Kraj

Proste życie stało się luksusem dla bogaczy

Henry David Thoreau w połowie XIX wieku wycofał się ze świata, by sprawdzić czy można żyć świadomie, poza logiką pracy, przyspieszenia i społecznego przymusu. Jego eksperyment dziś rezonuje z diagnozą świata przeciążonego bodźcami. A życie proste, którego piewcą był Thoreau, stało się luksusem dla bogaczy.

Marcin Darmas
Opinia autorstwa: Marcin Darmas
Dzisiaj 05:58
13 min
Życie proste stało się luksusem dla bogaczy. (fot. Natalia Olak)
TYLKO NA

W 1845 r. Henry David Thoreau, myśliciel związany z kręgiem amerykańskich transcendentalistów, postanowił żyć z własnymi przekonaniami. Jego credo brzmiało następująco: „Zamieszkałem w lesie, albowiem chciałem żyć świadomie, stawać w życiu wyłącznie przed najbardziej ważkimi kwestiami, przekonać się, czy potrafię przyswoić sobie to, czego może mnie życie nauczyć, abym w godzinie śmierci nie odkrył, że nie żyłem”.

A więc bez wykrętów usprawiedliwienia, z dala od gwaru miast, ludzi wyssanych pracą, daleko od mizernych odczuwań między tyraniem od bladego świtu, miską i warowania przy nawarstwiających się oczekiwaniach państw-mrowisk i społecznych tyraniach, Thoreau przesiedział w swojej leśnej samotni, nad jeziorem Walden, dwa lata.  

Przez niemal rok potrafił utrzymać się za sumę nieprzekraczającą sześćdziesięciu dwóch dolarów, wliczając w to nawet koszty materiałów potrzebnych do budowy domu. Samotna chatka nad Walden miała zaledwie trzynaście i pół metra kwadratowego, około trzech metrów szerokości, cztery i pół długości i dwa i pół wysokości.

To właśnie w tej ograniczonej przestrzeni organizował własny świat duchowy i intelektualny. Nie otaczał się stosami uczonych traktatów ani książkami poświęconymi retoryce czy dialektyce. Zamiast tego wybierał lektury bliższe naturze i historii. W Walden sięgał po Homera, Tacyta, opracowania botaniczne, atlas angielskich motyli oraz podręczniki topograficzne.

Reklama
Reklama

Festiwal w Cannes: Widzieliśmy „Ojczyznę” Pawła Pawlikowskiego. Lepsza niż „Ida” i „Zimna wojna”?

Bunt wobec industrialnej Ameryki XIX wieku

Nic nie wskazywało, że Thoreau był zatruty trucizną ucieczki. Był przecież świetnie zapowiadającym się myślicielem, skończył prestiżowy Harvard i długo nauczał w Concord. Podróżował także po Stanach Zjednoczonych i przyjaźnił się z luminarzami amerykańskiej filozofii z Ralphem W. Emersonem na czele. Świat stał przed nim otworem.

Niemniej po kilku miesiącach bytności na State Island oraz w Nowym Jorku zawyrokował lapidarnie: „im lepiej poznaję miasto, tym mniej mi się podoba”.

Na jego decyzję, prócz osobistych przekonań, z pewnością wpłynął oszalały rozwój przemysłowy Ameryki połowy XIX wieku. Z niemałym przerażeniem dostrzegał Thoreau pęd ku coraz wydajniejszej produkcji, kolej żelazną oraz telegraf: „bardzo nam śpieszno konstruować telegraf magnetyczny z Maine do Teksasu – dziwił się Thoreau – może atoli Maine i Teksas nie mają sobie nic do powiedzenia”.  

Reklama
Reklama

Trudno byłoby powiedzieć, że Henry David Thoreau odwracał się od świata i ludzi z niechęcią albo pogardą. Nie był mizantropem, którego drażniła każda ludzka słabość czy obecność drugiego człowieka. Przeciwnie – potrafił okazywać innym dużo cierpliwości, serdeczności i wyrozumiałości. Chętnie pomagał przy pracy w gospodarstwach, uczestniczył w żniwach i nigdy nie uchylał się od wysiłku na rzecz wspólnoty okalającej Walden. Po skończonej pracy siadał do stołu razem z farmerami, kowalami czy szewcami, choć jednocześnie najlepiej czuł się wtedy, gdy mógł pozostać sam ze sobą i naturą.

