- Przez lata organizowano w Warszawie nocne wyścigi samochodowe pod nazwą Warsaw Night Racing.
- Nowe przepisy o organizacji spotkań motoryzacyjnych mocno uderzyły w tę inicjatywę i dokładnie przeciwko niej były skierowane.
- Organizator tych wydarzeń wydał książkę, w której opisuje historię WNR, a przy okazji swojego życia. Nazwał ją „spowiedzią”, choć grzechów przesadnie nie wyznaje.
Nie byłem nigdy fanem nocnych wyścigów, choć trudno mi pominąć złote czasy polskiego tuningu na początku XX wieku, gdy naprawdę „dłubano” i ścigano się czym popadnie. Później, gdy do gry weszły duże pieniądze i zaczęto po prostu „upalać” bardzo mocne i szybkie auta po mieście, straciło to swój urok – o ile kiedykolwiek jakiś miało. Nigdy również się z nikim nie ścigałem, uznając że powoduje to zbyt duże ryzyko rozbicia samochodu i nawet jeśli wygram, ale coś uszkodzę, satysfakcja nie zrekompensuje mi strat. Jednak cały projekt Warsaw Night Racing był mi dobrze znany z relacji osób zainteresowanych.
Książka jest stosunkowo krótka i mało w niej „spowiedzi”
Spowiedź kojarzy mi się z wyznaniem jakichś grzechów czy przewinień, tymczasem jej autor występujący pod pseudonimem N1EWINNY raczej oskarża w niej swoich byłych kolegów – o sprzeniewierzenie pieniędzy, nie wywiązanie się z rozmaitych umów bądź umyślne oczernianie go, a wybielanie siebie w mediach społecznościowych. Jego relacje z ludźmi wydają się bardzo trudne, a konflikty – piętrowe. Jednak można to zrozumieć, gdy chodzi o tak stresujące zadanie jak organizacja nielegalnych wyścigów.
Właściwie jedynym grzechem, który wyznaje autor w swojej spowiedzi, jest opis powrotu z okolic Radomia do Warszawy, gdzie nieustająco używał świateł drogowych, żeby zganiać wszystkich z lewego pasa. Co ciekawe, nie było ku temu żadnego istotnego powodu, poza tym że rzekomo w jego samochodzie zaczęło się robić bardzo gorąco. Może jestem dziwny, ale gdy mój samochód ma awarię, to nie jadę nim bardzo szybko i niebezpiecznie, tylko zjeżdżam na pobocze i szukam pomocy. Ale ile ludzi, tyle pomysłów. I to chyba jeden z dwóch fragmentów, który zapadł mi w pamięć z tej książki.
„Zlikwidować bloki, nie tor”. Stanowski o aferze w Poznaniu
Drugim był wypadek jednego z uczestników nielegalnych wyścigów, w którym po uderzeniu autem osobowym w ciężarówkę kierowca prawie spłonął. Kilka razy w treści pada zdanie, że „nie powodowaliśmy zagrożenia dla nikogo oprócz siebie samych”. Trochę zgrzyta to ze słowem „spowiedź” w tytule, zwłaszcza że to po prostu nieprawda – uczestnicy nocnych wyścigów wielokrotnie powodowali groźne wypadki z udziałem osób postronnych. Niekoniecznie ich sprawcy byli zawsze związani z WNR, ale dla poszkodowanych ma to zerowe znaczenie.
Co ciekawe, w książce sporo jest o tym, że wydarzenia WNR odbywały się przez jakiś czas na legalnym torze w Warszawie, tyle że został on potem zlikwidowany. No a jak nie ma toru, to trzeba upalać na ulicy.
Język, którym napisano książkę, potrafi zmęczyć
Bardzo dużo pogrubień, emocjonalnych wyrażeń, a przede wszystkim niekończące się powtórzenia tych samych fraz sprawiają, że można to poczytać przez 10-15 minut, a potem trzeba sobie zrobić przerwę. Fabułę trudno nazwać porywającą, są to raczej wyrywki z życia autora.
