Kraj

Czy to koniec z egzaminami zdalnymi w edukacji domowej?

Kilka dni temu, na internetowych grupach dotyczących edukacji domowej, gruchnęła wiadomość o nowych wytycznych niektórych kuratoriów oświaty. Miały one przekazać, że egzaminy klasyfikacyjne uczniów Szkoły w Chmurze muszą odbywać się stacjonarnie. Oznacza to, że trzeba je będzie zdawać na żywo, w szkole, w obecności komisji egzaminacyjnej. Wieść ta wywołała burzliwą reakcję. Czy słusznie?

Łukasz Wolański
Felieton autorstwa: Łukasz Wolański
15 lutego
12 minut
Klasa w szkole (fot. StockPlanets / Getty Images)

Reklama

TYLKO NA

Od czasu transformacji ustrojowej, kiedy to przywrócona została możliwość osobistego uczenia swoich dzieci w domach przez rodziców, edukacja domowa (ED, homeschooling) wybierana była raczej przez nieliczny odsetek rodzin. Decydowali się na nią zwykle rodzice o dużej samoświadomości wychowawczej i dysponujący odpowiednimi zasobami: oprócz pomysłu i determinacji trzeba było wszak mieć środki, by praktycznie zrealizować cały proces kształcenia swoich dzieci. Podążanie ścieżką ED to przecież dla rodziców konkretne koszty i zobowiązania. Już nawet sama konieczność poświęcenia dzieciom ponadprzeciętnej ilości czasu nie ułatwia życia zawodowego.


Reklama

Biznes czy misja?

Swoisty przełom nastąpił w czasie pandemii COVID-19, kiedy to rozpoczął się trwający do dziś wyraźny wzrost popularności homeschoolingu. W coraz większym stopniu edukacja domowa zaczęła też dotyczyć licealistów. Procesom tym towarzyszyło nasilanie się pewnych niepokojących zjawisk. Coraz częstsze stało się traktowanie tej formy nauki jako legalnej ucieczki od szkolnych wymagań i edukacyjnej odpowiedzialności. Prowadzenie zaś szkół "przyjaznych ED" stało się dla niektórych bardziej biznesem niż ideową misją.

Gdzieniegdzie rozpoczęła się bezlitosna eksploatacja wszelkich nieszczelności dotychczasowego systemu. Dla jasności chcę tu podkreślić: problemy te nigdy nie dotyczyły wszystkich uczniów czy szkół realizujących homeschooling. Stały się jednak na tyle częste i zauważalne, by zacząć je opisywać jako zjawiska systemowe.

Dopóki jednak w Polsce istnieją powszechny obowiązek szkolny i powszechny obowiązek nauki, edukacja domowa funkcjonuje przede wszystkim jako jedna z efektywnych form ich realizacji. Gdyby miała okazać się nieskuteczna – np. umożliwiając formalne kończenie szkół przez osoby, które systematycznie nie osiągają wymaganych efektów kształcenia – jej dalsze istnienie prędzej czy później musiałoby stanąć pod znakiem zapytania.


Reklama

Oznacza to, że w praktyce warunkiem utrzymania istnienia edukacji domowej jako równoprawnej alternatywy szkolnego realizowania obu wspomnianych przeze mnie na początku obowiązków są rzetelne egzaminy klasyfikacyjne. Takie, w efekcie których uczennice i uczniowie otrzymują oceny adekwatne do swojej wiedzy i umiejętności. A kto nie umie, ten nie zdaje lub nie kończy szkoły (szczególnie średniej) – choćby nawet spotkały go wszystkie nieszczęścia świata.


Reklama

Nie ma przepisów, które pozwalałyby na egzaminowanie zdalne

W tej chwili sposób przeprowadzania różnych szkolnych egzaminów, w tym klasyfikacyjnych, reguluje ministerialne rozporządzenie. Trzeba tu nadmienić, że właściwie do czasu epidemii COVID-19 wszystkie one odbywały się wyłącznie w formie stacjonarnej, a zasady ich przeprowadzania poprzednie rozporządzenia formułowały w sposób właściwie identyczny jak dzisiaj.