Jak sam przyznawał w dziele „Walden, czyli życie w lesie”, największą przyjemność sprawiały mu proste posiłki spożywane w samotności, często na gołej ziemi, w otoczeniu lasu i ciszy. Za codzienny posiłek wystarczały mu owoce zebrane po drodze – kilka jagód albo garść borówek. Pisał: „gotowałem na ziemi przed domem, wcześnie rano, który to sposób nadal uważam za wygodniejszy pod wieloma względami niż ten na ogół praktykowany. Jeżeli zrywała się burza, zanim upiekłem chleb, nad ogniskiem stawiałem daszek z desek i siadałem tam, aby pilnować bochenka. Spędzałem w ten sposób kilka przyjemnych godzin”.

Nieposłuszeństwo obywatelskie jako filozofia sprzeciwu

Choć nie stronił od ludzi, bardzo cenił samotność i spokój – rzadko wystawiał peryskop nosa ze swojej Waldenowskiej samotni. Najpełniej odnajdywał siebie z dala od miejskich plotek i codziennych rozmów, które szybko go nużyły. Kiedy czuł przesyt obecnością innych, oddalał się jeszcze bardziej od znanych sobie miejsc, szukając ciszy pośród dzikiej przyrody.

Jak zanotował: „czasami, gdy odczuwałem przesyt towarzystwem ludzi i plotkami oraz zmęczenie wszystkimi znajomymi w miasteczku – pisał – wędrowałem jeszcze dalej na zachód, aniżeli normalnie przebywam, w bardziej odludną okolicę, ku świeżym lasom, nowym pastwiskom”.

Reklama
Reklama

W 1846 r. Henry David Thoreau wybrał się do znajomego szewca po odbiór butów. Ta z pozoru zwyczajna droga zakończyła się jednak zatrzymaniem i nocą spędzoną w areszcie. Powód był prosty: odmówił płacenia podatków państwu, które, jak uważał, prowadziło niesprawiedliwą i zbrodniczą wojnę przeciwko Meksykowi. Nie chciał uczestniczyć, nawet pośrednio, w machinie przemocy. Wolał zamienić swoją drewnianą chatkę na więzienną celę niż zgodzić się na moralny kompromis.

To krótkie doświadczenie okazało się dla Thoreau momentem przełomowym. Właśnie wtedy narodził się zamysł eseju o „nieposłuszeństwie obywatelskim” – tekstu, który z czasem stał się jednym z najważniejszych manifestów nowoczesnej myśli politycznej i etycznej.

U podstaw jego myślenia leżało przekonanie, że sumienie jednostki stoi wyżej niż prawo ustanowione przez państwo. Człowiek nie powinien być posłusznym trybikiem administracyjnej maszyny, jeśli maszyna ta produkuje niesprawiedliwość.

Minister ogłasza pożegnanie z latami 90. Nowa opłata staje się faktem

Reklama
Reklama

Homo fatigatus Paula Klotza

Co ciekawe esej o „nieposłuszeństwie obywatelskim” przykrył bukoliczną pochwałę życia Thoreau wśród zagajników, zieleńców i jarów. Niemniej są to dzieła komplementarne, stanowią spójny corpus Thoreauwskiego systemu myśli. Jego dokonania odegrały dość istotną rolę w formowaniu hippisowskiego pokolenia „dzieci kwiatów”, ekologii, był również inspiratorem dla Ghandiego i Martina Luthera Kinga.

Jego wizja świata prostego wśród drzew, z wytworów pracy własnych rąk, staje się znów aktualne. W trudnym do pokonania zakręcie myśli, „życie proste” Thoreau stało się w naszych czasach luksusem, można rzec, snobizmem dla bogaczy.

Wydany ostatnio esej Paula Klotza „Przeciw brutalizacji naszych istnień”, co prawda, nie wprost, ale jest podobnym do Thoreau krzykiem na rzecz powrotu do świata prostego, do wrażliwości dla otoczenia.

Jak pisze Klotz, śpiew ptaków, zapach wilgotnego lasu, wieczorne światło osiadające na ścianach czy ciepło cudzego dotyku albo oddech otwartej przestrzeni – to właśnie z takich drobnych doznań utkane są nasze samopoczucie, sposób myślenia i relacja ze światem.

Reklama
Reklama

Zmysły nie są jedynie narzędziami odbioru rzeczywistości; to one nadają rytm naszej psychice, organizują pamięć, uczą czułości wobec życia i współtworzą porządek całego społeczeństwa.

A jednak współczesność w objęciach nowinek technologicznych coraz brutalniej je kaleczy. Żyjemy bowiem, poucza Klotz, pośród niestannego szturmu bodźców. Hałas miast, maszyn i ekranów nie pozostawia ciszy, która pozwalałaby człowiekowi odpocząć od samego siebie. Sztuczne światło wymazuje noc – odbiera ciemność, gwiazdy i poczucie kosmicznego oddalenia. Powietrze przesycone chemicznymi woniami wystawia nasz węch na nieustanną próbę, aż prawdziwe zapachy ziemi, drewna czy deszczu stają się czymś niemal egzotycznym.

