„Umrę w więzieniu” – pisał w listach Dawid Mazur, osadzony zakażony HIV i HCV. Miesiącami bezskutecznie prosił o leczenie, a jego stan się pogarszał. Mężczyzna faktycznie zmarł. Po latach sąd prawomocnie uznał winę zakładów karnych i państwa. Zero.pl dotarło do uzasadnienia wyroku i do listów Dawida, które pisał zza krat.

- U Dawida Mazura zdiagnozowano zakażenie wirusami HIV i HCV. W więzieniach nie otrzymał odpowiedniego leczenia. Przenoszono go dziesięć razy w ciągu półtora roku.
- Osadzony stracił 12 kg w 27 dni, pojawiły się u niego zmiany skórne i brak apetytu.
- Pomimo swoich schorzeń Dawid Mazur został skierowany do pracy przy wydawaniu posiłków.
- Po śmierci Mazura jego matka walczyła o zadośćuczynienie. Sąd drugiej instancji obniżył kwotę z 80 tys. zł do 40 tys. zł.
Dawid Mazur został skazany za rozbój i miał spędzić w więzieniu trzy lata. Końca przymusowej izolacji jednak nie doczekał. Zmarł w wieku 35 lat. Zdiagnozowano u niego zakażenie HIV i HCV. Sądy, które pochyliły się nad tą sprawą, stwierdziły uchybienia zakładów karnych, w których przebywał. Sprawa zwraca uwagę na sposób funkcjonowania opieki medycznej w więzieniach.
Diagnoza i kolejne osadzenie
Dawid Mazur po raz pierwszy trafił do zakładu karnego w 2015 r. W kolejnych latach ponownie wchodził w konflikt z prawem. W 2017 r., kiedy przebywał na wolności, wykonał badania w mobilnym punkcie fundacji Prekursor. Diagnoza – zakażenie wirusami HIV i HCV.
Do zaplanowanej wizyty lekarskiej, podczas której miały zostać dobrane odpowiednie leki, nie doszło. Mazur dopuścił się rozboju, za co został skazany na trzy lata pozbawienia wolności. Kiedy toczyło się wobec niego postępowanie karne, fundacja Prekursor instruowała go, jak ma postąpić w przypadku wyroku skazującego.
– Przed zgłoszeniem się do zakładu karnego był informowany, że w przypadku zatrzymania powinien poinformować Służbę Więzienną o swojej chorobie. Jeszcze na wolności prosiliśmy Dawida, aby jak najszybciej rozpoczął leczenie, ponieważ zwłoka w przyjmowaniu leków, czyli w rozpoczęciu całej procedury – najpierw diagnostycznej, a potem leczniczej – sprawia, że wirus się namnaża i niszczy układ odpornościowy. Nie chodzi przy tym tylko o indywidualne konsekwencje dla osoby seropozytywnej, lecz także o szkody społeczne – mówi w rozmowie z Zero.pl Beata Stelmaszczyk z fundacji Prekursor.
Informacja o stanie zdrowia Mazura znajdowała się w dokumentacji medycznej, która trafiła wraz z nim do zakładu karnego. Mężczyzna informował o zakażeniu HIV i HCV tuż po zatrzymaniu. Niezależnie od tego zakład karny sam zrobił badania krwi osadzonego.
Pogarszający się stan zdrowia
W trakcie odbywania kary stan zdrowia Dawida coraz bardziej się pogarszał. Odwiedzająca go matka relacjonowała zmiany, jakie zaszły w jego wyglądzie na przestrzeni kilku miesięcy.
– Odwiedzałam go regularnie. Po kilku miesiącach ledwo go poznałam, tak bardzo schudł. Z pulchnego chłopaka stał się wręcz „szkieletorem”. Proszę sobie wyobrazić, co może czuć matka, która wśród kilku mężczyzn nie potrafi od razu rozpoznać własnego syna – mówi w rozmowie z Zero.pl Magdalena Mazur, matka Dawida.
Mężczyzna był zaniepokojony swoim stanem zdrowia i bezczynnością Służby Więziennej. Kontaktował się w tej sprawie z Fundacją Polityki Społecznej Prekursor. „Od lipca 2018 r. zacząłem trochę podupadać na zdrowiu – pojawiły się u mnie zmiany skórne, rozdrażnienie, a ostatnio całkowity brak apetytu. Jem tylko obiady na chleb i na te porcje mięsne nawet nie mogę patrzyć, mam odruch wymiotny – w 27 dni schudłem 12 kg, ale lekarz twierdzi, że nic się nie dzieje. Do tego jestem cały czas rozdrażniony, apatyczny, zupełnie jak nie ja. Powiedzcie mi, proszę, czy moje prawa nie są przypadkiem łamane? Wydaje mi się, że oni nie liczą się z moim życiem i zdrowiem” – pisał w liście do pracownicy fundacji, która próbowała mu pomóc.
