Jean Moulin, jeden z liderów francuskiego ruchu oporu w trakcie II wojny światowej, nadaje się na bohatera wielu filmów. Łatwo wyobrazić sobie kronikę jego losów, nakręconą po bożemu, od kołyski aż po grób. Jeszcze łatwiej – heroiczny thriller o jego pierwszej internacji. Być może wieńczyłaby go scena, w której przyszły bohater narodowy zakrywa szalikiem bliznę po nieudanym samobójstwie.
Węgra László Nemesa, który do reżyserskiej pierwszej ligi wkroczył przed laty z „Synem Szawła” – opowieścią o Żydzie obsługującym krematoria w Auschwitz – też interesuje heroizm. Tyle że manifestowany w warunkach skrajnego upodlenia i w zderzeniu z niepowstrzymaną machiną terroru. W historii Moulina najciekawsze są dla niego fatalistyczne rymy: drugi pobyt w siedzibie Gestapo, kolejne próby samobójcze oraz ostatnia szansa, by ocalić człowieczeństwo.
Klaus Barbie czy Hans Landa?
Marzec, 1943 r. Moulin wyskakuje ze spadochronem z brytyjskiego samolotu i ląduje na francuskiej prowincji, skąd odbierają go towarzysze broni. Przerzucany z miejsca na miejsce pod fałszywym nazwiskiem, zmierza na spotkanie ze zjednoczonymi pod wspólnym sztandarem partyzantami.
Podążający w ślad za bohaterem operator pokazuje nam okupację w konwencji tradycyjnej historycznej epiki. Maluje za pomocą kamery elegancką miejską impresję, łączy intymną perspektywę z efektownymi szerokimi planami.
Jak nietrudno się domyślić, są to ostatnie chwile narracyjnego „oddechu”. Gdy Moulin dociera wreszcie na miejsce zbiórki, do drzwi puka Gestapo. Zaś bohater, wciąż zakonspirowany jako nadworny dekorator wnętrz miejscowej burżuazji, trafia prosto w paszczę lwa.
Szef placówki Klaus Barbie jest w obiektywie Nemesa symbolem bezdusznej efektywności Rzeszy. To po części cyniczny manipulator, a częściowo facet z monstrualnym kompleksem niższości. Zwany nie bez powodu „rzeźnikiem” z Lyonu, zbrodniarz przez wiele lat unikał kary dzięki współpracy z Amerykanami. Z kolei w popkulturze jego wizerunek scementował… Quentin Tarantino. Słynną postać „łowcy żydów” Hansa Landy z „Bękartów wojny” wzorował w znacznej mierze na Barbiem.
Film Tarantino, będący rozbuchaną fantazją o żydowskiej zemście na nazistach, powraca u Nemesa w zaskakującym kontekście. W akcie reżyserskiego okrucieństwa Węgier pozwala nam bowiem rozsmakować się najpierw w ekscytującym „pojedynku charakterów”, zaś w ramach fabularnej zmyłki przekonuje, że jest to starcie równorzędnych graczy. Przepychanki Moulina z Barbiem pełne są językowych gierek, efektownych tyrad i ledwie maskowanej pogardy.
Oczywiście to tylko zasłona dymna. Barbie jest panem życia i śmierci. Przypomina o tym zarówno długimi wykładami na temat posłannictwa Rzeszy, jak i kolejnymi aktami okrucieństwa, które wbijają się klinem w gładką fabularną tkankę. Wojenny epos zamienia się na naszych oczach w horror.
Wielkie role, precyzyjna reżyseria
Niektórym będzie przeszkadzać, że jest to horror zbudowany na prostej i efektownej opozycji: święty męczennik kontra diabeł wcielony. W moim przekonaniu to jednak najuczciwsza strategia artystyczna. – Nie zapomnijcie, kto tu jest wrogiem – mówi bohater, gdy rodacy zarzucają mu egotyzm oraz zbijanie politycznego kapitału kosztem dobra organizacji.
Moulina gra Gilles Lelouche, znany francuski reżyser i okazjonalnie aktor. Kreuje go na bystrego i przenikliwego obserwatora, w czym pomagają mu oszczędna mimika oraz kontrolowany z wielką precyzją język ciała. Wcielający się w Barbiego Lars Eidinger to z kolei tykająca bomba zegarowa. Facet bawi się figurą dowcipkującego, wyrafinowanego intelektualisty, by w ułamku sekundy spłonąć w akcie czystego sadyzmu.
Film Nemesa wygląda niczym odnaleziona na babcinym strychu pożółkła fotografia. To tylko jeden z powodów, dla których wstrząsający obraz męczeństwa Moulina uderza w drugiej połowie z pełną mocą. Nie pasuje on do ciepłych żółci i brązów, z którymi zwykliśmy kojarzyć epokę. Nie klei się również z narracją, przywodzącą na myśl tradycyjne kino historyczne.
Ten, kto zna losy Moulina, wie doskonale, że Francuz nie opuścił siedziby Gestapo. Mimo znajomego finału, stawka pozostaje jednak wysoka. Pokazując fizyczne i psychiczne cierpienie bohatera, węgierski reżyser zadaje ważne pytanie o naturę heroizmu.
W kinie zwykliśmy utożsamiać bohaterstwo z fotogenicznymi aktami odwagi. W życiu kojarzy nam się i z językiem, i z działaniem; zarówno z płomiennymi przemowami, jak i bezpieczeństwem poświęconym na ołtarzu wartości.
Bywa jednak i tak, że skalę heroizmu określają granice naszej wytrzymałości. Determinacja, z jaką milczymy. Konsekwencja, z którą pozostajemy wierni naszym ideałom. Cisza, w której trwamy, mimo rozpadu ciała i erozji umysłu. Takim bohaterom również należą się pomniki.