Także dotyk zanika. Dłonie coraz rzadziej spotykają drugiego człowieka; częściej stukają, głaszczą, skrolują szkło ekranów, muskają bezcielesną rzeczywistość. Zmysł smaku również został zubożony – żywność wysokoprzetworzona zastępuje naturalne aromaty syntetycznymi imitacjami, które bardziej oszukują i uzależniają, niż karmią.

„Żyjemy dziś pod panowaniem wyczerpania”, przestrzega Klotz. „Staliśmy się, każdy na swój sposób, Homo fatigatus (z franc. fatiger, czyli zmęczenie – red.); ludźmi zmęczonymi samą formą współczesnego życia. Nasza codzienność, zamiast przynosić ukojenie, coraz częściej działa jak mechanizm niestannego przeciążenia. Tempo, nadmiar bodźców, przymus dostępności i ciągłego reagowania sprawiają, że egzystencja przypomina bardziej długotrwały stan alarmowy niż naturalny rytm ludzkiego istnienia”.

Reklama
Reklama

Według francuskiego myśliciela permanentne zmęczenie zawiera istotny kęs naszych czasów, stało się ich dystynktywną manifestacją. Przyczyniają się do owego stanu coraz bardziej brutalne czynniki zewnętrzne: hałas, agresywnie podana informacja, sztuczne światło telefonów, padów i komputerów. Klotz dostrzega ponadto, że polityka niemal nie dostrzega „cichego kryzysu wyczerpania”, jakby zmęczenie milionów ludzi było jedynie prywatną słabością, a nie jednym z fundamentalnych doświadczeń współczesności.

Przeciętny dzień Homo fatigusa płynie falami powracającego niepokoju, którego nie sposób zatrzymać. Wszystko rozgrywa się w rytmie łagodnie wypowiadanych poleceń przełożonych, rwanych rozmów i ostrych dźwięków telefonów komórkowych rozcinających przestrzeń biura jak alarm.

W popularnych open space’ach biurka stoją jedno przy drugim, oddzielone od siebie ledwie cienką granicą pozornej prywatności. Z ulicy dochodzą klaksony aut, metaliczny zgiełk miasta, który wtłacza się do środka szklanych biurowców przez szczelnie zamknięte okna. Współczesny człowiek pracuje więc nie tylko pod presją obowiązków zawodowych, ale także w nieustannym oblężeniu dźwięków i cudzych interferencji.

Jak pisze Klotz, przerwa na fizjologiczne potrzeby stały się jedynym interludium w gąszczu rozpraszaczy. „Te kilka minut spędzonych w zamkniętej kabinie staje się czymś w rodzaju prowizorycznego schronienia, małym azylem wyjętym spod tyranii rozmów, ekranów i poleceń. W świecie nieustannego hałasu nawet samotność w biurowej toalecie zaczyna przypominać luksus”.

Reklama
Reklama

Zmorą duszącą współczesnego Homo fatigatusa jest zatem zmęczenie powodujące coraz większe zobojętnienie na otoczenie. W paroksyzmach zagadnienia dostrzegamy, że ekrany zastępują nam przyrodę, a sztuczne inteligencje zwykłą rozmowę żywym człowiekiem. Warujemy przy telefonach i czuwamy przy komunikatorach, coraz bardziej uzależnieni od ich obecności.

Inny myśliciel czasów współczesnych, Eric Sadin, uważa na stronach „Życia spektralnego”, że coraz mniej będziemy obsługiwani przez współczesne technologie. Stanie się w niedalekiej przyszłości odwrotnie, to homo sapiens będzie służyć nowoczesnym maszynom. Niczym w filmie „Matrix” staniemy się nie tylko służącymi maszyn, ale ich bateriami.

Póki co, Homo fatigatus staje coraz bardziej uzależniony od „odrealnionej” komunikacji, młodzież nałogowo skroluje. Tłuką się echa „wojen opiumowych”, gdy Wielka Brytania pokonała Chiny dzięki naturalnemu narkotykowi. Dziś – o! ironio – Chiny, na mocy tego samego mechanizmu, masowo odurzają zachodnią młodzież bezkosztowym narkotykiem: rolkami z Tik-Toka.

Młody reprezentant Zachodu zanurza się w ekranie telefonu, żeby zbiec – przed oskarżycielskimi spojrzeniami, mdlącymi zapachami, dźwiękami przeszywającymi bębenki uszne, przed byle jakim jedzeniem i długimi godzinami spędzonymi w pozycji, która w perspektywie rozłożonej na lata, niczym nomen omen chińska tortura, łamie kręgosłup i powoli wykoślawia ciała.