Od zakładu do zakładu
Mężczyzna przebywał w kilku zakładach karnych. Personel żadnego z nich nie zareagował na czas.
– Schorowany mężczyzna był przenoszony pomiędzy jednostkami penitencjarnymi dziesięć razy w przeciągu półtora roku – mówi w rozmowie z Zero.pl mecenas Tomasz Gołembiewski, pełnomocnik mamy Dawida.
– Bez przerwy gdzieś go przewozili. Ciągle powtarzał: „Jestem już spakowany, bo zaraz jadę w trasę”. Pytałam: dokąd? Odpowiadał, że jeszcze nie wie – mówi nam matka zmarłego.
W niektórych ośrodkach – np. na Białołęce – Mazur przebywał po kilka razy. Leczeniem objęto go dopiero w Łodzi. Za późno. Czy miałby szanse, gdyby odpowiednią terapię uruchomiono wcześniej? Biegły sądowy potwierdził podczas procesu, że bez leczenia przeciwretowirusowego Dawid miał nikłe szanse na przeżycie. Odpowiednia farmakologia była dla niego jedyną nadzieją, której nikt mu nie dał przez półtora roku.
Kiedy kierownictwo Aresztu Śledczego na Białołęce skierowało Dawida do pracy na stołówce, mężczyzna miał wątpliwości, czy jest to bezpieczne dla współwięźniów. W liście do Beaty Stelmaszczyk z fundacji Prekursor pisał: „od kilku miesięcy pracuję jako kalifaktor, czyli osoba wydająca posiłki. Z moimi schorzeniami to w ogóle nie powinno mieć miejsca, ale popraw mnie, bo może się mylę?”.

Jak relacjonuje jego matka, wątpliwości te były kierowane nie tylko poza więzienne mury. Pytamy ją, czy sprawa była zgłaszana także dyrekcji placówki. Kobieta odpowiada:
– Tak, ale wie pan, jak to jest. Nikt się tym nie przejął. Rozdawał jedzenie. Rozwoził je wózkiem.
O wyjaśnienie tej sytuacji zapytaliśmy Służbę Więzienną. W odpowiedzi zespół prasowy Centralnego Zarządu SW wskazał, że o skierowaniu do pracy decyduje dyrektor jednostki, natomiast zdolność do jej wykonywania ocenia lekarz medycyny pracy.
Jak podkreślono: „zakażenie wirusem HIV lub HCV co do zasady nie jest przeciwwskazaniem do podjęcia lub kontynuowania pracy. Osoby żyjące z HIV/HCV mogą pracować w większości zawodów, w tym w stołówce, o ile ich stan zdrowia na to pozwala”.
Jeszcze bardziej ogólnikową odpowiedź przekazała administracja samej jednostki na Białołęce. Rzeczniczka aresztu poinformowała, że ze względu na ochronę danych osobowych nie udziela szczegółowych informacji dotyczących aresztantów. Zapewniła jednocześnie, że „wszelkie działania podejmowane wobec osób osadzonych realizowane są zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa oraz z poszanowaniem ich praw”.

Śmierć na przepustce
Nie była to jedyna uwaga, która pozostała bez odpowiedzi.
„Tak jak wcześniej pytałaś, ja na Wolskiej nie byłem, leków żadnych nie biorę i prawdopodobnie okaże się, że będę miał większy wyrok do odsiadki, to umrę w więzieniu. Oni tu nie są w stanie w żaden sposób stworzyć mi odpowiednich warunków do odbywania dalszej kary z moją przypadłością. Niby Europa a tak naprawdę Polska jest jeszcze sto lat za murzynami” (pisownia oryginalna – red.) – pisał Dawid Mazur w liście do pani Aleksandry z fundacji Prekursor.
Podobnych sygnałów było więcej. W kolejnej korespondencji szczegółowo opisywał swoją sytuację i brak dostępu do leczenia:
„Od dłuższego czasu borykam się z problemem, a gdy tak człowiek siedzi sam w czterech ścianach, to do głowy przychodzą mu różne pomysły. Ale do rzeczy. Zostałem zatrzymany przez policję 29 października 2017 r. Podczas zatrzymania, jak i na pierwszej rozmowie lekarskiej w areszcie powiedziałem, że mam HIV i HCV. Około półtora miesiąca po zatrzymaniu w Kamińsku pobrano mi krew i zrobiono badania. Wyszły pozytywnie. Wtedy lekarz poinformował mnie, że zostanę zawieziony do szpitala zakaźnego na »ustawienie leków«. Od tamtego czasu za parę dni minie półtora roku i żaden z zakładów nie pofatygował się, by przetransportować mnie do któregoś ze szpitali” – pisał do Beaty Stelmaszczyk.

