W jednym z komiksowych zeszytów z cyklu „Amazing Spider-Man” autorstwa Stana Lee i Johna Romity tytułowy bohater odwiedza miejską pralnię. Takie życie – jeden kostium ufajdany błotem, drugi poszarpany przez superzłoczyńcę. Podczas gdy ciekawski tłum wlewa się do pomieszczenia drzwiami i oknami, Peter Parker, półnagi i z papierową torbą na głowie, przeżywa egzystencjalne katusze. Czasem trzeba sprać złoczyńcę na kwaśne jabłko. Kiedy indziej – wyprać gacie.
W najnowszym filmie o przygodach Człowieka-Pająka znalazło się nawiązanie do tej sceny, choć jej nastrój jest zupełnie inny. Zamiast frustracji mamy smutek, zmęczenie i rezygnację. Obraz wirującego w pralce spandeksowego kostiumu to elegancka metafora, nawet jeśli służy podkreśleniu tego, co przecież doskonale wiemy. Peter Parker to zwykły chłopak, „nasz” superbohater, pająk jak ty i ja.
Bezradność wobec trudów codzienności tłumaczy jego odporność na mody, wahania nastrojów widowni oraz finansowe tąpnięcia w Hollywood. Podczas gdy Kinowe Uniwersum Marvela próbuje wyciągnąć się za uszy z finansowego i artystycznego bagna, Spider-Man robi swoje. Śmiga na pajęczej nici między drapaczami chmur i ograbia nas z pieniędzy.
Fani kontra reszta świata. Kto niszczy współczesną popkulturę?
Spider-Man startuje od zera
W finale poprzedniego filmu międzywymiarowe perypetie bohatera doprowadziły świat na krawędź zagłady. Żeby ocalić ludzkość, Spider-Man musiał wprowadzić ją w stan kolektywnej amnezji. Dawni przyjaciele i sojusznicy wymazali z pamięci wszystkie wspólne chwile, a teraz nowi wrogowie wykorzystują fakt, że heros jest w swojej krucjacie przeciw złu osamotniony.
Dla etatowych scenarzystów cyklu, Chrisa McKenny i Erika Sommersa, podobne fabularne rozdanie to nie tyle obietnica czystego konta, co okazja do kolejnego remiksu znanej i kochanej historii. Każda relacja z odbudowywania dawnego życia jest przecież w gruncie rzeczy opowieścią o kryzysie tożsamości. Jakie cnoty czynią superbohatera? Gdzie przebiega granica między obowiązkiem a obsesją? Wreszcie – która z powinności przychodzi z wielką mocą (i z wielkim trudem)? Znacie? To posłuchajcie!
W opowieści o innym facecie w rajtuzach byłby to krok wstecz. W historii Spider-Mana to dwa kroki naprzód. Peter Parker, bez parasola ochronnego w postaci multimiliardera Tony’ego Starka (Robert Downey Jr.) i bez poręcznych scenariopisarskich wytrychów (czytaj: multiwersów), znów musi zakasać rękawy i zapracować na miano ulubieńca ciężko pracujących Nowojorczyków.
Na przeszkodzie staje mu nowy potężny wróg, zaś z obranej trasy spychają go podszepty pajęczej natury. Ten pierwszy „skacze” pomiędzy ciałami ludzi, zamieniając miasto w wielką grę planszową. Te drugie przybierają formę niebezpiecznych mutacji i jednocześnie okazują się sednem narracji o tożsamości Spider-Mana. Ponieważ Peter Parker coraz bardziej upodabnia się do swoich kuzynów-stawonogów, musi zadać sobie fundamentalne pytanie: ile par oczu wystarczy, by pozostać człowiekiem?
Paramount coraz bliżej przejęcia Warner Bros. Discovery. Komisja Europejska wydała zgodę
Głosuj na Punishera!