Na ogół egzamin klasyfikacyjny składa się z dwóch części: pisemnej i ustnej. Przeprowadza go komisja, w skład której wchodzi dyrektor lub inny wyznaczony nauczyciel jako przewodniczący oraz co najmniej jeden nauczyciel przedmiotu, którego egzamin dotyczy. Rodzice ucznia mogą uczestniczyć w egzaminie w charakterze obserwatorów. Z egzaminu sporządza się protokół, do którego dołącza się pisemną pracę ucznia oraz zwięzłe informacje o odpowiedziach ustnych lub wykonaniu zadania praktycznego.

W tym miejscu warto wspomnieć o pewnych pryncypiach filozofii i techniki prawodawczej, które w przedmiotowej sprawie będą istotne. Tworząc przepisy, powinno robić się to w stopniu jedynie niezbędnie koniecznym, w szczególności unikając tzw. nadregulacji. Jeśli pewne rzeczy są oczywiste i zgodnie przyjmowane od dawna, nie trzeba ich formułować wprost. W przypadku egzaminów, w tym klasyfikacyjnego, oczywiste jest na przykład, że jest to forma sprawdzania wiedzy i umiejętności. I nie ma potrzeby definiowania, czym jest egzamin.


Reklama

Tak samo naturalne dla egzaminu jest to, że uczeń nie zna wcześniej zadań i pytań, jakie na nim otrzyma. Oraz to, że będzie egzaminowany w warunkach kontrolowanej samodzielności. Po to jest przecież powoływana komisja! Biorąc pod uwagę, że zasadniczo każda szkoła realizuje swoją wszelką aktywność (wyłączając wycieczki i wyjścia) na terenie swojej siedziby, ona też jest właściwym miejscem świadczenia pracy przez nauczycieli, stacjonarny charakter egzaminów wydaje się oczywisty. Komisyjny charakter całości wymaga też zebrania się wszystkich w jednym miejscu.


Reklama

Warto też zadać sobie pytanie, czy egzamin w części pisemnej może mieć formę elektroniczną? Wszak ma on ewidentnie materialny charakter, skoro jest dołączany do protokołu z egzaminu, powstającego zwykle niezwłocznie po nim samym. Samo zaś określenie „pisemny” oznacza sporządzony lub przynajmniej własnoręcznie podpisany. Nawet kodeks cywilny odróżnia formę pisemną od elektronicznej, choć tę drugą traktuje w określonych okolicznościach jako równoważną pierwszej.

Zwolennicy egzaminowania zdalnego na internetowych forach powołują się często na prawniczą zasadę, iż „co nie jest zabronione, jest dozwolone”. Nie jest to jednak reguła absolutna, jak się potocznie uważa. Dotyczy zaś głównie prawa przedsiębiorców oraz regulacji administracyjnych. W rzeczywistości, aby egzaminy mogły odbywać się w formie zdalnej, potrzebna jest odpowiednio wyrażona wprost regulacja prawna. I tam, gdzie taka była intencja prawodawcy, ona istnieje.

Na przykład jednostki systemu oświaty mają możliwość realizacji jasno określonych zadań za pomocą komunikacji zdalnej, jednak wyłącznie, gdy zachodzą jedne ze ściśle określonych okoliczności. Były też specjalne przepisy na czas pandemii, które już nie obowiązują. Powinno się więc powrócić w pełni do tego, jak egzaminowano przed tym czasem.


Reklama

Problem nie jest nowy. Przeciwny organizowaniu egzaminów klasyfikacyjnych online był jeszcze minister Przemysław Czarnek. Z kolei minister Barbara Nowacka już w lipcu 2024 r. w jednym z wywiadów wskazywała, że według interpretacji MEN zdalne egzaminy są w szkołach niedopuszczalne. Przypomnień w tej kwestii było więcej, dlatego wiele szkół mających pod opieką uczniów w ED, które dotąd organizowały egzaminy zdalne, w tym roku szkolnym odstąpiły już od tej praktyki. Uparcie trzymają się jej już naprawdę nieliczne placówki, w tym mająca najwięcej uczniów w kraju Szkoła w Chmurze.


Reklama

Dlaczego „chmurzanom” zależy na egzaminach zdalnych?