Ten list był jednym z jego ostatnich. Zaniechania w leczeniu – jak wynika z dokumentacji medycznej – doprowadziły rozwój HIV do ostatniego stadium AIDS C3. W tym stanie organizm nie był już w stanie bronić się przed innymi, także nieleczonymi chorobami współistniejącymi.
Dawid Mazur zmarł 15 czerwca 2019 r. Na przepustce, o którą… nie występował. Nie był już w stanie się komunikować.

– Dopiero po kilku dniach, kiedy Dawid przebywał już w szpitalu w Łodzi zakład karny przypomniał sobie, że nie wydano mu przepustki na leczenie poza więzieniem. Dawidowi Mazurowi przyznano „przepustkę” w zasadzie już tylko dla formalności, kiedy leżał już nieprzytomny w łóżku szpitalnym. Podejrzewamy, że było to działanie celowe, aby zgon nie nastąpił, gdy Dawid był formalnie pod „pieczą” zakładu karnego. Gdyby osadzony zmarł bez przepustki, to sprawę musiałby zbadać prokurator, by ocenić, kto ponosi odpowiedzialność za śmierć więźnia – mówi adwokat Tomasz Gołembiewski.
Sprawa i tak trafiła na wokandę. Matka Dawida rozpoczęła wieloletnią walkę o sprawiedliwość z… wymiarem sprawiedliwości. Pozwała większość zakładów karnych, w których przed śmiercią przebywał jej syn. Domagała się m.in. 80 tys. zł zadośćuczynienia. Sprawę pro bono poprowadził mecenas Tomasz Gołembiewski.
Sąd Okręgowy Warszawa-Praga na wniosek Pani Magdaleny Mazur zwrócił się do Rzecznika Praw Obywatelskich (był nim wówczas Adam Bodnar) o zajęcie stanowiska, czy wstąpi on do tej sprawy. Rzecznik dopiero po kilku miesiącach odpisał, że „na obecnym etapie sprawy nie ma podstaw do przystąpienia Rzecznika do postępowania”. W piśmie RPO czytamy: „Informacje zawarte w dokumentach, którymi dysponujemy, nie są w dalszym ciągu wystarczające do zajęcia stanowiska popierającego żądanie zawarte w pozwie pani Magdaleny Mazur. W szczególności dane zawarte w książce zdrowia nie dały odpowiedzi na postawione wcześniej pytania dotyczące leczenia pana Dawida Mazura podczas odbywania kary. Na obecnym etapie uznajemy zgłoszoną sprawę za zakończoną w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich”.
W toku postępowania sąd dopuścił dowód z opinii biegłego. Wskazał on, że podczas pobytu w jednostkach penitencjarnych Dawid Mazur nie był właściwie diagnozowany ani leczony w związku z zakażeniem wirusem HIV i jego następstwami. Co prawda 12 grudnia 2017 r. wykonano u niego test na obecność wirusa, jednak nie podjęto dalszej diagnostyki. „Z nieznanych przyczyn nie wykonano zaplanowanej konsultacji specjalistycznej z zakresu chorób zakaźnych, która miała się odbyć 1 lutego 2018 r. Brak jest dowodów, że osadzony odmówił tej konsultacji albo że nie mogła się ona odbyć z przyczyn niezależnych. W opinii biegłego, termin umówionej konsultacji, zaplanowanej przez Ambulatorium Aresztu Śledczego w Kamieńsku, został zignorowany przez pracowników Zakładu Karnego w Siedlcach. Zdaniem biegłego, wprowadzenie odpowiedniego leczenia w powyższym okresie mogłoby opóźnić niekorzystny przebieg zakażenia o kilka lub kilkanaście lat” – czytamy w aktach sprawy, do których dotarło Zero.pl.
Jak podkreślono w uzasadnieniu wyroku, brak tej wizyty miał kluczowe znaczenie dla dalszego przebiegu choroby. Stan zdrowia osadzonego zaczął się wyraźnie pogarszać – pojawiła się znaczna utrata masy ciała, zmiany skórne oraz problemy z przełykaniem. Mimo to do konsultacji ze specjalistą doszło dopiero 3 kwietnia 2019 r., czyli ponad rok później.
Nawet wtedy działania medyczne nie były prowadzone niezwłocznie. Choć lekarz zalecił pilne wykonanie badań kwalifikujących do leczenia antyretrowirusowego, przeprowadzono je dopiero po ponad dwóch tygodniach. W ocenie sądu był to zdecydowanie zbyt długi czas, biorąc pod uwagę szybko pogarszający się stan zdrowia więźnia. Dodatkowo – jak wskazano w uzasadnieniu – w jednostkach penitencjarnych nie poinformowano go o możliwości leczenia zakażenia HIV lekami antyretrowirusowymi.