Dość szczegółowo opisano prowokację TVN sprzed kilku lat, gdzie uczestnikom nocnych wyścigów rozdano modele samochodów, a w nich znajdowały się nadajniki GPS, co miało dostarczyć dowodów na niebezpieczną jazdę. Cała akcja była wielką porażką – obdarowani zorientowali się, że coś jest nie tak, a swoje do tego dołożyła pogoda tego dnia, gdzie było bardzo zimno i mokro, a entuzjazm wobec wyścigów – znikomy.
W książce pojawia się postać Buddy (nie tego od religii, tego od YouTube, samochodów i problemów z prokuraturą), co może do pewnego stopnia wyjaśniać, skąd autor książki – nie wyjaśniający czy i gdzie pracuje – miał dostęp do kilkusetkonnych pojazdów. Bardzo dużo miejsca w książce poświęcono akcjom dobroczynnym przeprowadzonym przez WNR, w szczególności dla domów dziecka, a opisy, gdzie dzieci przynosiły w podzięce rysunki, faktycznie wyciskają łzy z oczu, ale brzmią trochę mało wiarygodnie.
Główny problem z tą książką jest następujący:
Wyszła o wiele za późno. Nie chodzi o trudny w odbiorze język, lekko chaotyczną narrację czy powtórzenia. Chodzi o to, że pojawia się w czasach, gdy nielegalne wyścigi nie mają już w sobie nic romantycznego.
Jeszcze 20-25 lat temu oglądaliśmy filmy z serii „Fast & Furious” i utożsamialiśmy się z ich bohaterami, żyjącymi poza systemem, według własnych zasad – to właśnie symbolizowały wyścigi. W Polsce też mieliśmy pierwszą falę streetracingu, ze słynnym forum streetracing.pl – z tej „starej” ekipy w książce wspomniana jest tylko jedna osoba, i to też nie ciesząca się w tamtych czasach najwyższym szacunkiem.
To tamte odległe czasy można wspominać z pewnym rozrzewnieniem, tak jak można po latach śmiać się z artykułów w „Wyborczej” opisujących warszawski streetracing w infantylny sposób. Sugerowano, że kierowcy ścigają się o samochody (motyw z filmu F&F) albo pod prąd na trasie Toruńskiej.
To były czasy, gdy do księgarń mogła trafić książka Piotra R. Frankowskiego „Jeździć szybko” i nikt nie robił z tego powodu afery. Dziś „Spowiedź” można by zestawić z książką „Wszyscy tak jeżdżą” Bartosza Józefiaka, pokazującą świat z perspektywy ofiar wypadków. Uzupełniają się zadziwiająco dobrze.
Obecnie jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Nocne wyścigi są jednoznacznie potępiane, nie ma już zrozumienia dla bicia rekordów prędkości na drogach publicznych. Jednym z elementów przyjęcia do grupy elitarnych kierowców opisanym w książce było przejechanie 75 km w 30 minut, czyli ze średnią prędkością 150 km/h – częściowo przez miasto, co sprawiało że w części pozamiejskiej należało utrzymywać prędkość min. 200 km/h. W 2026 r. takie rzeczy wciąż się zdarzają, tyle że są już potępiane, a nie podziwiane.
Po lekturze „Spowiedzi” trudno mi znaleźć ciepłe słowa wobec jej autora, bo nie mam wrażenia, że zrozumiał swoje błędy (co najwyżej jest mu przykro, że je popełnił, a to co innego), a ofiary wypadków spowodowanych podczas nocnego upalania nie mają już szans mu ich wytłumaczyć.
Może gdyby ta książka wyszła 10 lat temu, byłaby nawet pewną sensacją, a dziś budzi raczej lekki niesmak. Oczywiście to dobrze, że autor zdecydował się ją napisać i wydać własnym sumptem, bo jak sam mówi – stanowi ona „zamknięcie rozdziału pewnej wersji jego samego”. Zawsze wspieram niezależnych autorów i wydawnictwa, bo sam się tym zajmuję od lat, ale mam szczerą nadzieję, że lektura „Spowiedzi” nie zachęci nikogo, by jechać „dwieście po mieście”.

