Kraj

Stanowski: Horror psów, zbiórki, głupota państwa i Dżoana Krupa

Dżoana kocha pieski, inspektor na pewno nie kocha. Dżoana więc rzuci okiem, dotknie tipsem i powie: okej lub nie okej. Powiedziała, że okej. Kuflew może działać – pisze dla Zero.pl Krzysztof Stanowski.

Krzysztof Stanowski
Felieton autorstwa: Krzysztof Stanowski
12 lutego
15 minut
Stanowski: Horror psów, zbiórki, głupota państwa i Dżoana Krupa (fot. Kanał Zero / ALEKSANDER MAJDANSKI / NEWSPIX.PL /NEWSPIX.PL)

Reklama

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie znęcania się nad 212 psami i 16 kotami w Kuflewie. Powiatowy Inspektor Weterynarii powiadomił burmistrza gminy Mrozy o konieczności zabraniu stamtąd zwierząt. W piątek miejsce otoczone było taśmami policyjnymi, a ekipy telewizyjne trzymane były kilkadziesiąt metrów dalej.


Reklama

Gdzie są dzisiaj wspomniane psy i koty? W tym samym miejscu, w Kuflewie. Można podjechać i zobaczyć. Nie ma kamer, to nie ma też akcji. Zarzuty na papierze, a zwierzęta dalej w nielegalnym schronisku.

Z jednej strony wieloletnie zaniedbania państwa, działania pozorne, no i co jakiś czas aktywność nastawiona wyłącznie na poprawę wizerunku polityków, z drugiej strony infantylizm, lub też – takie ładne słówko – bambinizm, lub też – takie brzydsze słówko – debilizm. A w samym środku zwierzęta, najczęściej psy, wzięte na zakładników w tym starciu nieróbstwa z emocjonalnym rozchwianiem.

Dżoana dotknie tipsem i wyda wyrok 

Do Kuflewa przyjechały modelki czy też celebrytki - Joanna Krupa i Karolina Pisarek. Zobaczyć tym razem nie jak krzywdzone są pieski, ale jak krzywdzony jest tą całą nagonką gospodarz, Grzegorz Bielawski. Raport inspektora weterynarii ma nie mieć znaczenia, gdy swój raport wyda Dżoana z Ameryki. Dżoana kocha pieski, inspektor na pewno nie kocha. Dżoana więc rzuci okiem, dotknie tipsem i powie: okej lub nie okej. Powiedziała, że okej. Kuflew może działać.


Reklama

A Kuflew by już nie działał, gdyby tylko działało prawo. Zgodnie z prawem psami powinien zająć się burmistrz gminy Mrozy, no ale co on zrobi z dwiema setkami psów? No przecież w domu ich trzymać nie będzie. Gdyby podpisał odbiór zwierząt, musiałby we własnym zakresie gdzieś je umieścić, konkretnie – w legalnym schronisku. Schronisko, z którym burmistrz ma podpisaną umowę rzeczywiście psy może przyjąć – maksymalnie dziesięć. Burmistrz więc decyzji o odbiorze psów nie podpisuje, bo nie chce sobie robić kłopotu, co jest tym bardziej absurdalne, że ten sam burmistrz od 2021 roku walczy z nielegalnym schroniskiem w Kuflewie, prowadzi korespondencję w tej sprawie i z prokuraturą, i z sądem.


Reklama

Pięć lat to za mało, by mogła zapaść jakakolwiek formalna decyzja w Polsce, ale gdy burmistrz – konkretnie pan Dariusz Jaszczuk – może się w końcu nielegalnego schroniska pozbyć w innym trybie, to woli tego nie robić, bo państwo nakłada na niego obowiązki, z którymi nie jest w stanie sobie poradzić (albo nie chce). To trochę jak wygrać na loterii i jednocześnie dowiedzieć się, że odbiór nagrody jest w zasadzie niemożliwy, a przynajmniej bardzo trudny.

