba, o cenę kilograma ziemniaków, o wysokość pensji pielęgniarek i wygrywa, debatę, a w konsekwencji wybory. Wyjmuje Kaczyńskiemu władzę z rąk, nawet nie musi jej wyszarpywać. I zostaje premierem. I to nie na dwa lata, czyli tyle, ile trwało premierostwo Prawa i Sprawiedliwości, w tym rok Marcinkiewicza i rok Jarosława. Nawet nie na cztery, na siedem!

Rijkhoven, Belgia, 12.02.2026. Premier RP Donald Tusk (C) na zamku Alden Biesen w miejscowości Rijkhoven w Belgii, 12 bm. Premier Donald Tusk bierze udział w nieformalnym szczycie Unii Europejskiej. Spotkanie poświęcone jest unijnej konkurencyjności gospodarczej w obliczu rywalizacji z takimi globalnymi potęgami, jak USA i Chiny. (amb) PAP/Wiktor Dąbkowski
Kaczyński i centrum zarządzania światem na Nowogrodzkiej
– Jarosław Kaczyński egzaminy doktorskie zdał z teorii państwa i prawa oraz filozofii marksistowskiej (oba na bardzo dobrze), a 8 grudnia 1976 r. obronił pracę doktorską "Rola ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą" – pisze Marek Henzler w Polityce z czerwca 2007 r. Autor cytuje profesora Pietrzaka: "Rola ciał…" to był na pewno bieżący i polityczny temat. Żadna władza ich nie lubi i obecny premier (czytaj Kaczyński – red.) chyba też.
Według Jarosława tylko jednolity ośrodek władzy zapewnia skuteczne zarządzanie państwem. To tak jak w PRL, kiedy ministrowie byli od codziennej roboty, a od ustalania kierunku, w którym rząd i poszczególne ministerstwa miały podążać oraz od ich rozliczania, byli sekretarze PZPR. Działacz partyjny stał w hierarchii władzy wyżej od ministra, na którym spoczywała cała konstytucyjna odpowiedzialność. Kaczyński polubił ten koncept, hołduje mu i z powodzeniem go realizuje.
W normalnym systemie demokratycznym nie zdarza się, żeby ktoś był ważniejszy od premiera czy prezydenta (jeżeli to prezydent jest głową państwa). W normalnym systemie po wyborach to lider zwycięskiej partii zostaje premierem. A Jarosław, owszem, był premierem, ale tylko przez rok i to po tym, jak usunął Marcinkiewicza. Zorientował się wówczas, że premierostwo nie jest dla niego, bo to mnóstwo roboty, z której tylko część jest polityką w czystej postaci. A on nie chciał tracić czasu na prace administracyjne albo przyjmowanie zagranicznych wizyt.
Towarzyszące im ceremonie powitalne, późniejsze gadki szmatki, to dla technologa władzy, którym jest Kaczyński, prawdziwa udręka. Kiedy po kolejnych wyborach wszyscy w partii namawiali go, żeby znów został premierem, on wolał wykreować najpierw Beatę Szydło, a później Mateusza Morawieckiego, a sam, i to w ostateczności, przyjął tekę wicepremiera do spraw bezpieczeństwa. To było taktyczne posunięcie, dzięki któremu mógł kontrolować rząd i dyscyplinować walczące frakcje. Próbował wówczas ugasić konflikt między Morawieckim a Ziobrą. Bezskutecznie.
Jarosława interesuje tylko władza, którą kocha i której potrzebuje. Ale właściwie, na czym ona polega?
Jarek sobie siedzi na Nowogrodzkiej – mówi osoba z kręgu Kaczyńskiego – i wie, że nikt nie podejmie żadnej decyzji, zwłaszcza strategicznej, bez jego udziału. A jeśli podejmie to i tak mu doniosą i jeszcze tego samego dnia ten niesubordynowany ktoś będzie się musiał tłumaczyć.
I tak przychodzą: ten, który doniósł, ten, na którego doniesiono, i jeśli jest taka potrzeba, przychodzi sam premier, ponieważ doskonale wie, że prawdziwym autorytetem dla tych plus minus 200 posłów zaplecza rządowego jest Kaczyński, i to jego posłuchają w kwestii ewentualnego cofnięcia mu, premierowi, rekomendacji. Jarosław już to zresztą publicznie zademonstrował i to dwa razy, pierwszy raz z Kazimierzem Marcinkiewiczem, a drugi z Beatą Szydło.
Tak więc Nowogrodzka jest dla prezesa wszystkim: siedzibą partii, ośrodkiem realnej władzy i drugim domem. To w jego gabinecie przy jego biurku jest ten sztab zarządzający światem, ten ośrodek władzy politycznej, a jak partia wygrywa, to i państwowej. Jarosław lubi pociągać za sznurki w przysłowiowych kapciach. Dzięki temu się nie przemęcza i nie "zużywa", a młodszy od niego o dziewięć lat Donald owszem, tak.
