Reklama

Zboralski: Rodziny ofiar przestały milczeć. Opowiedziały mi o Sebastianie M.

Reklama

– Niczego dla siebie nie chcieliśmy, bo nie chcemy pieniędzy za krew naszej rodziny. Postawiliśmy warunek, że Sebastian M. ma wpłacić pieniądze na Centrum Zdrowia Dziecka – mówią rodzice pary, która spłonęła w aucie na autostradzie A1. – To się nie stało i nigdy nie zaczęliśmy rozmów – dodają. Po raz pierwszy rozmawiali z dziennikarzem. Wcześniej na każdej sprawie milczeli.

Sebastian M. w sądzie.
Sebastian M. w sądzie. (fot. Łukasz Zboralski / Kanał Zero)

Piotrków Trybunalski o 9 rano wygląda jak wymarłe miasto. Jest zimno, zaczął padać marznący deszcz. W sądzie jak zwykle: szatnia, bramka, plecak do skanera.


Reklama

A potem przed salę rozpraw. Tam stoi już samotnie mec. Łukasz Kowalski, pełnomocnik rodzin ofiar tragedii na autostradzie A1. Chwilę później wita się z nimi. Są poważni. Z daleka widać, że zbolali. Cisi. Elżbieta cała na czarno. Jej mąż – Waldemar – wysoki, w swetrze. To rodzice Patryka. Kierowcy samochodu kia, w który wbił się w 2023 r. swoim BMW Sebastian M.

Stoją razem z Małgorzatą i Januszem, rodzicami Martyny. Tej, która zginęła, do końca próbując osłaniać swoim ciałem przed płomieniami małego synka, Oliwiera.

To dla nich tu przyjechałem. Mniej interesuje mnie to, co powie oskarżony syn łódzkiego milionera. Nie zakładam też, że zaplanowane przesłuchania strażaków z Ochotniczej Straży Pożarnej wniosą coś więcej do sprawy niż to, co prawie 2,5 roku temu zeznawali przed prokuratorem.


Reklama

Próbuję być tak delikatny, jak tylko można. Witam się z Waldemarem. Przedstawiam. Mówię, że dla mnie historia tego wypadku nie jest pełna, dopóki wszyscy nie będą mogli poznać tych, których już nie ma. Że należy im się ta opowieść – jak dobrą, kochającą się rodziną byli, jakie mieli plany. Żeby też wszyscy zrozumieli, że zapierd… samochodem dla własnej przyjemności może kosztować życie. I że ktoś konkretny za tę przyjemność zapłacił życiem.


Reklama

Waldemar kiwa przecząco głową. Jego małe oczy schowane w lekkich zmarszczkach zachodzą łzami. – Proszę pana, proszę wybaczyć, ale ja wciąż nie mogę o tym rozmawiać – zaczyna i głos już mu się łamie. Przerywa. Nie może mówić płynnie. – Widzi pan? Nawet teraz nie mogę dokończyć – macha rękami, jakby chciał sobie z tym poradzić, ale to na nic. Cały zaczyna się trząść.

Przepraszam i zostawiam moją propozycję na później, kiedy uda się już o tym mówić bez tak olbrzymiego bólu. Zanim się odwrócę, wyrasta przede mną mama Martyny. Jej też się przedstawiam. Mówię, po co przyjechałem. Patrzy na mnie poważnie i smutnie zza swoich okularów z ciemnymi oprawkami w rogach. – My nie umiemy, jeszcze nie możemy – odpowiada cicho, jakby przepraszająco.

Odchodzę z myślą, że jeszcze nie pora i poczekam na czas, w którym będą mogli już wypowiedzieć to, czego dziś powiedzieć nie dają rady. Mimo tego, że zaczął się już trzeci rok, odkąd nie ma ich najbliższych.


Reklama

Ten trzeci rok spędzają na salach sądowych. Przed każdą rozprawą najpierw jadą na cmentarz. Mówią swoim dzieciom i małemu Oliwierowi, że jadą pilnować sprawiedliwości. Stale są też pod opieką psychologiczną. Bo przez ciągnący się proces wciąż tkwią w traumie.


Reklama

Ból i złość

Na rozprawie siedzą w jednym rzędzie z rodzicami Sebastiana M. Słuchają, milczą, nie reagują. Choć musi boleć za każdym razem, gdy strażacy opowiadają o kuli ognia trawiącej samochód z ich dziećmi, o wyciąganiu ciał. O tym, że zabawki Oliwiera leżały porozrzucane na autostradzie.

