Kontrowersje wokół koloru skóry bohaterów serialowej wersji „Harry’ego Pottera” oraz rebootu „Z archiwum X” to nowy odcinek starej telenoweli. Mniejszości rasowe, środowiska LGBT, kobiety i pokolenie Z znów robią skok na popkulturę. Trzeba działać! W końcu pompowanie toksyny do internetu to robota na pełen etat.

- Pojęcie społeczności fanowskiej, czyli tzw. fandomu, sięga XIX wieku oraz twórczości Jane Austen. Jednak to właśnie dziś, za sprawą rozwoju internetu oraz mediów społecznościowych, głos fandomów jest najdonośniejszy. Na dobre i na złe.
- Ludzie wzywający do bojkotu nowego „Harry’ego Pottera” czy „Władcy Pierścieni” mają swoje racje. Z perspektywy Hollywood oraz streamingowych gigantów są jednak tylko pionkami w cynicznej grze o wielkie pieniądze.
- Nie każda przeróbka kultowej opowieści to świętokradztwo. Analogicznie - nie każda zmiana koloru skóry, orientacji seksualnej czy nawet płci kultowych bohaterów jest zamachem na dzieciństwo ich fanów. Wszystko zależy od sensu tych zmian oraz od jakości produkcji.
W królestwie lochów, smoków i lateksowych majtek wstał nowy dzień. Dla hollywoodzkich bankierów to czas zasiewu przed wakacyjnymi zbiorami. Dla popkulturowych ultrasów - typowy wtorek pod znakiem wideł i pochodni.
Nauczyciel z Hogwartu zaplótł dredy, w Archiwum X zatrudniono czarnoskórych agentów, w dodatku za poważnego „Władcę Pierścieni” bierze się komik i prezenter talk show, Stephen Colbert. Na Netfliksie znów trwa parada równości, a smoking Jamesa Bonda przymierzają aktorzy o coraz węższych barkach i okrąglejszych szczękach. Czas zakasać rękawy i znów stanąć do walki o jedyną słuszną wizję popkultury.
Przy okazji tego pospolitego ruszenia jak bumerang powraca pytanie, do kogo właściwie owa popkultura należy? Do tzw. fandomów, czyli społeczności fanowskich, które najgłośniej manifestują swoje niezadowolenie z jej kształtu? A może do ciebie, do mnie, Krystiana spod dwójki i pani z warzywniaka? No bo jeśli do nas wszystkich, to jakoś musimy się nią podzielić.
Lubimy tylko to, co już znamy
Maszyna do recyklingu pracuje na szóstym biegu. Filmowe, literackie i komiksowe totemy naszego dzieciństwa trafiają do niszczarki. Z odłamków powstają ich kolejne, coraz gorsze wersje - kontynuacje, przeróbki, odbitki niewyraźnych oryginałów. Korporacje formatu Disneya rozmieniają na drobne własne dziedzictwo. Streamingowi giganci pokroju Netfliksa i Amazona nabywają prawa do naszych cennych wspomnień.
Super Mario Galaxy Film już w polskich kinach. Mario, Luigi i Yoshi w kosmosie
Dieta z tych przetworzonych produktów nam nie służy, ale i tak pałaszujemy w najlepsze. Gdyby było inaczej, nikomu nie opłacałoby się wyciągać z pawlacza animowanego „Króla Lwa” i zamieniać go w filmowy koszmarek. Nikt nie wmawiałby też dzieciakom, że poprzedni „Harry Potter” zestarzał się na tyle, by kręcić go na nowo. Albo że potrzebujemy kolejnego „Predatora”, tym razem w wersji familijnej, od lat pięciu do stu pięciu. Psy szczekają, karawana jedzie dalej.

