Telefoniczna Gaduła (90 proc. to panie, tak wynika z moich obserwacji). Dziesięć minut wspólnej podróży i wiesz o niej wszystko. Dlaczego już nie kocha Marka, ile zapłaciła za najdroższą torebkę w życiu i co sądzi o Tusku. Słuchając tego trajkotania, najpierw dziękujesz Bogu, że los połączył Was na kwadrans, a nie na trasę Gdańsk-Kraków. Następnie zastanawiasz się, czy gadule wydaje się, że mówi półszeptem, dlatego zdradza wszystkie szczegóły swojego życia z taką łatwością, czy po prostu osiągnęła ten niesamowity stan zen, w którym ma kompletnie wywalone na to, co współpasażerowie o niej myślą. Druga opcja budzi twój olbrzymi szacunek, druga opcja sprawia, że gaduła zaczyna ci się kojarzyć z mnichem z klasztoru Shaolin. Tyle że zamiast medytacji praktykuje publiczne pranie brudów.
Prepper (100 proc. to panowie). Nie uznaje czegoś takiego jak modowe kompromisy. Choćby słońce przygrzało jak w Omanie w środku lata, choćby zima była ostrzejsza niż na Syberii, zawsze będzie ubrany tak samo: spodnie moro, obcisły t-shirt, kurtka w kolorze zgniłej zieleni, wojskowy plecak i okulary przeciwsłoneczne, przez które nieustanne świdruje rzeczywistość. Gdyby w trakcie jazdy na trasie Warszawa Okęcie-Nowa Iwiczna doszło nagle do czegoś na kształt Apokalipsy, on jest na nią gotów. Wyskoczy z pędzącego wagonu, wbiegnie do lasu i przetrwa tam tyle, ile będzie trzeba, nawet jeśli w międzyczasie przyjdzie mu się mierzyć z zombiakami, szabrownikami i – co najgorsze! – z ludźmi, którzy nie mają pojęcia, jak rozpalić ogień bez zapalniczki.
W jego spojrzeniu, jeśli w końcu zdejmie okulary, dostrzeżesz jednocześnie pogardę i misję. Pogardę dla tego, jakim jesteś mięczakiem, misję – wobec świata, który trzeba będzie odbudować po tym, jak spłonie.
Widz (40 proc. panie, 60 proc. panowie). Patrzy w telefon z tak nabożnym skupieniem, że od ekranu nie oderwałaby go nawet wspomniana wyżej Apokalipsa. Przez całą wspólną podróż zżera cię ciekawość, co aż tak bardzo go zajmuje. Oczywiście, masz swoje typy – zakładasz, iż ogląda jakiś frapujący wykład filozofa Leszka Kołakowskiego na temat sensu życia lub orędzie prezydenta, o którym sam zapomniałeś. Gdy wysiadasz, łypiesz więc Widzowi przez ramię, karcąc się jednocześnie w duchu za to, że naruszasz jego intymną relację z komórką. I tu czeka cię bolesne zaskoczenie, pomieszane zazwyczaj z niedowierzaniem. Okazuje się, że twój współpasażer odłożył wszelkie intelektualne wyzwania na bliżej nieokreśloną przyszłość i zerka na story Dzikiego Trenera, tik toka Lil Masti lub po prostu na zabawne filmiki z kotkami.
Smakosz (95 proc. panowie). Kolejkę traktuje jakby w całości była jego prywatnym Warsem. Nie zamierza w nim jednak konsumować wysublimowanych, restauracyjnych dań. Jego gust jest zdecydowanie bardziej plebejski, dlatego do wagonu wkracza z napoczętym już giga-kebabem i jasnym celem: pochłonąć go w całości, zanim wysiądzie. W efekcie wiosłuje naprawdę szybko, nie przejmując się ani spływającymi po ubraniu sosami, ani tym, że w przypływie gastronomicznego szaleństwa może ubabrać nimi innych. Jest w tej postaci coś z człowieka pierwotnego – on nie je, on realizuje plan przetrwania. Patrząc z boku, dochodzisz do wniosku, że doskonale uzupełniłby się z Prepperem. Po Wielkiej Zagładzie survivaloviec chroniłby osady przed intruzami, a Smakosz – niestrudzenie polował na potencjalny wkład do kebsa z mieszanym-mieszanym.
