We wtorek podczas sesji Rady m.st. Warszawy Rafał Trzaskowski przekonywał, że jeśli ktoś widzi nieprawidłowości, powinien zgłaszać je oficjalną drogą. Właśnie po to – mówił – istnieją procedury. Właśnie po to jest ochrona sygnalistów.
Brzmi rozsądnie. Problem w tym, że praktyka po raz kolejny pokazuje coś dokładnie odwrotnego.
Zwolniony sygnalista
Patryk Słowik i Jakub Styczyński z portalu Zero.pl opisali historię pana Piotra, pracownika warszawskiego Zarządu Dróg Miejskich. Zgłosił nieprawidłowości dotyczące ubezpieczania zajętych samochodów za publiczne pieniądze. Miał wątpliwości co do polecenia przełożonego, poprosił więc o wydanie go na piśmie. Nie otrzymał go.
Za to najpierw stracił dodatki. Potem ograniczono mu dostęp do systemów. Następnie dostał zadania trudne do wykonania. Wreszcie formalnie uzyskał status sygnalisty – potwierdzony pisemnie przez prezydenta Warszawy.
I co? I dostał wypowiedzenie.
Jednym z powodów miało być „szkodzenie wizerunkowi pracodawcy” przez skargi kierowane do ratusza. Czyli dokładnie to, do czego system go zachęcał.
Krótko mówiąc: zgłosił problem i dostał po d...ie. To nie jest jednostkowy przypadek. To staje się wzorcem.
Sygnaliści nie mają lekko
Hanna Radziejowska zgłosiła nieprawidłowości w Instytucie Pileckiego. Otrzymała potwierdzenie ochrony sygnalistki. Niedługo później została odwołana, a ministerstwo zaczęło tłumaczyć, że status przyznano jej „przez pomyłkę”.
Anna Duńska z PAIH alarmowała o chaosie i ryzykach finansowych. W odpowiedzi usłyszała zarzuty o „wynoszenie spraw na zewnątrz”. Skończyło się dyscyplinarką.
Gabriela Fostiak z Uniwersytetu Szczecińskiego prosiła o anonimowość. Zamiast ochrony została publicznie zidentyfikowana i sprowadzona do roli donosicielki.
Schemat jest niemal zawsze podobny.
Najpierw politycy mówią: zgłaszajcie nieprawidłowości. Potem gdy ktoś to robi, system przełącza się w tryb obronny. Trzeba taką osobę podważyć. Ośmieszyć. Ustawić jako problem.
Nie rozmawiać o faktach. Rozmawiać o człowieku.
I tu dochodzimy do problemu, znacznie głębszego niż wadliwie działająca ustawa.
W Polsce sygnalista wciąż społecznie nie jest postrzegany jednoznacznie pozytywnie. W wielu środowiskach nadal funkcjonuje stary, toksyczny kod kulturowy: nie wynosisz spraw na zewnątrz. Nie mówisz. Nie sypiesz. Nie kapujesz.
I jest on utrwalany przez samych polityków. Dają oni z góry przyzwolenie na takie zachowania.
– Cieszcie się, że w tzw. życiu politycznym nie ma tzw. sześćdziesiony (świadka koronnego - red.). Gdybym zaczął opowiadać, co się działo w życiu publiczno-medialno-politycznym, to...(...) Ci co mogą milczeć, niech milczą w tej sprawie, bo ja wiem, kto powinien milczeć – powiedział na antenie TVN24 Bartosz Arłukowicz.
To symptomatyczne.
Bo nawet jeśli padło to pół żartem, to odsłania pewien sposób myślenia. Ten sam, który każe bardziej podejrzliwie patrzeć na człowieka ujawniającego patologie niż na samą patologię.
Ten mechanizm widać także w sprawie Emila Jędrzejewskiego, który ujawnił kulisy funkcjonowania Szpitala Południowego. Choć formalnie nie ma on statusu sygnalisty, już zaczęła się negatywnia kampania wobec niego.
Donald Tusk pisze o „wątpliwej wiarygodności”. Roman Giertych publicznie rozważa, czy nie jest przestępcą. Kamila Gasiuk-Pihowicz punktuje, że „wiedział, nie powiedział”.
Te sytuacje pokazują coś, co wypacza sens instytucji sygnalisty. Zaczyna się atakować osobę, która zgłasza nieprawidłowości, a nie błędy systemu, które on ujawnia.
Sygnalista nie musi być krystaliczny
Najpierw pada pytanie: kim on jest? Dopiero później: czy mówi prawdę? A przecież powinno być odwrotnie.
Sygnalista nie musi być idealny. Nie musi być krystaliczny. Nie musi być święty. Czasem jest skonfliktowany z przełożonym. Czasem działa pod presją. Czasem popełnia błędy.
To wszystko może być prawdą. Ale żadna z tych rzeczy nie unieważnia z góry informacji, które przynosi.
Można nie lubić sygnalisty. Można nie ufać jego intencjom. Można zadawać trudne pytania.
Ale jeśli pierwszym odruchem państwa, instytucji i polityków jest podważenie wiarygodności człowieka zamiast sprawdzenia faktów, to wysyłamy społeczeństwu bardzo czytelny komunikat: milcz.
Bo jeśli się odezwiesz, procedura może cię nie ochronić. Ustawa może cię nie ochronić. Przełożeni mogą cię nie ochronić.
A politycy? Cóż. Oni mogą pierwsi rzucić kamieniem.
I to jest dziś największy problem polskiego systemu ochrony sygnalistów. Nie brak ustaw. Nie brak procedur.
Brak zaufania do ludzi, którzy mają odwagę powiedzieć: tutaj dzieje się coś złego.
I zaznaczę w tym miejscu: nie zawsze zgłoszenia muszą być prawdziwe. Ale każde należy sprawdzić.
Dopóki sygnalista będzie w Polsce podejrzanym z definicji, dopóty kolejne ustawy pozostaną głównie dekoracją.