Po blisko pięciu latach postępowania sąd pierwszej instancji zasądził na rzecz Magdaleny Mazur 80 tys. zł zadośćuczynienia.
Połowa zadośćuczynienia, bo płaca minimalna była niska
Ten wyrok nie utrzymał się jednak długo. 2 marca 2026 r. sąd II instancji obniżył tę kwotę o połowę. Orzeczenie jest prawomocne.
Sąd apelacyjny w uzasadnieniu szczegółowo odniósł się do relacji między matką a synem. Wskazał, że nie miały one charakteru codziennego ani szczególnie bliskiego. „Niesporne jest w tej sprawie, że powódka oraz jej syn nie zamieszkiwali razem, nawet nie zamieszkiwali w jednej miejscowości. Dawid Mazur odwiedzał matkę okazjonalnie, nie mogła ona liczyć na stałą pomoc faktyczną czy finansową ze strony syna, zważywszy na jego sposób życia. Ich relacje nie były zatem bieżące, codzienne, żyli osobno i swoimi sprawami” – wskazano w uzasadnieniu do wyroku, do którego dotarło Zero.pl
Sąd podkreślił przy tym, że choć śmierć syna była dla powódki źródłem cierpienia, to – w ocenie składu orzekającego – nie wykazano, aby jej skutki miały charakter szczególnie drastyczny. „Z całą pewnością doznała ona cierpienia moralnego wywołanego śmiercią osoby bliskiej, wstrząsu, smutku, przeżywała żałobę, miała poczucie pustki, tym niemniej nie wykazała, aby dramatyzm tych doznań był na tyle znaczny, aby osłabiło to jej siły życiowe czy musiała korzystać z pomocy” – czytamy w uzasadnieniu.
Sąd Apelacyjny w Warszawie uzasadnił, że w jego ocenie zasądzone świadczenia powinny być obniżone, gdyż w momencie składania pozwu do sądu pensja minimalna wynosiła około 1900 zł, co oznaczało dla sądu, że na tamten czas realia ekonomiczne były inne niż w momencie wydania wyroku. Obniżając zadośćuczynienie, sąd stanął na stanowisku, że zasądzona kwota powinna pozostawać w określonej relacji do siły nabywczej pieniądza z daty składania pozwu, a nie z daty wyrokowania.
Z takim podejściem nie zgadza się pełnomocnik rodziny.
– Stanowczo nie zgadzamy się z tym, żeby cierpienie przeliczać na minimalne wynagrodzenie i na tej podstawie obniżać zadośćuczynienie. Sąd powinien brać pod uwagę okoliczności z chwili wyrokowania, a nie z momentu wniesienia pozwu. Argumentacja użyta przez Sąd Apelacyjny to zachęta do przewlekania postępowań – im dłużej trwa proces, tym realna wartość świadczenia będzie niższa. Nie można tracić z pola widzenia faktu, że po stronie pozwanej były jednostki Skarbu Państwa, a proces był prowadzony ponad 6 lat głównie ze względu na kolejne wnioski pozwanych o uzupełnienie opinii biegłego oraz kilkukrotnie przekładane rozprawy, ze względu na chorobę świadków, brak powiadomienia pełnomocników pozwanego przez sąd o terminach rozprawy lub zapominanie przez sąd o odzyskanie akt sprawy od biegłego przed terminem rozprawy. W tych okolicznościach Pani Magdalena Mazur została ukarana przez Sąd Apelacyjny za przewlekłość postępowania oraz wzrost wysokości pensji minimalnej, za które w żaden sposób nie odpowiada – mówi adwokat Tomasz Gołembiewski.
Jak dodaje, zaskakujące były dla niego również niektóre ustalenia dotyczące relacji rodzinnych.
– Z akt sprawy wynika przecież, że matka odwiedzała syna kilkukrotnie w jednostkach penitencjarnych, utrzymywała z nim kontakt listownie i telefonicznie, jeździła do sądów na rozprawy, a Dawid odwiedził matkę na pół roku przed śmiercią na przepustce podczas Świąt Bożego Narodzenia. Sąd Apelacyjny nie zwrócił nawet uwagi na to, że pani Magdalena Mazur w czasie tych wydarzeń pełniła rolę samodzielnej rodziny zastępczej dla swojego małoletniego wnuka, syna jej zmarłej córki, co znacząco uniemożliwiało jej jakiekolwiek podróże. Pani Magdalena Mazur po raz kolejny została ukarana za coś, na co nie miała wpływu – podkreśla.
– Ta kwota jest po prostu nieadekwatna do rzeczywistej straty. Mówimy przecież o sytuacji, w której człowiek nie żyje. Wysokość zasądzonego odszkodowania nie wpłynie na poprawę opieki medycznej w zakładach karnych ani nie sprawi, że podobne zaniedbania przestaną się zdarzać – mówi Beata Stelmaszczyk.