DIOZ mógłby zabrać psy Bielawskiemu. Ale... 

Sam Bielawski odbiera psy z interwencji ludziom, którzy trzymają je w złych warunkach i tu paradoks numer dwa – gdyby Bielewski sam sobie zrobił interwencję, to sam sobie musiałby odebrać psy, bo są trzymane w złych warunkach. Na szczęście nie ma takich dylematów, ponieważ z zasady od siebie wymaga mniej niż od innych - o czym później. Musiałby mu też zabrać te psy DIOZ, który specjalizuje się w takich akcjach, no ale z dziwnych przyczyn nie zabrał, może to efekt wzajemnej sympatii.

To, że psy są trzymane w złych warunkach jest nie do zakwestionowania. Inspekcja sprawdziła, że psy do 20 kilogramów nie mają zagwarantowanych nawet 4 metrów kwadratowych (prawne minimum dla schronisk), psy między 20 a 30 kilogramami nie mają 6 metrów kwadratowych, a największe psy – te powyżej 30 kilogramów – nie mają 8 metrów kwadratowych. Przypomnijmy, że według ustawy, której prezydent Karol Nawrocki nie podpisał, takie psy miały mieć kolejno: 10, 15 i 20 metrów kwadratowych. Podpisania tej ustawy aktywnie domagała się Krupa, domagał się – to dopiero absurd! – także Bielawski. Jednak Bielawski nie domaga się od samego siebie wprowadzenia takich warunków dla psów, a Krupa nie domaga się od Bielewskiego. Wszyscy się wszystkiego domagają, ale nie od siebie.


Reklama

Bambinizm czy debilizm? 

Psy chyba w tym są najmniej ważne. Bielawski mówi wprost, że do żadnych wytycznych inspekcji weterynarii stosować się nie musi, bo formalnie nie jest schroniskiem. A dlaczego nie jest schroniskiem? Bo nie zarejestrował się jako schronisko. Co za to grozi? W zasadzie nic, bo to tylko wykroczenie. Drwiny z państwa i przepisów, na oczach influenserek, które… przybijają pieczątkę fajności. I przywożą kolorowe kocyki, w ogóle nie zastanawiając się, dlaczego te psy zamiast kolorowych kocyków mają słomę. Słomę, budę i zimną posadzkę. I mówią: „no może nie jest idealnie, ale ojoj, jakie słodkie psiaki, kochamy, przytulamy, głaszczemy, ojoj”.


Reklama

Czy to bambinizm, czy jednak debilizm - to już niech sobie Państwo odpowiedzą. Państwo, czyli czytelnicy, bo przecież nie państwo jako instytucja - tam odpowiedzi szukać próżno.

W Kuflewie znalaziono 500 kilogramów martwych zwłok, Bielawski twierdzi, że trzyma je na polecenie… prokuratury, ale sama prokuratura nic o tym nie wie. Trzyma je w zamrażarkach, ale nie dodaje, że wyłączonych z prądu. No ale zimą to może taka oszczędność, miejmy nadzieję, że latem zamrażarki działają na full. Tylko trudno w to uwierzyć, bo latem pan Grzegorz Bielawski robił zrzutkę na opłatę prądu i pisał:

„Zabrakło prądu w azylu dla psów. Pawie 250 zwierzętom grozi ciemność… We wtorek w azylu dla 250 psów i kotów w Kuflewie odłączono prąd. Tym razem to nie awaria - to dług, którego nie udało nam się spłacić. Ponad 15 tysięcy złotych zaległości sprawiło, że z dnia na dzień zostaliśmy bez ogrzewania wody, bez chłodzenia i bez klimatyzacji w pomieszczeniach, gdzie przebywają chore psy po operacjach”.


Reklama

Mówiąc krótko - pan Grzegorz Bielawski napisał, że chłodziarki z padliną nie działały.


Reklama

Skąd te wszystkie ciała zwierząt się wzięły? 