Natura kontra kultura, atawizmy przeciw społecznym prawom… Reżyser Destin Daniel Cretton nie jest Dostojewskim i nawet w obrębie opowieści o Spider-Manie nie wymyśla koła na nowo. Umieszcza jednak bohatera w wystarczająco ciekawych sytuacjach i sieje mu w głowie na tyle intrygujące dylematy, by emocjonalna stawka filmu pozostała wysoka.
Podoba mi się również, że sceny akcji są inteligentnie zestrojone z fabułą. Bez względu na to, czy Spider-Man ściera się w boju ze Skorpionem (Michael Mando), próbuje okiełznać rozjuszonego Hulka (Mark Ruffalo), czy wiruje w balecie śmierci razem z niebezpiecznym Klanem Dłoni, każda z tych sekwencji mówi nam nieco więcej o bohaterze. A co za tym idzie – odzwierciedla w ciekawy sposób jego najtrudniejszą misję, czyli układanie od nowa ludzkich (i pajęczych) priorytetów.
Podczas gdy scenarzyści rzucają w nas pomysłami i sprawdzają, co się przyklei, Tom Holland dwoi się i troi, żeby nasycić film intensywnymi emocjami. To bardzo dobra rola, być może najlepsza w trykocie Człowieka-Pająka. Z przyjemnością ogląda się jego dyskusje o fizyce cieczy ze starym-nowym przyjacielem Nedem (Jacob Batalon) oraz romantyczne wyznania pod adresem niewzruszonej MJ (Zendaya). Nieźle działają też „lustrzane” relacje z Punisherem (rozsadzający ekran charyzmą oraz prezencją Jon Bernthal) oraz tajemniczą postacią graną na zaskakująco subtelnych tonach przez gwiazdę „Stranger Things” Sadie Sink.
Stonowany humor odzwierciedla nieco poważniejszą konwencję, zaś chropowata faktura obrazu sugeruje, iż „dorosłość” Spider-Mana jest czymś więcej niż frazą w scenariuszu. Pozostaje się cieszyć, że u progu nowego dnia Peter Parker nie wraca do starych zwyczajów: czerstwych żartów, ciągłych popkulturowych nawiązań oraz kolejnych świadectw „uroczej nieporadności”.
Za dużo muszek w barszczu
Jeśli istnieje filmowy superbohater, który specjalizuje się w tego rodzaju „nowych otwarciach”, musi być nim właśnie Spider-Man. Kiedyś rytm tej opowieści odmierzały kolejne zgony wujka Bena oraz modyfikacje hasła o wielkiej mocy i jeszcze większej odpowiedzialności. Wspomniana maksyma wraca również w „Całkiem nowym dniu”, na szczęście kołem zamachowym filmu jest coś innego, mianowicie opowieść o życiu na własny rachunek.
Jak jeden psychiatra niemal zniszczył komiksy. Miliony mu uwierzyły
Tym większa szkoda, że na filmie, który mógł być kameralny i autonomiczny, cieniem kładzie się wielki marketingowy plan Marvela. Obecność Hulka i Czarnej Wdowy, ciągłe nawiązania do powszechnie nieoglądanych seriali telewizyjnych, postać będąca żywym zwiastunem kolejnej „fazy” filmowego uniwersum, dziesiątki autoreferencji… Oto danina, którą w korporacyjnym układzie twórcy muszą spłacić przed końcem roku – fiskalnego (w którym trzeba odwrócić wiatr po serii finansowych porażek) oraz kalendarzowego (gdy w kinach znów zawitają Avengersi).
Z jednej strony jest to całkowicie zrozumiałe. Poprzedni film o przygodach Spider-Mana zarobił w kinowych kasach blisko 2 mld dol. Z drugiej strony – wypada żałować, że poza ratowaniem Nowego Jorku Peter Parker musi też ratować Hollywood. „Całkiem nowy dzień” udowadnia, że rocznicowe spędy herosów w pelerynach oraz rozróby na galaktyczną skalę drenują Spider-Mana z wyjątkowości. Najlepiej byłoby mu gdzieś blisko domu. Tam, gdzie dzieliłby z nami radości, smutki i pralkę.


