- Obrona Sebastiana M. oskarżonego o spowodowanie śmiertelnego wypadku na autostradzie robi to, do czego została wynajęta, ale...
- Problem polega na tym, że gdyby takie rzeczy powiedział ktokolwiek inny, jego słowa wywołałyby szok, a adwokatom wszystko uchodzi na sucho.
- Sam oskarżony wygląda, jakby chciał powiedzieć, że wystarczy nie „zamulać” na lewym pasie i sprawy by nie było.
Właściwie to kolega mnie namawiał, żebym nie pisał tego tekstu, ale niestety trochę mi się ulało. W ostatnich dniach dowiedziałem się, że rodzina, która zginęła na autostradzie A1, poniosła śmierć nie w wyniku wypadku, lecz pożaru, i było to wypowiedziane słowami samego oskarżonego.
Można tu docenić nawiązanie do kultury masowej, a konkretnie do filmu „Zakładnik” z Tomem Cruisem i Jamie Foxxem, gdzie Tom w roli płatnego zabójcy strzela do swojej ofiary, a ta wypada z okna i upada na ziemię. – Zabiłeś go – krzyczy Jamie Foxx, a Tom odpowiada: „to nie ja, zabił go pocisk i upadek”.
Tak, Sebastianie, dokładnie tak było. Jechałeś sobie spokojnie 300 km/h po lewym pasie, ledwo musnąłeś jakiegoś biedaka w zwykłym samochodzie, a potem on się spalił. Pewnie przez źle podłączone LED-y?
Powiedz to w końcu, wyduś to z siebie
Lewy pas to nie kółko różańcowe, frajerzy i ślimaki won na prawo. Czekam, aż te słowa w końcu padną – te, które czytam pod setkami postów, filmów czy rolek o tym, jak ktoś spycha innego kierowcę z lewego pasa, miga światłami albo podjeżdża pod zderzak. Wystarczy rozwinąć listę komentarzy i na pierwszym miejscu znajdziemy coś o tym, że zamulacze blokują lewy pas normalnym ludziom.
Nawet jeśli jedziesz powyżej limitu, to i tak „blokujesz/zamulasz”, bo ci „normalni ludzie” chcieliby jechać minimum tyle, ile zgodnie z ustaleniami śledczych miał jechać oskarżony Sebastian. W końcu wiemy do czego służy lewy pas, tyle że nie mogę tego napisać, bo nasz redaktor naczelny prosi o ograniczanie wulgaryzmów.
Dlaczego tak się dzieje?
Nie siedzę w głowie oskarżonego Sebastiana, ale z takim podejściem spotkałem się wielokrotnie. Osoby jadące bardzo szybko po lewym pasie uznają, że nie robią nic złego. Przecież są „u siebie”, w przestrzeni przeznaczonej do szybkiej jazdy, której nikt nie powinien im zakłócać. Jak nie idziesz minimum „dwie paki”, to trzymaj się z daleka, to nie miejsce dla ciebie.
Zwracanie uwagi na to, że istnieje ograniczenie prędkości, kwitują tym, że jest ono „dla frajerów” i „jak kogoś stać, to niech jedzie”. Ewentualnie dodają wyrażenie, że „od tego są służby” (w domyśle – od ścigania osób przekraczających prędkość, co jak wiemy, na autostradzie prawie nigdy się nie zdarza).
W ostatnich 20 latach zdarzyły się trzy rzeczy jednocześnie
Wzrosła zamożność Polaków i wiele osób zaczęło być stać na drogie, mocne samochody. Te drogie samochody stały się porażająco szybkie – kiedyś trudno było znaleźć auto, które rozpędza się do 200 km/h, dziś bez problemu z drugiej ręki kupimy wóz, który pojedzie 300 km/h.
Znacząco rozwinęła się sieć dróg wielojezdniowych. Kiedyś byliśmy ograniczeni do gierkówki, która i tak miała masę skrzyżowań i do zbudowanego z płyt fragmentu autostrady od Wrocławia do granicy. Teraz lewy pas ciągnie się setkami kilometrów.