Gnijąca padlina. Nic dziwnego, że teraz niektórych wizytujących Kuflew łapały mdłości. Odkrywano zwłoki psów, między innymi takie, gdzie w niemalże odrąbanej głowie zalęgło się robactwo. Teraz trwa analiza, skąd te wszystkie ciała zwierząt się wzięły, czy aby na pewno wszystkie trupy były trupami już wcześniej, a przede wszystkim - gdzie zniknęły. Bo o ile odkryto 500 kilogramów ciał, to nie wiadomo, gdzie nagle zniknęło 300 kilogramów (inspektorzy poszli do domów, a zwłoki poszły… no właśnie nie wiadomo, gdzie).

Nie ma już ciała owczarka podhalańskiego o imieniu Śnieżka. 29 stycznia było, 30 stycznia już nie. Historia tego psa jest ciekawa: 16 stycznia zeszłego roku został odebrany właścicielowi, zarzut głodzenia. Właściciele twierdzili, że pies po prostu umiera. Tego samego dnia zawieziono Śnieżkę do kliniki weterynaryjnej i… uśpiono. Uznano, że umiera. I to jeszcze byłoby wytłumaczalne - pies faktycznie mógł być w stanie agonalnym, nie rokować, a uporczywe leczenie mogło skutkować wyłącznie bólem. No ale przez ponad rok Śnieżka leżała w zamrażarce w Kuflewie. Bielawski 29 stycznia mówi, że to dowód w sprawie, ale 30 stycznia już tego „dowodu” nie ma. Ale może to powinien być dowód w zupełnie innej sprawie, niż właściciel Kuflewa sobie wyobraża. Na „Śnieżkę” wciąż aktywna jest zbiórka (prowadzona przez współpracującą z Bielawskim fundację Pańska Łaska). Pies, który był pod opieką obrońców zwierząt przez kilka godzin, „zarobił” do tego momentu ponad 7500 złotych. Na Facebooku czytamy: „Musimy pokryć koszty sekcji zwłok, przeprowadzonych badań oraz dalszego prowadzenia sprawy karnej. Nie pozwolimy, by ta tragedia przeszła bez konsekwencji”.

O Bielawskim wciąż krążą legendy

W ogóle odkryto różne rzeczy, nie tylko (znikające) ciała. Odkryto także to, że właściciel Kuflewa miał na ścianie zawieszone zdjęcie… jednego z inspektorów weterynarii. Jest takie ładne angielskie słowo – creepy. Bielawski był już skazany za naruszenie nietykalności cielesnej inspektorki weterynarii z Żyrardowa, ale sąd uznał, że z uwagi na niską szkodliwość czynu warto wyrok warunkowo umorzyć.

Ale taki wyrok to nic. O Bielawskim krążą wręcz legendy. Wielokrotnie skazany recydywista, ale jego fanom to nie przeszkadza, bo skazywany był za kradzieże zwierząt (to znaczy – niezwracanie ich prawowitym właścicielom). Bardzo dobrze, że nie zwracał, bo psy miały źle, a teraz mają dobrze – mówią owi fani. Czy później, po odbiorze właścicielom, miały lepiej? Łagodnie mówiąc, jest to niejednoznaczne. Pani Marta Lichnerowicz opisuje historię psa Kora.


Reklama

„Równolegle z medialnym kreowaniem Grzegorza Bielawskiego na bohatera zaczynają pojawiać się różnego rodzaju kontrowersje. Pierwsza, o jakiej pamiętam, dotyczy owczarki Kory, która została zabrana z posesji w czasie, gdy właściciele byli w pracy. Oficjalnie – z powodu zaniedbania leczenia zapalenia ucha, co jednak nie zostało potwierdzone dokumentacją. Właścicielom nie postawiono żadnych zarzutów. Leczyli psa, ale każdy, kto miał psa z chronicznym zapaleniem ucha, wie, że to bywa walka trwająca czasem całe życie psa. Co ciekawe, Kora zaledwie po kilku tygodniach w Pogotowiu została uśpiona „z powodów humanitarnych”. Niesamowite – właścicielom zabrano psa, bo nie udało im się go wyleczyć, mimo że leczyli, a w Pogotowiu z tego samego powodu psa uśpiono”.