Na Nowogrodzkiej 84/86 panuje porządek, zwłaszcza na półkach. W odpowiednich teczkach odpowiednie kwity. Na każdego. Na każdego z własnego obozu oczywiście. Kaczyński z Tuskiem podzielają bowiem przekonanie, że prawdziwych wrogów ma się u siebie w partii, więc Jarosław (bo Donald o dziwo nie) zbiera na wszelki wypadek haki na każdego. Na Tuska nie zbiera, bo na niego trudno byłoby cokolwiek znaleźć, jest "teflonowy". Poza tym z reguły ci na szczycie są najmniej uwikłani. Wikłają się inni, ci niżej.
Obu panów łączy jeszcze wiara w jednowładztwo. "Król jest jeden" mógłby głosić wyhaftowany złotą nicią napis na poduszce czy szlafroku każdego z nich.
Pierogi kontra ośmiorniczki
A co do różnic? Prezes najchętniej nigdzie by się nie ruszał z Warszawy, ale kiedy przychodzi lato i wszyscy się rozjeżdżają, powstaje problem, bo nie ma kim zarządzać. I tak, kiedy Donald robi sobie wakacje, Jarosławowi robi wakacje (najczęściej) Joachim Brudziński.
Prezes PiS przywiązuje się do ludzi. Jest lojalny. Przewodniczący KO nie przywiązuje się do ludzi i nie jest lojalny. Ale to Jarosław skrzętnie zbiera haki na ludzi, a Donald tego nie robi.
Tusk nie znosi faktu, że musi mieć ochronę osobistą. Jarosław sam ją sobie wykupił w 2009 r. Kaczyński, jak sam opowiada, uwielbia oglądać rodeo, a podejście do diety ma raczej tradycyjne. Najchętniej zje kotleta, a w drugiej kolejności pierogi. Pierwszym i drugim wyborem obecnego premiera będą owoce morza. Donald ze smakiem wypije wytrawne porto, Jarosław schłodzoną wódeczkę. Kaczyński czuje nostalgię za PRL. Specjalnie dla niego przecież wróciły na ekran telewizorów "Koło fortuny" czy "Pegaz". Tusk nie podziela tego sentymentu.
A "cóż tam, panie, w polityce?"
W polityce jest mnóstwo przypadkowych osób. Wiele z nich trafia do Sejmu, gdzie, czy się stoi, czy się leży, te 13 tys. zł na rękę co miesiąc dostajesz. Masz idealną robotę, z której cię nikt nie rozlicza. Raz na dwa, trzy tygodnie przyjeżdżasz na kilka dni na Wiejską, pobędziesz na głosowaniach, na komisjach, czasem nie więcej niż 15, 20 minut. Głosujesz wedle instrukcji, które dostajesz, i nawet nie musisz wiedzieć, za czym podnosisz rękę. Sam sobie jesteś "sterem, żeglarzem, okrętem". Wygodne życie, które funduje podatnik, płacąc dodatkowo za twoje przeloty, pociągi, sypialne wagony i paliwo.
Ale istnieje kategoria polityków z krwi i kości – mówi nasz rozmówca. – Takich, którzy od dziecka pasjonowali się polityką, nie znając jeszcze dobrze znaczenia tego słowa. Są wśród nich artyści władzy (vide Kwaśniewski) i ci, których we władzy pociąga władza w czystej postaci (vide Kaczyński, Miller, Schetyna).
Polityka uczy skuteczności, wytrawny polityk to polityk skuteczny. Wygrywa ten, kto jest lepszym rozgrywającym, ma lepszą strategię i jest bardziej bezwzględny w dążeniu do celu. Nie wystarczy tu plan A i zastępczy plan B, trzeba ich mieć więcej. I umieć przewidywać, lawirować, przekonywać, manipulować, tworzyć presję, wymuszać, kłamać, hejtować, symulować oraz robić marketing polityczny i robić teatr, urządzać przedstawienia. Obydwaj, prezes PiS i obecny prezes Rady Ministrów, opanowali sztukę sprawowania władzy, stając się z biegiem lat coraz większymi cynikami. W tej niechlubnej kategorii zdecydowanie wygrywa jednak Tusk.
Niejeden z jego współpracowników podkreśla, że jest to człowiek bez właściwości, a konkretnie bez poglądów. Sami liberałowie od dawna są na niego wkur… Mówią, że nie tak to miało wyglądać, że nie to im w kampanii obiecywał. Zaraz jednak dodają, że nie mają wyboru, bo niby kto miałby zastąpić szefa? Schetyna? Ten facet pozbawiony charyzmy? Budka, który o mały włos nie rozłożył tej partii na łopatki? Jedynym, który mógłby to zrobić, jest Sikorski, ale on zachowuje się ostrożnie i jest bardzo wstrzemięźliwy w gotowości zastąpienia Tuska, bo ten dowiódł, że umie skutecznie kasować tych, którzy mogliby być jego alternatywą. Donald trzyma się prostej zasady: "Ja może nie dowożę, ale nikt nie dowiezie. No i z konieczności musicie na mnie głosować, bo albo ja, albo Kaczor".