Kierowca roweru (95 proc. panowie). Do stacji PKP ma z domu całe 600 m, więc wiadomo, że by przebyć ten kosmiczny dystans, musi zabrać ze sobą jednoślad. Szczególnie że potem trzeba przejechać kolejne pół kilometra do pracy, no a po robocie – przebyć tę szaleńczą drogę raz jeszcze.
I tu trzeba rozróżnić dwie podkategorie: pierwszą stanowią ci rowerzyści, którzy są nieco zawstydzeni: swoim lenistwem i tym, że zajmują ze sprzętem bezcenne w godzinach szczytu miejsce. Tych delikwentów można jeszcze rozgrzeszyć: co prawda podróżują na tarczy, ale jednak z klasą, okazując elementarną godność człowieka pokonanego przez przeciwności losu.
Druga grupa jest o niebo gorsza, druga grupa to goście, którzy pysznią się swoim rowerem, jakby był dokładnie tym modelem, na którym Tadej Pogačar wygrał Tour de France. W związku z tym nawet jeśli ścisk w wagonie jest nieziemski, niech Bóg cię broni przed muśnięciem tego cudeńka. Minimalne draśnięcie może skutkować tym, że dowiesz się, czyim jesteś synem, a jak będziesz miał pecha, sprawy potoczą się jeszcze mniej korzystnie: obudzisz w tym samozwańczym kolarzu przedstawiciela innego sportu, mianowicie pięściarstwa.
Słuchacz (40 proc. pań, 60 proc. panów). Niby wszystko jest w porządku, niby ma na uszach słuchawki, a w nich — swój osobny świat. Niestety, ich szczelność jest równie wątpliwa jak jego gust muzyczny. Umcyk-umcyk rozchodzi się więc po wagonie jak zaraza. Po kilku minutach tego akustycznego terroru zapominasz, że jedziesz kolejką podmiejską. Zaczyna ci się zdawać, że jest początek lat dwutysięcznych, a ty znalazłeś się jakimś nieszczęśliwym zrządzeniem losu w Energy 2000 w Przytkowicach. Po rozstaniu ze słuchaczem dzwoni ci w uszach godzinami. To jeszcze dałoby się jakoś znieść. Gorsze jest co innego: łapiesz się na tym, że ta jego straszna nuta została z tobą i że podśpiewujesz ją potem przez pół dnia.
Człowiek-rezerwacja (90 proc. panowie, 10 proc. panie). W życiu nie boi się kolejnej pandemii czy poważnej choroby, tak naprawdę przeraża go coś zupełnie innego – drugi podróżny, który usiądzie na fotelu obok. Żeby nie dopuścić do tej straszliwej sytuacji, rozkłada na nim cały swój dobytek: plecak, zakupy, kurtkę, czasem jeszcze szalik. Zachowuje się, jakby spełniał właśnie marzenie, by z samych części garderoby stworzyć skuteczną zaporę przeciwko ludzkości.
Dopóki kolejka nie jest zatłoczona, trwa w tym systemie obronnym, dumny i niewzruszony. Wesoło robi się wtedy, gdy skład zapełnia się po kokardę i jednak trzeba zwolnić miejsce, wtedy zaczyna się spektakl obrażonej duszy. Człowiek-rezerwacja prycha, stęka, przewraca oczami i z miną cierpiętnika zbiera swoje rzeczy, jakby spotkała go właśnie osobista tragedia, a może i mała dziejowa niesprawiedliwość. Zamiast współpasażera siedzi wtedy obok Ciebie wyrzut sumienia. Twój.
***
Oczywiście wszyscy ci ludzie są opisani z przymrużeniem oka, są też nieco przejaskrawieni, na potrzeby tego felietonu. Naturalnie zdaje sobie też sprawę, że najdziwniej w całym wagonie mogę wyglądać dla nich ja.
Oto bowiem dostrzegają człowieka ubranego nieco za elegancko jak na podmiejską podróż (zazwyczaj koszula i marynarka), oto bowiem widzą gościa w średnim wieku, który zamiast czytać książkę, robi notatki na jej marginesach (okropna cecha, wiem, ale pomysł trzeba czasem natychmiast zapisać). Oto bowiem patrzą na faceta, który zerka innym przez ramię zaciekawiony, co oglądają, chichra się pod nosem, podsłuchując cudze rozmowy, taksuje współpasażerów wzrokiem, by zapamiętać szczegóły ubioru, lub patrzy z nieukrywanym niesmakiem na ich muzyczne i konsumpcyjne wybory.
Oho, właśnie stworzyła się tu ósma kategoria: podglądacz!