Mocne, co? Czy to szczyt bezczelności?

Nie, to wcale nie szczyt. Do szczytu daleko.


Reklama

Odbieramy i zabijamy. Gdzie logika? 

Jest jeszcze historia znacznie mocniejsza. Państwowe instytucje po latach starań legalnie odebrały rolnikowi 22 zaniedbane krowy. Zostały przekazane „Pogotowiu dla zwierząt”, a więc organizacji Bielawskiego. Dwa dni później trafiły do rzeźni. Doktor Jerzy Piekarz w 2019 roku pytał dziennikarza Wirtualnej Polski, po co przez 4 lata była walka o odebranie zwierząt, skoro od razu po wydaniu organizacji prozwierzęcej zostały zabite.


Reklama

Z Kuflewa na razie odebrano siedem psów, tych najbardziej chorych. Reszta trzymana jest za kratami dalej. Jednego wywiezionego szybko rozpoznano. Rok temu został odebrany właścicielowi – bo był chory (pies, nie właściciel) i żył w małym kojcu. Bielawski zebrał na niego ponad 20 tys. złotych. Po roku pies chory jest nadal, tyle tylko, że trafił do jeszcze mniejszego kojca. Joanna Krupa i Karolina Pisarek chyba nie przetwarzają w głowach tych wszystkich historii. Tam gdzie inni widzą cynizm i bezczelność, one widzą troskę i ratunek.

W Kuflewie znaleziono też ciało psa wabiącego się Śnieżka.

Bielawskiemu już raz zamknięto schronisko

Gdy sąd nakazywał w 2018 rozwiązanie stowarzyszenia „Pogotowia dla zwierząt” (później założono kolejne, o tej samej nazwie) to wprost stwierdził, że obrońcy zwierząt „mieli pomagać zwierzętom, a odbierali je właścicielom i uśmiercali bez ich zgody”, co miało mieć charakter „nagminny i celowy”.


Reklama

Być może panie Krupa i Pisarek wtedy chodziły po wybiegach dla modelek, a nie między wybiegami dla psów i dlatego tej historii nie znają.


Reklama

I tak można pisać długo, ale najważniejsze jest to, że historia się powtarza na każdym poziomie. Kiedyś zamknięto Bielawskiemu pseudoschronisko w Sekłaku, teraz to samo ma się wydarzyć w Kuflewie.

Jeszcze raz zacytuję panią Martę Lichnerowicz, bo skoro ona tak ładnie to opisała, to ja już nie muszę. Znowu jest syf, zaniedbanie, fatalne warunki:

„Sekłak, pierwsza dziupla Bielawskiego. Pseudoschronisko z warunkami urągającymi godności psów. Tak jak dziś słyszymy historie o dobrym serduszku, ratowaniu psów i tym, jaki Grzegorz to wspaniały człowiek. Brzmi to trochę jak sekta – on, wielki szeryf, a wokół wianuszek wyznawczyń. Setki tysięcy na zbiórkach. Fundusze, które pozwoliłyby stworzyć naprawdę godne warunki. Ale Grzegorz jest „chory” – bo nie interesuje go opieka. On kocha adrenalinę i odbiory. Potem codzienność przestaje być atrakcyjna, więc pojawia się syf, zaniedbanie i warunki gorsze niż te, w których zwierzęta były przed odebraniem.


