- Ministerstwo Infrastruktury poinformowało o planach wycofania części egzaminu odbywającej się na placu manewrowym.
- To nie znaczy, że place manewrowe znikną ze szkół jazdy – nadal będą potrzebne, tylko w innym celu.
- Nie zazdroszczę kursantom, którzy cały egzamin będą musieli przejechać tylko w ruchu drogowym.
Mój pierwszy egzamin na prawo jazdy w r. 1998 obejmował pełen zestaw manewrów na placu. Nie było mowy o żadnych losowaniach – trzeba było wykonać po kolei jazdę po łuku (jazdę pasem ruchu), parkowanie równoległe tyłem, parkowanie prostopadłe przodem i tyłem oraz ruszanie na wzniesieniu, a i tu mam wrażenie, że jeszcze o jakimś manewrze zapomniałem.
Podczas kolejnych kategorii, które zdawałem, było już o wiele łatwiej, ponieważ system losował manewry i w ten sposób szczęśliwym zrządzeniem uniknąłem nieco przerażającego wjazdu prostopadłego tyłem z przyczepą dla kategorii C+E.
Sam wjazd nie sprawiłby mi żadnych problemów, ale konstrukcja placu manewrowego sprawia, że nie wiadomo, kiedy rozpocząć manewr. Podobnie jest z cofaniem po łuku – tajemnicę poliszynela stanowi, że egzaminatorzy każą jeździć na „kratki ściekowe”. W warszawskim WORD na placu manewrowym znajdują się charakterystyczne kratki.
Wystarczy ustawić przednie koło między nimi i wtedy odległość za samochodem wynosi akurat tyle od tyczki końcowej, żeby manewr „przeszedł”. Nic dziwnego, że ludzie tak robią, ale odbiera to sens manewrom na placu, bo w rzeczywistości takich podpowiedzi nie będzie.
Ministerstwo Infrastruktury: zlikwidujemy część praktyczną egzaminu na placu manewrowym
Podobno w innych krajach Unii Europejskiej, do których jak zwykle się porównujemy, nie ma już tego reliktu, jakim jest część manewrowa. Z jednej strony rozumiem ten zamysł – chodzi o to, by kandydaci na kierowców musieli wykazać się w realnych warunkach ruchu drogowego i nie tracili czasu na powtarzalne, powolne manewry oderwane od rzeczywistości.
Z drugiej – podzielę się pewną obserwacją. Na jeden z moich zeszłorocznych egzaminów przybyłem swoim zwyczajem dużo za wcześnie. Widziałem cztery (!) nieudane podejścia do egzaminu na kategorię B w wykonaniu młodych ludzi, przy czym co najmniej jedna z tych osób próbowała zdać po raz kolejny.
Wszystkie te cztery próby zakończyły się na placu manewrowym – całkowitą porażką zdających, którzy w najmniejszym stopniu nie umieli opanować pojazdu lub wykonać podstawowych zadań. Każda z tych osób przeszła kurs i zdała egzamin teoretyczny, a mimo to nie potrafili nawet dojechać do końca „łuku”, nie mówiąc o parkowaniu. Na egzamin przychodzą więc osoby zupełnie nieprzygotowane, nasuwa się tylko pytanie – po co?
To nie koniec zmian. Pytań egzaminacyjnych będzie mniej
Gdy przygotowywałem się do części teoretycznej egzaminu, znalazłem kilka błędów w bazie pytań. Błędy były ewidentne, prawidłowe odpowiedzi wprost sprzeczne z przepisami – ale wystarczyło się nauczyć, jaka jest właściwa opcja i zdać. Niektórzy jednak się uparli i w zeszłym miesiącu pojawiła się informacja o wykryciu ośmiu błędnych pytań w bazie, co doprowadziło do niezdania egzaminu teoretycznego przez 21 osób.
Ministerstwo ma się skontaktować z poszkodowanymi, ale co dalej – nie podano. Na pewno jednak stanowi to przyczynek do istotnej reformy bazy pytań, zarówno pod względem jej liczebności, jak i sensowności samych zadań. Mają one lepiej odzwierciedlać realne sytuacje w ruchu drogowym i sprawdzać, jak kierowca zachowa się w sytuacji stresowej. Obawiam się jednak, że może to pójść w kierunku zdarzeń niepowiązanych z jazdą samochodem – już w dotychczasowej bazie znajdowało się pytanie o to, co zrobić, gdy ktoś połknie żrącą substancję.
System egzaminowania kierowców w Polsce charakteryzuje bardzo niska zdawalność
Niektóre WORD-y odnotowują zdawalność na poziomie poniżej 30 proc. (Katowice, Koszalin), a te o najwyższej zdawalności ledwo przekraczają 40 proc.
W tej kwestii na tle Unii Europejskiej jawimy się jako kraj nadzwyczaj restrykcyjny, niesłychanie wręcz utrudniający kursantom uzyskanie uprawnień. W Czechach egzamin zdaje 90 proc. kursantów, w Niemczech – ponad trzy czwarte.
Z jakiegoś powodu, kiedy w Polsce mamy wysoki odsetek pojazdów przechodzących badania techniczne, to jest to problem i powinno być więcej wyników negatywnych, a kiedy mamy bardzo niską zdawalność egzaminu na prawo jazdy na tle Unii, to wszystko jest świetnie, bo „powinno być trudno”.
Nie powinno być trudno. To bzdura wyssana z palca
Prowadzenie samochodu to względnie prosta, wyuczalna czynność. Doświadczenia nabiera się wraz z przejechanymi kilometrami i żaden świeżo „upieczony” kierowca po egzaminie nie będzie miał umiejętności kogoś, kto jeździ od 30 lat.
Znaczące utrudnianie dostępu do tej umiejętności sprawia, że dana osoba nie ma się jej jak nauczyć. Likwidacja placu manewrowego niewiele zmienia. To, czego potrzebujemy, to możliwość prowadzenia pojazdu przez osoby od 18. roku życia pod nadzorem doświadczonej osoby, niekoniecznie instruktora. Pod warunkiem oznaczenia samochodu specjalnym znakiem powinna istnieć możliwość, aby osoba bez uprawnień, która wystąpiła o nadanie numeru PKK (profilu kandydata na kierowcę) mogła jeździć samochodem w obecności dorosłego o odpowiednim doświadczeniu.
Jak inaczej nauczyć się danej sztuki niż realnie ją praktykując?

