Reklama
Kultura

Ty portfel we mnie masz. „Toy Story 5” rozbija bank, ale czy podbija serce?

Ilekroć kowboj Chudy stuka ostrogą, gdzieś na świecie uśmiecha się dziecko, a w kinowej kasie pojawia się jeden tłusty dolar. Za sprawą „Toy Story 5” dolarów nazbierało się już tyle, że można za nie kupić wszystkie zabawki świata. Pytanie tylko, czy poza słodką nostalgią seria ma jeszcze coś do zaoferowania?

Michał Walkiewicz
Opinia autorstwa: Michał Walkiewicz
Wczoraj 20:11
7 min
Kowboj Chudy i Buzz Astral wracają jako bohaterowie (drugoplanowi) w filmie „Toy Story 5”, reż. Andrew Stanton, prod. Disney/Pixar, 2026 r. (fot. mat.prasowe)

Pamiętacie Rexa, wyszczerzonego w niewinnym uśmiechu tyranozaura z kompleksem niższości? „Jestem z Mattela – przekonywał, spytany o swoje pochodzenie. – No może nie do końca z Mattela, tylko z mniejszej firmy przejętej w ramach wykupu lewarowanego”. 

Cóż za fantastyczna lekcja korporacyjnej logiki! Oto plastikowy dinozaur, totem pokoleniowego snu o idealnym dzieciństwie, staje się narzędziem kapitalizowania nostalgii w rękach największego gracza na rynku. Przy okazji to również metafora sytuacji studia Pixar, odpowiedzialnego za serię „Toy Story”. Na długo zanim przeszło ono z rąk Steve’a Jobsa pod banderę żarłocznego Disneya, było niewielką dywizją w komputerowym dziale Lucasfilmu.

„To mały krok dla chłopa, ale wielki dla szlachty”. Wraca 3. sezon „1670”

Dziś, gdy megakorporacja zajęta jest przede wszystkim uśmiercaniem kultowych marek (od „Gwiezdnych wojen”, przez superherosów Marvela, po „Obcego”), zabaweczki z „Toy Story” wyciągają ją za uszy z bagna. Pozostają dowodem na to, że nawet w salce konferencyjnej i z kalkulatorem w dłoni da się wymyślić niegłupią rozrywkę dla widzów od lat pięciu do stu pięciu. Cóż z tego, że najlepsze historie o kowboju Chudym i astronaucie Buzzie opowiedziano już dawno temu? 

Reklama
Reklama

Ja nie płaczę, ty płaczesz

Palec pod budkę, jeśli są tu jacyś milenialsi. Od premiery kultowego „Toy Story” do dziś upłynęło więcej czasu niż od premiery „Czterech pancernych i psa” do dziewiczego pokazu „Toy Story”. To istotna wiadomość oraz ważna perspektywa. Po pierwsze – jesteśmy starzy. Po drugie – na tyle starzy, by arcydzieła Pixara zdążyły opowiedzieć nasze życie.  

Grafika promocyjna z okazji 20-lecia serii „Toy Story”, prod. Disney/Pixar (fot. materiały prasowe)

Triumf pierwszego filmu polegał nie tylko na tym, że na dwie godziny przenosił nas do ulotnej krainy dzieciństwa. To potrafi każda przyzwoicie napisana historia, w której zgadzają się proporcje humoru, dramatu, akcji oraz celnych spostrzeżeń. Ciężar takich podróży dźwiga wyłącznie nasza pamięć. Mamy w niej specjalne pudełko na magdalenki – wspomnienia zapachów, smaków i faktur, ale też stanów niepewności, ekscytacji i lęku. 

„Toy Story” osiągnęło znacznie większy sukces, ponieważ w pewnym sensie uruchomiło nasz proces dorastania na nowo. Na przestrzeni kolejnych części dojrzewaliśmy razem z bohaterami, powtarzając najważniejsze kroki z własnego dzieciństwa. Poznaliśmy znaczenie przyjaźni, gdy w finale pierwszego filmu Chudy i Buzz wreszcie zbili piątkę. Zrozumieliśmy, że świat to skomplikowane miejsce, gdy wzruszająca piosenka Sary McLachlan „When She Loved Me” odsłoniła smutną przeszłość kowbojki Jessie. I że lepszego miejsca nie będzie, czego nauczyły nas kolejne świadectwa wiary w ludzkich bohaterów.  

Reklama
Reklama

Gdy w kameralnym finale „Toy Story 3” przyszedł czas pożegnania z zabawkami, ryczeliśmy jak bobry. Często z własnymi dziećmi u boku. Dla wielu z nas było to zresztą jedno z pierwszych międzypokoleniowych doświadczeń w kinowej sali. Ja płakałem na „Toy Story”. A wy? 