Reklama

Przychodzi rok 2016 – równo dziesięć lat temu dochodzi do interwencji w siedzibie Pogotowia w Sekłaku. Warunki tragiczne. Pełna dokumentacja w linku na końcu, negatywna opinia Inspekcji Weterynaryjnej. Bielawski nic nie musi pokazywać – protokół jest w zdjęciach. Identycznie jak teraz: rusza akcja zabierania psów. Na zdjęciu dostrzegam sukę, którą sama ratowałam. Zgodnie z deklaracjami miała już dawno być w adopcji, miała mieć dom. Cały czas siedziała w Sekłaku, w szopie, bez ogłoszeń, bez szans. Golnionka trafia do mnie i tutaj spędza w radości resztę życia. Zmarnowanego przez Bielawskiego czasu nic jej nie cofnie. Wtedy wiedziałam, że ten człowiek ma w dupie zwierzęta. Jedyne, co się liczyło, to parcie na szkło. Ego nadal pompują media”.


Reklama

Teraz od pompowania ego też są media, ale społecznościowe. Modelki, instagramerki, influenserki - jak zwał, tak zwał.

Państwo polskie skapitulowało 

Pytanie brzmi: czy instytucje państwowe, także ci „bezimienni” inspektorzy weterynarii – chcący pozostać anonimowymi, aby bambinistyczna sekta fanatyków „pomagania” zwierzakom nie zamieniła ich życia w piekło – wygrają, czy przegrają ten wyścig na zasięgi i po której stronie my w tym wszystkim chcemy być. Bo dzisiaj z podatków płacimy ludziom, którzy mają interweniować, gdy zwierzętom dzieje się krzywda, a kiedy już interweniują, sporządzają raport, kiedy mają pełną dokumentację, to przychodzi modelka w kolorowych bucikach i mówi, że ona to widzi inaczej.

Musi to rodzić frustrację inspektorów. Trzeba przecież dodać, że od wielu lat Powiatowy Lekarz Weterynarii wraz z inspektorami próbuje zaprowadzić w Kuflewie porządek. Niezapowiedziana kontrola w 2022 poskutkowała zawiadomieniem prokuratury i aktem oskarżenia. Długość postępowania musi wywoływać frustrację nie mniejszą niż duet Krupa & Pisarek.


Reklama

Inspekcja Weterynaryjna z Mińska Mazowieckiego, pomimo przeprowadzenia wielu kontroli, postępowań administracyjnych, pism wysyłanych do różnych instytucji, wielogodzinnych zeznań na policji i w sądzie, odbija się od ściany. Nieskuteczne przepisy, brak narzędzi, no i organizacje rzekomo prozwierzęce, które nadal naginając absurdalne przepisy z Ustawy o ochronie zwierząt, zabierają albo – powiedzmy sobie szczerze – wielokrotnie kradną zwierzęta i tworzą takie patologiczne nielegalne schroniska, później robią zbiórki i śmieją się z nieskutecznego państwa.

Zasadnicze pytanie brzmi: jak można było dać prywatnym fundacjom czy stowarzyszeniom prawo ingerowania w jedno z podstawowych praw obywateli, czyli prawo własności poprzez odbiór zwierząt, które, jak pokazuje rzeczywistość, nawet po pomyślnych wyrokach dla właścicieli, nigdy już do nich nie wracają. Bo pan z Pogotowia dla zwierząt, DIOZ-u czy innej organizacji nie chce ich oddać. Może dlatego, że je sprzedał?

Psy są wystawiane na zagranicznych stronach internetowych. Państwo polskie skapitulowało. Jak można dać prawo odbioru zwierząt jakimś ludziom, którzy sami produkują sobie upoważnienia, odznaki i legitymacji dla, bez obrazy, na przykład Pani Krysi, która po godzinach postanawia zostać "obrończynią zwierząt", a takich uprawnień nie dać Powiatowym Lekarzom Weterynarii? Absurd, z którym trzeba skończyć. Być może skończyć drastycznie (to dyskusji), czyli wykreślając takie organizacje z podmiotów uprawnionych do odbioru zwierząt, co zakończy te złote biznesy. Ale jeśli pani Krysia, żeby nie było, że to tekst w całości o panu Grzegorzu, może odebrać psa, a Powiatowy Lekarz Weterynarii nie może, to znaczy, że… ogon kręci psem.