I kiedy wydaje się, że po wysłuchaniu wszystkich świadków, każdy z nas rozjedzie się do swojego świata: ja – napisać jeszcze jedną relację o tej sprawie, oni – dalej cierpieć, staje się coś, czego nikt nie zakładał. Oskarżony wstaje, by wygłosić oświadczenie. W niczym nie przypomina już skruszonego chłopaka, przywiezionego na proces z Dubaju, gdzie próbował uchronić się przed ekstradycją po wypadku. Już nie płacze, nie wyraża żalu i nie mówi o dobrowolnym poddaniu się karze.

Teraz Sebastian M. jest pewny siebie. Pewny linii obrony, według której w ogóle nie jest winny tego, co się stało. Tak pewny, że chyba sam już uwierzył w to, że to nie on wjechał w ludzi. Że może to ich auto jakoś się zepsuło i wpadło mu przed maskę.


Reklama

Pewność za chwilę przeradza się w tupet. Cedzi słowa o tym, iż skoro Patryk, Martyna i Oliwier żyli jeszcze, gdy auto się paliło, to znaczy, że zginęli w pożarze, a nie w wyniku wypadku.


Reklama

Elżbieta zrywa się z sądowej ławki. Skulona w pół wybiega z sali. Słychać jedynie jak mówi: – Nie wytrzymam tego!

Na salę już do końca nie wraca.

Bogaci mogą wszystko, a my zwykli ludzie mamy wszystko znosić?

Zanim rozejdziemy się sprzed sądowej sali, podchodzę do rodziców. Chcę się pożegnać, ale pytam jeszcze, co sądzą o takim zachowaniu M.


Reklama

Wtedy, ku zdziwieniu mecenasa Kowalskiego, po raz pierwszy mówią. Gniew wygrywa z bólem.


Reklama

Jak nazwać takiego człowieka? Dwulicowym? Kłamcą? No jak nazwać kogoś, kto przepraszał, chciał mediacji, a teraz mówi nam w twarz, że jest niewinny i próbuje powiedzieć, że nasze dzieci same się zabiły?! – Elżbieta już nie zwraca uwagi na łzy. Wypływa z niej to, co w internecie piszą ludzie w komentarzach o tej sprawie.

– Czy bogaci ludzie mogą wszystko? Czy oni tak uważają, że z nami, zwykłymi, można wszystko zrobić? – niby pyta, ale tak naprawdę przecież protestuje.

Pytam o mediacje: że przecież sąd się wcześniej zgadzał. Chcę wiedzieć, jak wyglądały rozmowy z łódzką familią biznesmenów. – Nie było żadnych rozmów. Nigdy ich nie było – odpowiada Elżbieta.


Reklama

– I niech pan wie, że my nie chcieliśmy żadnych pieniędzy dla siebie. A oni chyba myśleli, że nam to można 500 zł rzucić i że za tyle sprzedamy nasze dzieci – słowa wylatują z jej ust z prędkością karabinu. Wtedy obejmuje ją mąż. Tuli. Przed chwilą sam nie mógł ze mną rozmawiać, ale ma tyle siły, by ukoić żonę. Zabiera ją na bok.


Reklama

– My zapowiedzieliśmy, że mają wpłacić pieniądze na Centrum Zdrowia Dziecka. Dla siebie nie chcieliśmy nic. My nie potrzebujemy – przejmuje rozmowę Małgorzata. – To był nasz jedyny wnuk – rozpłakuje się. – Chcieliśmy zrobić coś dla innych dzieci. Chociaż tyle.

Dlaczego on to zrobił? Dlaczego tak jeździł jak wariat? Dlaczego teraz z mojego Patryka próbuje zrobić winnego? – Elżbieta może znów mówić.

– Mój syn nigdy nie jeździł źle. Nawet mandatu żadnego nie miał. Zawsze wyjeżdżali nad to morze, żeby dziecko mogło zdrowie sobie poprawić, pooddychać tam. Zawsze wracali. Zawsze dzwonili z drogi, że wracają...


Reklama

Rozmowa nagle milknie. Nie pytam więcej. I tak mieli dużo siły. Obiecuję wrócić do historii Patryka, Martyny i Oliwiera, kiedy tylko będą w stanie opowiedzieć o ich życiu.


Reklama

To nas kosztuje dużo zdrowia – mówi mi na odchodne Janusz. Tata Martyny wydaje się najspokojniejszy. Ale po tych słowach widzę, że tylko na zewnątrz.

Wychodzę z sądu i wsiadam do auta. Nadal jest mokro, a na dodatek gdzieś w połowie S8 temperatura spada poniżej zera. Zwalniam. Sprawdzam, czy jest ślisko. Wiem, że lada chwila będzie. Tymczasem kilku innych kierowców mija mnie z dużymi prędkościami. To kolejne fatalne historie, które tylko czekają na swój moment.


Reklama