„Czas studzi. Czas rozjaśnia. Żaden nastrój nie zdoła trwać nieodmiennie w ciągu długich godzin” – pisał w „Czarodziejskiej górze” Thomas Mann. I jest to zdanie tak dobrze wyrażające artystyczną logikę Pawła Pawlikowskiego, że powinien wygrawerować je sobie na Oscarze.
82 minuty. Tyle czasu potrzebuje polski reżyser, by w historii Manna, noblisty oraz jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, dostrzec opowieść o tożsamości powojennych Niemiec oraz rozoranej wojną Europy. Dajcie sobie chwilę na przyswojenie tej informacji: 82 minuty. Z napisami.
Pawlikowski: Greatest Hits
Startująca w canneńskim konkursie „Ojczyzna” wygląda, brzmi i wsącza się pod powieki w ten sam sposób, co „Ida” oraz „Zimna wojna”. Czarno-biała taśma, wąski i „duszny” format obrazu, ludzie zmieleni w trybach historii, namiętności pulsujące pod cieniutką membraną kultury. No i paradoks, który zaskakuje za każdym razem: kino o samych wielkich sprawach, ale opowiedziane szeptem, lekkostrawne, pełne dyskretnego humoru.
Nazwałbym to wszystko mistrzostwem filmowej ekonomii i przyznał Pawlikowskiemu Złotą Palmę awansem, gdyby nie jeden szkopuł. Otóż w historii Thomasa Manna zabrakło mi opowieści o… Mannie. Nie tyle o „największym pisarzu niemieckiej ziemi” – „Ojczyzna” to nie biografia, tylko wariacja na temat epizodu z życia pisarza – co o artyście, którego kokietuje autorytarna władza.
Mann (Hanns Zischler) pozostaje w filmie zagadką. Pawlikowski świadomie czyni z niego nie tyle element scenariusza, co scenografii. Ustawia go w pięknie zainscenizowanych kadrach, czasem wkłada jego usta przemowę na temat sztuki albo błyskotliwy żart. Zazwyczaj jednak przemawia za niego córka Erika, tłumaczka, asystentka i strażniczka dziedzictwa. W wybitnej interpretacji Sandry Hüller jest ona zarazem sumieniem pisarza, jak i kotwicą, która umocowuje go w skomplikowanej politycznie rzeczywistości.
piesiewicz
Jest 1949 r. Thomas i Erika wracają do Niemiec z emigracji w Kalifornii. Autor „Budenbrooków” ma odebrać nagrodę z okazji celebracji 200. rocznicy narodzin Goethego. Rzecz w tym, że wielki romantyk urodził się we Frankfurcie nad Menem, ale większość życie spędził w Weimarze. Chrapkę na propagandowe show mają zatem władze obydwu stref okupacyjnych – amerykańskiej i radzieckiej. Dla Mannów jest to przyczynek do podróży przez zniszczony kraj.
– Zostawiłeś nas w najczarniejszej godzinie – grzmi jeden z niemieckich dziennikarzy w trakcie konferencji prasowej. – Gdybym nie wyjechał, nie rozmawiałbym dziś z wami – odpowiada Mann. To ważny dialog. Pączkuje z niego refleksja nad powinnościami artysty oraz „emigracją wewnętrzną” jako narzędziem oporu. Gdy wzgardzonego po jednej stronie niewidzialnego muru pisarza Rosjanie zamieniają w ludowego herosa, staje się ona sednem filmu.
A czy ty wyłączyłbyś „Ojczyznę”?
W początkowych partiach „Ojczyzny” Pawlikowski rozsmakowuje się w kapitalnych, obyczajowych winietach. Fantastyczna jest choćby scena, w której Erika ustawia do pionu swojego byłego męża, uwiedzionego przez nazizm wybitnego aktora Gustafa Gründgensa. Podoba mi się również subtelność w portretowaniu relacji ojca i córki – to związek rozpisany na drobne gesty, skrawki zdań, ledwie zauważalne zmiany w języku ciała.
Pobyt Mannów w Weimarze jest dla odmiany festiwalem socrealistycznego absurdu; od chłopięcego chóru, który wita bohaterów po drugiej stronie tęczy, po dyskusje z radzieckim generałem, który dostrzega w Goethem duszę pokrewną Karolowi Marksowi. Na tym etapie filmu Thomas Mann jest w zasadzie nieprzenikniony. Opowieść o moralnym wymiarze całej podróży taszczy na barkach Erika.

Paweł Pawlikowski przemawia w trakcie premiery filmu „Ojczyzna” na 79. MFF w Cannes, maj 2026 (fot. Zero.pl)
Rozumiem ten zabieg o tyle, że pisarz jest u Pawlikowskiego metaforą samych Niemiec – jego oblicze ma wyrażać absolutną pustkę, martwotę i apatię. Nie mogę się jednak z nim pogodzić. Choćby dlatego, że kluczowa dla opowieści relacja Thomasa z jego synem, Klausem, zostaje sprowadzona do tematu ojcostwa, a nie do dialogu dwóch pisarzy.
Mann traktował swojego syna tak, jak sam był traktowany przez ojca. Był wobec niego chłodny i zdystansowany, uważał go też za znacznie gorszego artystę. Zanim Klaus Mann popełnił samobójstwo, napisał „Mefisto” – wybitną powieść o prowincjonalnym aktorze, który romansuje z faszystami.
Thomas Mann nie chadzał wprawdzie na smyczy komunistycznych władz, a jednak jego krytyka obydwu modeli politycznych wydawała się w powojennych Niemczech równie niebezpieczna. Pawlikowski traktuje ten wątek jako kontekst, ale mam wrażenie, że nie robi z nim nic ciekawego. Paradoksalnie, osłabia przez to intymną historię ojca i syna. Zamienia kinowy ekran w szybę, która nie przepuszcza emocji.
Kolega po fachu podsumował „Ojczyznę” ważnym zdaniem, mianowicie: „Mój stary wyłączyłby ten film”. Nie jest to fraza godna Manna i Goethego. Dostrzegam w niej natomiast prawdę o kinie, które jest hermetyczne z definicji, a na dokładkę przegina z niedopowiedzeniami. Ja nie wyłączyłabym „Ojczyzny”, ale rozumiem starego. Gdy oglądał „Idę” i „Zimną wojnę”, wiedział doskonale, że to filmy o miłości.