Dlaczego wciąż gramy w Heroes III? Fenomen gry, która po 25 latach rozpala serca Polaków

Strzeż się niebieskiego światła 

Problem nowych części, zarówno czwartej, jak i goszczącej właśnie na ekranach „piątki”, polega na tym, że ta najważniejsza opowieść – o zabawkach jako uniwersalnym mierniku człowieczeństwa – dawno dobiegła końca. Scenarzystom zostaje już tylko bicie piany, żonglerka wyeksploatowanymi tematami i ustawianie plastikowych bohaterów na przetartych szlakach. Dzieciakom, zwłaszcza tym najmłodszym, nie robi to większej różnicy. Rodziców tymczasem zamienia w zagwozdkę dla marketingowców, czego efektem jest w „Toy Story 5” najbardziej publicystyczna z dotychczasowych fabuł.  

Oto znana z poprzednich części, rezolutna ośmiolatka Bonnie, wpada w sidła nowoczesnej technologii. Jej najnowszy gadżet, supernowoczesny tablet w kształcie uśmiechniętej żabki, zawłaszcza całą uwagę dziewczynki. Niebieskie światło zalewa pokój, tradycyjne zabawki trafiają do pawlacza, rodzice idą na fajrant. Tak dalej być nie może – a przynajmniej nie na warcie szeryfki Jessie, która przejęła od Chudego rolę głównej bohaterki filmu. 

Reklama
Reklama

Żabka wkrada się w łaski Bonnie obietnicą świata na wyciągniecie ręki. Służy do nauki, zabawy i jest wentylem bezpieczeństwa w cichym konflikcie z rówieśnikami. Oczywiście, sprawy szybko przybierają nieciekawy obrót. Jak nietrudno się domyślić, cyfrowy raj to również piekło cyberprzemocy i alienacji oraz królestwo nieosiągalnych wzorców. 

 

Choć twórcy podejmują delikatny temat dziecięcej psychiki z wyczuciem i subtelnością, trudno oprzeć się wrażeniu, że są w swoich refleksjach spóźnieni przynajmniej o dekadę. Jeśli już bierzemy się za bary ze współczesnością, to przedmiotem krytyki nie powinna być tu rzeczywistość opleciona światłowodami, tylko ta opanowana przez AI. Nie chcę czynić z tego poważnego zarzutu, zaznaczam jedynie, że podobny rodzaj interwencyjnej narracji pasuje do „Toy Story” jak pięść do nosa.  

Reklama
Reklama

W swoich najlepszych momentach film jest opowieścią o fantazjowaniu, o zakorzenionej w nas głęboko potrzebie tworzenia fikcji – uczymy się tej sztuki jako dzieci po to, by pozwoliła nam przetrwać dorosłość. W najgorszych sprowadza się do połajanki, której celem są rodzice oraz do umoralniającej czytanki o zagrożeniach w sieci. I znów, rozumiem ten wątek, lecz mam spore wątpliwości, czy nie wysysa powietrza z uniwersalnej opowieści o przyjaźni, tolerancji i potrzebie bliskości. 

Oczywiście to wciąż „Toy Story”, a nie Stanisław Lem, więc narracja o „świetlistym awersie i mrocznym rewersie” technologii jest tu podporządkowana spektaklowi. A ponieważ komedię, dramat i kino przygodowe znów odmierzono z aptekarską precyzją, całość ogląda się bez bólu zębów. Tempo jest równe, gagi sytuacyjne i żarty słowne działają bez zarzutu, gwiazdy pocą się w budkach dubbingowych, a rakiety, jak to rakiety, wybuchają. 

Po zaledwie tygodniu wyświetlania film zarobił w światowych kinach blisko 330 mln dol. Uwzględniając kilka rekordów box-office’u na amerykańskiej ziemi (m.in. dla drugiego najlepszego otwarcia filmu animowanego w historii) oznacza to prognozę powyżej miliarda dolarów. To fantastyczna wiadomość dla kiniarzy i jeszcze lepsza dla serii „Toy Story”. Ale czy dobra dla widzów? 

„Ojczyzna” na ekranach, „Lato miłości” w sercu. Jednego Pawlikowskiego doceniam, za drugim tęsknię

Reklama
Reklama

Fakt, iż studio Pixar, nawet w czasach delikatnej zadyszki, jest w stanie stworzyć film, który nie zanudzi dzieciaków i nie obrazi inteligencji dorosłych, świadczy o twórcach „Toy Story 5” jak najlepiej. Trzeba jednak pamiętać, że mówimy o korporacyjnym układzie, w którym granica pomiędzy miłością do serii a cyniczną eksploatacją marki jest wyjątkowo cienka. Czasem wyznacza ją jeden film – całkiem niezły, tyle że lekko spóźniony i nieco odtwórczy. 

Przykład ostatnich części „Parku jurajskiego” dowodzi zresztą, że postępująca artystyczna zapaść popularnego cyklu może iść w parze z jego spektakularnym finansowym sukcesem. Nie ma tu wielkiej filozofii. Ludzie najzwyczajniej w świecie kochają dinozaury. I te cyfrowe, i te z plastiku. 

Źródło: Zero.pl
Michał Walkiewicz
Michał WalkiewiczDziennikarz