Przeglądając liczne komentarze obrońców dotychczas praktykowanej przez Szkołę w Chmurze (i nie tylko) formy egzaminów, można zauważyć kilka najczęściej się powtarzających argumentów. Po pierwsze, egzaminy stacjonarne to koszty i czas dojazdów, zmęczenie rodziców i uczniów. To, zdaniem komentujących, niepotrzebny stres. A przede wszystkim rodzaj represji ze strony władz. Nie brakuje głosów osób, które wskazują, że forma zdalna jest korzystniejsza dla uczniów z różnego rodzaju chorobami i zaburzeniami. Przyznam, że ten ostatni argument przemawia do mnie jako jedyny i – pod warunkiem rzetelnej weryfikacji okoliczności zdrowotnych – byłbym skłonny tu akceptować pewne wyjątki.

Pozostałe argumenty są jednak dalece przesadzone. Jeśli edukacja domowa zwalnia ucznia (i rodzinę) z trudu codziennego dojazdu do szkoły oraz związanych z tym kosztów, stawienie się w szkole kilka razy w roku celem zdania egzaminu jest naprawdę niewielkim wysiłkiem organizacyjnym w porównaniu do codziennego uczęszczania do szkoły systemowej.

W gąszczu komentarzy nie brakuje też uwag o znikomej wartości merytorycznej: „zgodnie z prawem zdalnie mogą odbywać się np. rozprawy sądowe albo zaliczenia na studiach” (sądy i uczelnie funkcjonują na bazie innego prawa niż szkoły), „na Słowacji chyba od tego roku będzie możliwa matura online” (tak, tylko nie oznacza to pisania jej z domu, a możliwość rozwiązywania na komputerze w szkole), „to się kwalifikuje jako naruszenie zasady równości – egzamin magisterski online – bez problemu, a egzamin w szkole podstawowej ma być stacjonarnie?” (ta zasada nie dotyczy takich aspektów, poza tym uczelnie po COVID odeszły od masowego przeprowadzania egzaminów zdalnie z racji na dużą skalę nadużyć i w efekcie niewiarygodność ocen).

Nie wierzę w rzetelność egzaminów online…

Prowadzący szkoły przyjazne ED przekonują nas często, że zdalne egzaminy służą dobru samych uczniów, a edukacja domowa to zawsze lepszy wybór niż szkoła systemowa. Tymczasem wystarczy przez pewien czas poprzebywać na facebookowych grupach związanych z ED, by dostrzec, że nie brakuje takich rodziców i uczniów, których motywacje są inne, niż wynika to z samej idei homeschoolingu.


Reklama

Po pierwsze, nie ma tygodnia, aby ktoś nie pytał o to, do jakiej szkoły może już teraz przenieść swoje dziecko, które zawaliło chodzenie i naukę w liceum. A słyszał, że w ED się da jakoś jednak ten rok zaliczyć. Nie brakuje wtedy wspierających komentarzy z opisem historii z happy endem, kiedy to rodzice przenieśli dziecko totalnie odpuszczające sobie np. matematykę (i w efekcie zagrożone) do homeschoolingu na dwa miesiące przed końcem roku szkolnego. Po kilku dniach nauki dziecko to zdało egzamin klasyfikacyjny na 4! Na grupie pewnej konkretnej szkoły rodzice i uczniowie wymieniają się nazwiskami nauczycieli, którzy na ustnym nie pytają, a pozwalają omówić temat, jaki uczeń chce sam.

Ponieważ na egzaminy można się zapisać, można też wybrać nauczyciela. Kolejna osoba pyta, czy otrzymany do wypełnienia w domu egzamin pisemny trzeba odesłać od razu, czy można tego samego dnia do północy (odpowiedź: a jakże, można!). Jeszcze ktoś wyjaśnia, jak wygląda egzamin pisemny: pracujesz, robiąc zadania na elektronicznej platformie. Tyle, ile zrobisz, tyle system odznacza, że zrealizowałeś z podstawy programowej. Potem na egzaminie pisemnym losuje z tych rzeczy, które zrobiłeś, pytania. I po wszystkim.

Część pisemna to quiz online na specjalnej platformie. Na przedmiotowych grupach nauczycielskich rozmowy o ED idą jeszcze innym tokiem. Można dorobić, egzaminując uczniów. Ale są specjalne procedury. Poszukiwani są nauczyciele „życzliwi”. Każdy rozumie ten eufemizm. Wielu zapiera się, że nie przyłożyłoby do tego ręki. Są jednak i tacy, którzy to robią.


