Pracownia SW Research przeprowadziła dla Zero.pl sondaż, w którym zapytano o to „czy Szymon Marciniak powinien zostać I prezesem Sądu Najwyższego?”. 12,1 proc. ankietowanych odpowiedziało „tak”, 30,6 proc. „nie”, a 57,3 proc. nie miało zdania.
Na pierwszy rzut oka to zabawne. Problem w tym, że tylko na pierwszy.
Więcej niż tysiąc słów
Bo ten sondaż mówi o Polsce więcej niż niejeden ekspercki raport o stanie państwa. Pokazuje bowiem coś, czego politycy i prawnicy od lat zdają się nie zauważać: część społeczeństwa kompletnie nie wie, czym jest Sąd Najwyższy i po co właściwie istnieje stanowisko jego pierwszego prezesa.
I trudno się temu specjalnie dziwić.
Od lat debata o wymiarze sprawiedliwości przypomina bardziej polityczny mecz podwyższonego ryzyka niż rozmowę o instytucjach państwa.
Jedni straszą „kastą”, drudzy „końcem demokracji”. Jedni mówią o anarchii prawnej, drudzy o przejmowaniu sądów. Można tak jeszcze długo wymieniać. Sądy stały się elementem politycznej gry. I w tym hałasie kompletnie zgubiono podstawowe pytanie: czym właściwie zajmuje się I prezes Sądu Najwyższego i dlaczego jego wybór ma znaczenie nie tylko dla prawników.

Czy Szymon Marciniak powinien zostać I prezesem Sądu Najwyższego? (fot. Zero.pl)
Dlaczego to ważne stanowisko?
A to przecież jedno z najważniejszych stanowisk w państwie.
Pierwszy prezes SN nie jest ceremonialnym strażnikiem pieczątek i gabinetowych zasłon. Kieruje pracami najważniejszego sądu w kraju, wpływa na organizację jego izb, uczestniczy w kształtowaniu linii orzeczniczej i, co szczególnie istotne, stoi na styku prawa oraz polityki konstytucyjnej.
Z urzędu przewodniczy Trybunałowi Stanu i zasiada w Krajowej Radzie Sądownictwa. Może zwracać uwagę na luki w prawie, opiniować projekty ustaw, kierować wnioski do Trybunału Konstytucyjnego. To stanowisko, które ma realny wpływ na to, jak działa państwo prawa.
Tyle że dla przeciętnego obywatela brzmi to abstrakcyjnie. Znacznie bardziej abstrakcyjnie niż spalony po półautomatycznej analizie VAR.
Problem polega jednak na czymś głębszym niż brak wiedzy o kompetencjach Sądu Najwyższego. Przez lata udało się skutecznie wmówić Polakom, że wymiar sprawiedliwości to osobny świat – zamknięty, hermetyczny i niezrozumiały. Wieża z kości słoniowej, w której jedni sędziowie spierają się z drugimi o procedury, a zwykły człowiek i tak nic z tego nie rozumie. A do tego wszyscy są źli.
Tymczasem Sąd Najwyższy schodzi pod strzechy znacznie częściej, niż wielu się wydaje. W sprawie o spadek po dziadkach. W sporze o granicę działki. W procesie o niezwróconą pożyczkę. W tysiącach uzasadnień sądów rejonowych i okręgowych pojawiają się odniesienia do orzecznictwa SN. To ono często wyznacza kierunek interpretacji prawa. Problem w tym, że przeciętny obywatel widzi tylko finał – wyrok. Ale nie widzi całego mechanizmu, który za nim stoi.
Dlatego sondaż o Szymon Marciniak nie jest tylko zabawną internetową ciekawostką. To diagnoza. Być może nawet bardziej brutalna niż kolejne raporty o stanie praworządności.
Bo jeśli dla części społeczeństwa I prezes Sądu Najwyższego brzmi jak funkcja, którą równie dobrze mógłby pełnić arbiter finału Ligi Mistrzów, to znaczy, że państwo przegrało coś znacznie ważniejszego niż polityczny spór o sądy. Przegrało walkę o zrozumienie własnych instytucji. A tego nie naprawi już nawet najlepszy VAR.

