Historia Dawida Mazura nie jest opowieścią o niewinnym człowieku, którego życie brutalnie przerwano. Trafił do więzienia nieprzypadkowo. Złamał prawo i ponosił za to konsekwencje. Ale państwo, które odbiera wolność, bierze na siebie coś więcej niż tylko pilnowanie krat. Bierze odpowiedzialność za zdrowie i życie.
I takiej odpowiedzialności w tej historii zabrakło. Tak samo, jak wyobraźni.
Stołówka i zdrowy rozsądek
Bo nawet jeśli odłożymy na bok emocje, zostaje coś znacznie prostszego: zdrowy rozsądek.
Człowiek z HIV i HCV, bez wdrożonego leczenia, miesiącami dopominający się o pomoc, trafia do pracy przy wydawaniu posiłków. Sam ma wątpliwości. Pisze, pyta, sygnalizuje problem.
I nic.
Można oczywiście powtarzać, że HIV nie przenosi się przez podanie talerza. To prawda. Ale przenosi się przez kontakt z krwią. A praca przy jedzeniu – szczególnie w warunkach więziennych – to nie jest przestrzeń sterylna. To noże, oparzenia, przypadkowe skaleczenia.
To ryzyko, które nie musi się wydarzyć, ale które istnieje.
I właśnie dlatego, decyzje w takich sytuacjach nie powinny opierać się na zdaniu „co do zasady nie ma przeciwwskazań”.
Wszystko zgodnie z procedurami
Zakłady karne przez cały czas tłumaczyły się tym samym – niczym zdarta płyta – że wszystko odbyło się „zgodnie z procedurami”. Problem w tym, że w takich historiach te słowa brzmią jak alibi.
Bo ten konkretny człowiek przez półtora roku nie doczekał się leczenia, które było jego jedyną szansą. System wiedział, że jest chory, a mimo to nie zapewnił mu ani leków, ani transportu do szpitala, ani choćby odpowiednich warunków do odbywania kary. Przez ten czas pisał listy, sygnalizował, że jego stan wymaga interwencji – ale go ignorowano.
Przewidywał, że umrze w więzieniu. I miał rację. W tym krótkim zdaniu mieści się cała bezradność systemu – który znał jego chorobę, wiedział o zagrożeniu, a mimo to pozwolił, żeby człowiek umierał krok po kroku.
Najmocniejszym kontrapunktem dla urzędowego języka jest relacja matki.
Nie mówi o procedurach. Mówi o tym, że nie poznała własnego syna.
Z miesiąca na miesiąc patrzyła, jak znika. Jak z człowieka zostaje cień. Jak państwo, które ma nad nim pełną kontrolę, nie jest w stanie zapewnić podstawowej rzeczy – leczenia.
I tu kończy się dyskusja o tym, kim był Dawid przed wyrokiem. Bo dla niej był synem. I państwo tego syna nie ochroniło.
Ile warte jest ludzkie życie?
Matka Dawida Mazura domagała się 80 tys. zł zadośćuczynienia. W pierwszej instancji sąd przyznał jej dokładnie tę kwotę. W drugiej – obniżono ją do 40 tys. zł.
Dla kontrastu: śmierć jedynej córki w wyniku błędu medycznego – niezdiagnozowana zakrzepowa plamica małopłytkowa, opóźnione leczenie – w pierwszej instancji 100 tys. zł, po apelacji sąd podwyższył tę kwotę do 150 tys. zł.
Śmierć dorosłego syna w wypadku motocyklowym – 125 tys. zł, choć połowa została odjęta z powodu przyczynienia. Syn pasażera w wypadku samochodowym – 120 tys. zł.
A w tle tego wszystkiego – sprawy, które wyglądają groteskowo w zestawieniu z prawdziwym cierpieniem związanym z utratą bliskiej osoby, członka rodziny. Źle wykonany makijaż permanentny brwi – 15 tys. zł. „Podwójne” brwi wykonane przez nieprzeszkoloną pracownicę – 24 tys. zł. Głośni studenci imprezujący w wynajmowanym mieszkaniu – 30 tys. zł.
W tym kontraście widać, jak bardzo oderwany od rzeczywistości bywa system. Dawid umierał w więzieniu, wołał o pomoc, a państwo odmawiało mu leczenia, które było jego jedyną szansą. Kiedy w końcu przyszedł czas „wyceny” cierpienia z powodu utraty dziecka, okazało się, że życie syna warte jest niemal tyle samo, co źle zrobione brwi albo hałasujący po sąsiedzku studenci. I w tym rachunku – dramat, choroba, śmierć – zostają sprowadzone do sum, które nie mają nic wspólnego z wagą straty.
Państwo nie musi lubić swoich obywateli
Ta historia nie wymaga idealizowania. Nie trzeba z Dawida Mazura robić bohatera, żeby zobaczyć, że coś poszło fundamentalnie nie tak.
Bo państwo nie jest od tego, żeby lubić swoich obywateli. Jest od tego, żeby przestrzegać zasad – także wobec tych, którzy sami je złamali.
Jeśli tego nie potrafi, to przestaje być instytucją, a zaczyna być mechanizmem, który działa tylko wtedy, gdy jest mu wygodnie.
A wtedy naprawdę niewiele trzeba, żeby ktoś napisał: „to umrę w więzieniu”.