Reklama
Reklama

Smatfon staje się dla niego nie tyle narzędziem, ile zasłoną oddzielającą od świata, prowizorycznym schronieniem przed nadmiarem bodźców i cudzej obecności.

Klotz przywołuje porażające dane. W 2019 r. dwie trzecie Francuzów w wieku 12-18 lat deklarowało ciągłe słuchanie muzyki z jedną słuchawką w uchu. Wśród nich aż 65 proc. potrafiło z słuchawką jednocześnie prowadzić rozmowę, 38, 5 proc. podczas odrabiania zadań domowych, a 17 proc. w salach lekcyjnych.

Inne badanie, tym razem brytyjskie, dowiodło, iż dom stał się warownią, którą coraz rzadziej opuszczamy. W 1926 r. pradziadek spacerował wokół własnego domostwa w promieniu dziesięciu kilometrów, w 1950 r. dziadek zminimalizował ten obszar do 1,6 kilometra, a dzisiejszy Brytyjczyk nie przekracza… 300 metrów od własnego domu.

To unieruchomienie współczesnego życia jest skutkiem głębokiej przemiany cywilizacyjnej: przejścia od świata pracy fizycznej i gospodarki opartej na rytmie natury do gospodarki usług, ekranów i wygody.

Reklama
Reklama

Kapitalizm uwagi, technologia i utrata doświadczenia świata

Reklamy nieustannie zachęcają, by nie wychodzić z domu: zamówić jedzenie przez aplikację. Podobnie działają platformy streamingowe. Projektowane są tak, aby najdłużej trzymać człowieka w bezruchu. Automatyczne odtwarzanie kolejnych odcinków czy algorytmy podsycające uwagę – wszystko to tworzy środowisko, w którym ciało ma pozostawać pasywne, zaś umysł pobudzony.

Homo fatigatus przestaje postrzegać własne ciało jako miejsce spokojnego kontaktu z rzeczywistością. Nie widzi już w nim źródła doświadczenia ani mostu łączącego go ze światem. Ciało staje się jedynie mechanizmem do utrzymania przy życiu, funkcjonalną konstrukcją mającą znosić zmęczenie, napięcie i przykre obowiązki. Rzeczywistość nie wydaje mu się czymś, czego warto doświadczać zmysłami. Przeciwnie, coraz częściej jawi się jako agresywna, męcząca i obca.

Wraz z brutalnością otoczenia, pisze Klotz, rośnie obojętność wobec własnej cielesności. Ciało staje się pojemnikiem na lęki, frustracje i psychiczne przeciążenia współczesnego reprezentanta Zachodu.

Istotą współczesnego kapitalizmu, rozumianego nie tylko jako system gospodarczy, lecz także jako porządek wartości i organizowania życia, jest podporządkowanie ludzkich doświadczeń logice wydajności i zysku. To, co człowiek widzi, słyszy, dotyka czy smakuje, coraz rzadziej istnieje samo dla siebie. Każde doświadczenie ma dziś generować uwagę, pobudzenie. W tej logice kontemplacja jest ekonomicznie bezużyteczna.

Reklama
Reklama

Są dziś miejsca, w których morze można zobaczyć za opłatą. Panoramy miast, zachodów słońca coraz częściej stają się przywilejem zarezerwowanym dla klientów luksusowych hoteli i rooftopów zawieszonych ponad codziennością szaraków.

Nawet doświadczenie przestrzeni i piękna podlega stopniowej selekcji ekonomicznej. To, co kiedyś należało do wspólnego świata, zostaje oddzielone barierą ceny. Ścieżki, wybrzeża, leśne obrzeża, zdrowa żywność niegdyś dostępne dla wszystkich stopniowo ulegają ukrytej prywatyzacji. Nierówności społeczne przenikają coraz głębiej do samego doświadczenia życia. Nie dotyczą już wyłączenie majątku czy prestiżu, a także prawa do ciszy, krajobrazu czy ruchu.

Thoreau zaczynał od przekonania, że prostota i cisza są dostępne każdemu, kto zechce zrezygnować z nadmiaru. Dziś ta intuicja brzmi coraz bardziej gorzko. Spokój, brak bodźców, kontakt z naturą i możliwość życia w rytmie własnego ciała przestają być wyborem – stają się luksusem.

To, co dla Thoreau było eksperymentem wolności, we współczesnym świecie coraz częściej okazuje się przywilejem tych, których stać na odłączenie się od reszty.

 

Źródło: Zero.pl
Marcin Darmas
Marcin DarmasDziennikarz