W partii Jarosława to wygląda inaczej. Przynajmniej połowa ludzi uważa, że jest on wybitnym politykiem, a nawet wybitnym człowiekiem. Charyzmatycznym i odważnym, bo miał odwagę wygarnąć Wałęsie (wielkiemu Wałęsie!), że jest agentem SB. Członkowie i członkinie PiS rzeczywiście widzą w Jarosławie kogoś więcej niż tylko politycznego lidera. Dla wielu to swoisty guru. Jasne, Jarosław także dyscyplinuje niepokornych, ale na to wszyscy się godzą. Marcinkiewicza zdyscyplinował, a także Morawieckiego czy Dudę. A przywiązanego do zasad Gowina, który w sprawie wyborów kopertowych wyłamał się z szeregu, po prostu zniszczył. Najpierw rozbił mu partię, przejął jego ludzi, a na końcu jego samego wyrzucił na śmietnik polityki. Gowin przypłacił to zdrowiem. Według zasady "po trupach do celu" postępuje zarówno Jarosław, jak i Donald.
Czekając na gajowego
Wydawać by się mogło, że dopóki istnieje tzw. duopol, Tusk z Kaczyńskim mogą spać spokojnie. Panowie potrzebują siebie nawzajem. Można sobie nawet wyobrazić, jak nad ranem obydwaj wchodzą na barykady i widząc się wzajemnie, wzdychają: "O! Jak dobrze, że jesteś... Dobrego dnia ty…". Trochę jak Kargul i Pawlak z "Samych swoich". Jednak taka percepcja tej ponad dwudziestoletniej wojny Tuska z Kaczyńskim byłaby zbyt dużym uproszczeniem. A nawet więcej, niebezpieczną trywializacją realnego sporu o kształt i przyszłość Polski, jaki obydwaj panowie ze sobą toczą. Jarosław jest przywiązany do polskiej tradycji, nawet tej zgubnej, sarmackiej.
Donald, chociażby przez to, że pochodzi ze swego rodzaju mniejszości etnicznej i wychował się w domu, gdzie (jak wspomina jego siostra, Sonia) babcia posługiwała się lepiej niemieckim niż polskim – ma do tradycji narodowej stosunek obojętny. Kaczyński od zawsze walczył o tradycyjnie pojmowaną suwerenność. Tusk, od czasów gdańskich liberałów, był zwolennikiem regionalizacji, czyli takiej organizacji państwa, która poszczególnym regionom daje niezależność. W dzisiejszych realiach ta idea wyraża się innym niż Jarosława podejściem do Unii Europejskiej. Jarosław jest wobec niej nieufny i traktuje ją wyłącznie jak bankomat. Donald zaś nie widzi w niej zagrożenia dla polskiej tożsamości i z chęcią – jak twierdzi znający go dobrze polityk – włączyłby się, (nawet jeśli z powodów taktycznych tego wprost nie formułuje), w budowę federacji europejskiej na wzór USA.
Te ideowe różnice i spory nikną jednak w kurzu wzniecanym w trakcie ich personalnej walki o władzę. Wielu, zwłaszcza młodych Polaków, nie potrafi dostrzec w tym konflikcie sporu o wizję i idee. Widzi tylko dwóch podstarzałych "dziadersów", którzy patrzeć na siebie nie mogą bez nienawiści. I dlatego młodzi szukają dla tej ledwie zrozumiałej walki alternatywy. Przez moment była nią Trzecia Droga. Później kandydatura Sławomira Mentzena w wyborach prezydenckich. Ostatnio – Grzegorz Braun. Jedno jest jednak pewne: jeśli Tusk z Kaczyńskim i swoim męczącym nas wszystkich konfliktem nie zejdą wkrótce z politycznej sceny, to – jak w dowcipie z czasów PRL – przyjdzie gajowy i ich pogoni. Taka jest puenta dowcipu, a chodzi w nim o to, że w czasie wojny stacjonujący w Kampinosie oddział AK zaatakował niemieckich żandarmów. Ci w odwecie zaatakowali oddział AK. Wtedy Polacy znowu zaatakowali Niemców, a ci po raz kolejny Polaków… aż w końcu przyszedł gajowy i powiedział: "To jest mój las! Wypier…!".
"Gajowy" prędzej niż później nadejdzie. Ale kto się nim okaże i w jakim stylu rozegra tych dwóch starych aktorów, nie mam jeszcze pojęcia.
Współpraca: Zofia Bartoszewicz-Buszkowska