Reklama

Zajrzyjmy na stronę Szkoły w Chmurze. W sekcji „poznaj naszych uczniów i rodziców” jedna z licealistek „chwali” szkołę: „W Liceum w Chmurze nie marnuję czasu na naukę przedmiotów, które mnie nie interesują (…)” – czyżby egzaminy były aż tak łatwe? Na stronie liceum możemy przeczytać, że jedna z form nauki to hybrydowa. W niej „przedmioty są zaliczane w formie egzaminów online na platformie edukacyjnej". Ciekawe, jak podczas części pisemnej zapewniane są warunki kontrolowanej samodzielności. Kamera? Co to da, skoro nie pokazuje ekranu, a uczeń doskonale wie, jaka część jego przestrzeni nie jest nią objęta.


Reklama

Rzeczywiście, istnieją systemy pozwalające na kontrolę samodzielności podczas zdalnego egzaminu. Jednak minimalny niezbędny zestaw gwarantujący samodzielność egzaminowanego obejmuje wiele elementów: potrzebna jest kamera skierowana na twarz, druga skierowana na biurko, aktywny przez cały czas mikrofon, udostępnianie ekranu, nagrywanie całego przebiegu egzaminu i obecność egzaminatora w czasie rzeczywistym. A nawet gdyby ktoś tak pilnował ucznia podczas egzaminu (co jest raczej nierealne) i zauważył nadużycie, jak miałaby wyglądać interwencja? Tyle pisemny, który pisemnym nie jest. A ustny?

Chmurkopedia podaje, że w klasach 4-8 i w LO uczeń może w ramach egzaminu ustnego opowiedzieć o zagadnieniach, przedstawić projekt albo przeprowadzić dyskusję z egzaminatorem. W przypadku zagadnień są one uczniowi z góry znane. Nauczyciel losuje dwa i uczeń odpowiada. Ale! Już na wstępie może, bez wpływu na ocenę, jedno wymienić na takie, jakie sam wskaże (tzw. koło ratunkowe). Krótko mówiąc, na dzień dobry opracowując tylko jedno z zagadnień ma już możliwość zdania połowy egzaminu, a więc uzyskania oceny pozytywnej.

Co więcej, uczniowie mający orzeczenia, opinie lub wskazania lekarskie mają przywilej dwóch kół ratunkowych. A więc mogą spośród dwóch wylosowanych zagadnień wymienić oba, na takie, jakie chcą. Bez wpływu na ocenę. Nie dość, że uczeń zna pytania obowiązujące na egzaminie. Że jest ich stosunkowo niewiele. To jeszcze może właściwie bez problemu zdać, znając odpowiedź tylko na jedno lub dwa z nich. Projektu czy dyskusji, na wybrany przez ucznia, temat nie ma tu co komentować. To przecież sprytne sposoby na zawężenie zakresu egzaminu tak, aby nie zdać się po prostu nie dało.


Reklama

Spór o formę to tylko pretekst

Jest oczywiste, że szkoła systemowa nie jest wolna od wad, a nadużycia zdarzają się nawet na egzaminach państwowych. Jednak w edukacji domowej uczeń zdaje z każdego przedmiotu tylko jeden egzamin w roku. Jest on więc wyjątkowo istotny i powinien być przeprowadzany w sposób szczególnie rzetelny – tak, by rzeczywiście weryfikował całość wymagań programowych i dawał uczciwą informację zwrotną.


Reklama

Spór o egzaminy zdalne nie dotyczy w istocie technologii ani wygody. Dotyczy tego, czy państwo posiada realne narzędzia weryfikacji realizacji obowiązku szkolnego.

W edukacji domowej stawką nie jest komfort, lecz wiarygodność. Jeśli egzamin staje się formalnością, formalnością staje się także świadectwo. A gdy świadectwo traci znaczenie, traci je również wysiłek tych uczniów, którzy naprawdę pracują.


Reklama

Źródło: Zero.pl
Łukasz Wolański
Łukasz WolańskiDoktor nauk chemicznych, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, członek zespołu ds. praw i obowiązków ucznia przy MEN - autor zewnętrzny