W tym tygodniu działacze stowarzyszenia Rozwój Plus mają się ostatecznie zdecydować, czy chcą pozostać w Prawie i Sprawiedliwości. Kierownictwo PiS przygotowało formalną deklarację lojalności, w której członkowie partii mają pisemnie zapewnić, że nie należą już do żadnych wewnętrznych czy zewnętrznych stowarzyszeń politycznych. Mateusz Morawiecki oznajmił jednak, że działalność swojego stowarzyszenia będzie kontynuował.
Czytaj też: PiS zakazuje stowarzyszeń. Jarosław Kaczyński ostrzega posłów
Prezes się policzy
Czy to wszystko oznacza rozłam w największej partii opozycyjnej? Niekoniecznie. Jarosław Kaczyński przeprowadza „rozpoznanie lojalką”, bada efektywność własnej władzy i siłę wewnętrznej opozycji. Jeżeli za Morawieckim pójdą jego zwolennicy, prezes stanie przed trudnym dylematem i będzie musiał ponownie rozważyć zaakceptowanie autonomii nurtu reprezentowanego przez byłego premiera. Zmiana zdania to dla Jarosława Kaczyńskiego kłopot najmniejszy.
Jeżeli natomiast większość członków Rozwoju Plus się podporządkuje, nastąpią co najwyżej indywidualne secesje. Nawet jednak ogólna pacyfikacja partii problemów Prawa i Sprawiedliwości nie rozwiąże.
Pewnego dnia wszystko się kończy
„O jedenastej – powiada aktor – sztuka jest skończona” – tak właśnie nazwał swą książkę o fiasku polityki zagranicznej pułkownika Becka Stanisław Cat-Mackiewicz. Polityka balansowania między Zachodem a Niemcami była dobra na poziomie dyplomatycznej gry. Gdy jednak porządek międzynarodowy ostatecznie się załamał, możliwości dyplomatycznego balansu się skończyły, a słowa opadły jak suche liście z drzew. Szekspirowski tytuł książki Cata to efektowne ujęcie zasady, że zarówno odkładanie zasadniczych wyborów, jak i udawanie w polityce kończy się pewnego dnia.
Jarosław Kaczyński często opowiada o sondażu, który u początków jego pierwszej partii, Porozumienia Centrum (PC), przeprowadził Ludwik Dorn. Chodziło o to, ilu Polaków podziela ogólne nastawienie PC, chce w Polsce „modernizacyjnej chadecji”, łączącej katolicyzm i liberalizm oraz niepodległościowy patriotyzm i integrację europejską. Okazało się, że połączenie wszystkich tych elementów to zbiór zerowy.
Co więc pozostało Kaczyńskiemu, gdy okazało się, że jego osobiste poglądy mają mały odzew społeczny? To, co nieżyjąca już wybitna socjolog Jadwiga Staniszkis nazwała polityką „pastiszowego konserwatyzmu”. Pragmatyczna polityka opakowana w gromką retorykę.
Dotyczyło to w szczególności Unii Europejskiej. W tej kwestii różnice czasami wręcz wymyślano, jak w okresie zgodnej ratyfikacji traktatu lizbońskiego przez PiS i PO. PiS perorował wówczas o protokole z Joaniny albo ustawie kompetencyjnej, których dziś już nikt nie pamięta, do których nikt nie wraca ani się do nich nie odwołuje. Tymczasem wtedy ratyfikacja traktatu degradującego Polskę (ale również całą Europę Środkową) wymagała większości aż 2/3 głosów. PiS więc, choć był w opozycji, mógł po prostu ten traktat odrzucić. Wolał go przyjąć i jakoś to trzeba było „przykryć”.
Farba w drukarce się skończyła
Prezes Kaczyński lubi powtarzać, że do wyborców trzeba przemawiać drukowanymi literami. To założenie ma swoją „skuteczność” w postaci łatwiejszej mobilizacji wyborców. Oprócz owej względnej „skuteczności” ma jednak również skutki w postaci ogólnej brutalizacji języka, zaniku argumentacji i debaty publicznej.
Przede wszystkim jednak w postaci faktycznego uprawomocnienia agresji ze strony tych, przed których wpływem PiS powinien Polskę chronić, ze strony zwolenników władzy podważających nie tylko podstawowe wartości społeczne, ale wręcz wartości konstytucyjne. To jest to słynne wahadło, które, za mocno naciągnięte, odwinie z równą siłą w drugą stronę, przed czym PiS przestrzegał… gdy nie chciał podejmować jakiejś sprawy.
Jednak również wyborcza „skuteczność” takiego przekazu okazała się w końcu względna. Przekaz działał efektywnie tak długo, jak długo PiS miał monopol na reprezentację prawicowej opinii. W momencie pojawienia się Konfederacji PiS stanął przed zasadniczym politycznym dylematem. Mateusz Morawiecki i Przemysław Czarnek są tylko jego uosobieniem. Przemysław Czarnek to kontynuacja drukowanego dyskursu. Z wszystkimi jego ryzykami, jak w wypadku deklaracji o zawieszeniu pomocy Zachodu dla Ukrainy, jakiejkolwiek, zarówno zbrojeniowej, jak i rekonstrukcyjnej. A były premier?
Kwadratura koła
Polityczny i osobisty dramat Mateusza Morawieckiego polega na tym, że ma po prostu poglądy takie… jak Jarosław Kaczyński od zawsze, sprowadzające się do walki o miejsce przy unijnym stole, w kwestiach społecznych niewychodzące zbyt daleko poza liberalno-demokratyczną rutynę. Tyle że, jak pisałem wyżej, polityka Kaczyńskiego zawsze zakładała nie tyle reprezentację własnych poglądów, ile walkę o całą władzę, a to wymagało ubarwiania stanowiska, by dotrzeć do szerokiej patriotycznej, katolickiej, konserwatywnej opinii.
Mogło być gorzej. Morawiecki czeka na wyrzucenia, a Kotula na związki partnerskie
Morawiecki i Czarnek reprezentują więc napięcie między państwową polityką a wyborczym przekazem. Syntezą obu polityków jest jedynie sam Jarosław Kaczyński. Z osobna stanowią tylko problem. I to jest właśnie problem Prawa i Sprawiedliwości.