No i wreszcie – policja nie prowadzi pomiarów prędkości na autostradach, uznając zapewne że ludzie muszą mieć gdzie wciskać gaz. Nie widziałem nigdy kogokolwiek zatrzymanego za prędkość na autostradzie. Co więcej, przy ostatniej nowelizacji przepisów w sprawie zawieszania prawa jazdy (przy przekroczeniu o ponad 50 km/h) dodano taką możliwość dla dróg jednojezdniowych poza obszarem zabudowanym, ale nie dla autostrad i dróg ekspresowych.
Usankcjonowano w ten sposób istniejący stan rzeczy, to znaczy: na autostradzie i ekspresówce możesz jechać ile chcesz. Grupa osób wykorzystujących lewy pas jako własny tor do sprawdzania „ile pójdzie” może czuć się bezpieczna.
Od zeszłego roku zacząłem bacznie obserwować ruch na lewym pasie dróg A i S
Czyli autostrad i ekspresówek. Zauważyłem zadziwiającą rzecz: jeśli jakiś kierowca jedzie bardzo szybko, znacznie powyżej limitu, to trzyma się lewego pasa przez cały czas, nie zjeżdża nigdy na prawy. Nawet jeśli ten prawy jest całkowicie wolny w zasięgu wzroku, „szybki” będzie jechał lewym, bo ten lewy pas należy do niego. Jeśli zjedzie na niego ktoś inny – jest to przestępstwo przeciw porządkowi plemiennemu, złamanie zasad porównywalne z tym z więzienia.
W więzieniu też nie wolno robić mnóstwa rzeczy, uznawanych na wolności za normalne. Linia oddzielająca pasy ustanawia granicę między „gitami” a „frajerami”. Git nie chodzi na frajernię, a frajerzy nie wchodzą gitom na teren.
Grupa osób rozumiejących ruch drogowy w ten sposób nie jest może bardzo liczna, na pewno nie stanowi większości – ale ma ogromny udział w liczbie zdarzeń drogowych, w tym poważnych wypadków. Nie znam się na psychoanalizie, ale gdybym miał zaliczyć oskarżonego Sebastiana do jakiejś grupy, to mogę postawić pieniądze na to, że uważa dokładnie tak: ten lewy pas był jego, jak ktoś mu wjechał to ma za swoje.
Osobną sprawą jest zachowanie obrony Sebastiana
To oczywiste, że muszą bronić oskarżonego w tej trudnej sprawie. Nie zazdroszczę pracy pani Hebdzie. Nie ułatwia jej ani nastawienie społeczne, ani oświadczenia wygłaszane przez oskarżonego.
„Linia obrony może oburzać i zniesmaczać opinię publiczną, ale adwokat ma do tego prawo”, powiedział Łukasz Zboralski śledzący tę sprawę dla Kanału Zero, i ja częściowo się z tym zgadzam. Z czym mam istotny problem. To rozsiewanie przez obronę wątpliwości niemających pokrycia w rzeczywistości na podstawie zakupionych opinii.
Dzieje się to nie wprost, raczej na zasadzie „ale czy możliwe jest, żeby...?” – i tym sposobem dowiadujemy się, że na miejscu wypadku znaleziono koło zapasowe typu dojazdowego. Na takim kole można jechać maksymalnie 80 km/h. Czy możliwe jest, że kierujący Kią jechał na dojazdówce z dużo większą prędkością, więc opona pękła i jego auto straciło tor ruchu, wpadając na samochód Sebastiana?
Albo: auto oskarżonego było poddane modyfikacjom w postaci podnoszenia mocy, więc czy możliwe jest, że wskutek tych modyfikacji dane z „czarnej skrzynki” (rejestratora EDR) są zafałszowane?
Czy możliwe jest – teraz już zmyślam, oczywiście – że tajemniczy kosmiczny promień oślepił kierowcę Kii i zjechał on ze swojego pasa?
Tak właśnie działa obrona, na co zwrócił uwagę wspomniany wcześniej red. Zboralski.
Sprawa idzie w złym kierunku. Oskarżony na sali sądowej zachowuje się, jakby przesłuchiwał świadków w roli prokuratora, do mediów wysyłane są „fałszywe flagi” mające odwrócić uwagę od sedna problemu, tj. jazdy ok. 300 km/h po drodze publicznej.
Być może sprawa zakończy się uniewinnieniem, a sędzia powie to, czego oskarżonemu nie wypada: lewy pas to nie kółko różańcowe, ślimaki won na prawo.