Bohaterowie filmu „Predator: Strefa zagrożenia", reż. Dan Tratchenberg, 2025 (fot. materiały prasowe)
Choć cały proces trwa od dekad, nostalgia skutecznie dziurawi naszą pamięć. Bo przecież to, co dziś uznajemy za oryginalne, również było zapośredniczone, podkradzione, przemalowane na inny kolor. „Gwiezdne wojny” zbudowano na fundamentach klasycznych westernów, kina science-fiction lat 50. oraz przedwojennych filmów przygodowych. Kultowe horrory „Coś” Johna Carpentera oraz „Mucha” Davida Cronenberga były kolejnymi wydaniami filmów starszych o kilka dekad. Z kolei literacka i serialowa „Gra o tron”, która umeblowała wyobraźnię nowego pokolenia, to enta wersja rozdziału z podręczników historii; tego o XV-wiecznej Wojnie Dwóch Róż.
Żonglerka tymi przetworzonymi motywami nasiliła się w latach 80., gdy na mocy wielkiego ekonomicznego przetasowania w Hollywood zaroiło się od finansistów. To właśnie wtedy o kinie zaczęto mówić głównie przez pryzmat opłacalnych marek. Stąd gigantyczny szał na wszelkie sequele, spin-offy, remake’i oraz inne remiksy popkultury.
Sęk w tym, że to właśnie wtedy na świat przyszła najliczniejsza grupa nabywcza współczesnego rynku, czyli milenialsi. I do dla tej grupy filmowo-serialowa oferta lat 80. i 90., a także pierwszej dekady lat zerowych stała się absolutną świętością.
Jeśli zatem agenci FBI z Archiwum X są dziś czarnoskórzy (nową wersję ich przygód przygotowuje twórca oscarowych „Grzeszników” Ryan Coogler, nie są to jednak Mulder i Scully, tylko zupełnie nowe postaci), ma to podwójne znaczenie. Po pierwsze - ktoś tu próbuje zbić kapitał na naszej nostalgii, a przy okazji osadzić starą opowieść w nowym kontekście. Po drugie - nie oznacza to automatycznie, że nie warto mu kibicować. Wypadałoby jednak, by robił to wszystko z właściwych powodów.
„Lewaki” kontra „prawiczki”
Na polu bitwy o popkulturę stoją dwa forty. Jednego bronią, z braku lepszego słowa, „konserwatyści”. Nie w smak im zmiany płci, koloru skóry oraz orientacji seksualnej kultowych postaci. Fabularny kanon to w ich oczach biblia, zaś wszelkie próby dłubania przy nim traktują jak niszczenie mojżeszowych tablic.
W najlepszym wypadku ich amunicją jest sarkazm. W najgorszym - pogarda. Głównie wobec hollywoodzkich decydentów, strachliwych dziennikarzy oraz zaczadzonych „lewacką ideologią” widzów. To, co zaczyna się jak zdrowy protest, często kończy się w rejonach ekstremizmu – od werbalnej agresji wobec bliźniego, po groźby karalne pod adresem filmowców.
Paweł Pawlikowski wraca do Cannes. Twórca „Idy” i „Zimnej wojny” powalczy o Złotą Palmę
Drugi przyczółek zajmują strażnicy tzw. „nowej obyczajowości”. Ci z kolei chcieliby, żeby popkultura odzwierciedlała przede wszystkim polityczne zmiany oraz wielkie światopoglądowe i ideologiczne tąpnięcia. O swoich przeciwnikach, czyli „incelach” i „40-letnich prawiczkach” z „ciemnogrodu”, opowiadają protekcjonalnym tonem.
Po pasie ziemi niczyjej spacerują tymczasem "zwykli widzowie”, których coraz trudniej zdefiniować. Jako jeden z nich, życzyłbym sobie czegoś, co przy takiej polaryzacji wydaje się niemożliwe. Chciałbym, żeby hollywoodzcy decydenci traktowali lektury naszej młodości z szacunkiem. Fandomy natomiast powinny otworzyć okna i dostrzec spacerujące po ulicach nowe pokolenie; ludzi o zupełnie innej wrażliwości oraz diametralnie różnych potrzebach względem kultury popularnej.
Czym jest fandom i do czego jest zdolny?
Pojęcie fandomu nie jest nowe. Wywodzi się z XIX-wiecznej literatury i sięga czasów Jane Austen. Popularność pisarki była wówczas tak duża, że w końcu jej najwierniejsi entuzjaści zaczęli zerkać spode łba na przygodnych czytelników. Za Austen poszli kolejni - Arthur Conan Doyle, H.P. Lovecraft, Juliusz Verne.
Reszta to już historia: Ameryka lat 60., gdzie narodzili się fani „Star Treku”, czyli tzw. trekkies; powojenna Japonia, w której rozwinęła się kultura fandomów komiksowej mangi oraz filmów anime; współczesna Polska, gdzie nie można podnieść ręki na „Znachora” - zwłaszcza na Wielkanoc.
Dziś, mówiąc w dużym skrócie, zbieramy owoce tych doświadczeń. Z tą różnicą, że po raz pierwszy jako fani mamy tak donośny głos. Zderzając się z cynizmem wielkich studiów filmowych oraz streamingowych graczy, zaczynamy traktować filmy, gry i seriale w kategoriach czysto transakcyjnych: płacę - wymagam.
Dzięki mediom społecznościowym oraz niedocenianej sile marketingu szeptanego mamy zresztą realny wpływ na to, jak powstają filmy. Jeszcze parę lat temu śmialiśmy się z petycji o zmianę finału „Gry o tron”, podpisanej przez kilka tysięcy internetowych „frustratów”. Dziś takie petycje nie pozwalają hollywoodzkim producentom zmrużyć oka.
Bywa, że podobny rodzaj presji przynosi satysfakcjonujące rezultaty – twórcy ekranizacji popularnej gry „Sonic” zmienili wygląd tytułowego bohatera po interwencji fanów rozczarowanych zwiastunem. Bywa jednak i tak, że prowadzi to do absolutnej katastrofy. Kuriozalny film „Gwiezdne wojny: Skywalker Odrodzenie” J. J. Abramsa został nakręcony w dużej mierze „na życzenie” fanów, w ramach przeprosin za odważniejszą artystycznie i odwróconą plecami do fandomu poprzednią część.
Jak się dogadać?
Ten, kto powiedział, że sztuka nie znosi demokracji, ewidentnie nie przewidział takiego rozwoju wypadków. I co do zasady jest to sytuacja dla sztuki niebezpieczna. Nic więc dziwnego, że twórcy - przynajmniej ci, którzy nie posypują głowy popiołem - próbują kontratakować.

Jeż Sonic przed i po swojej swojej operacji plastycznej. Kadry ze zwiastunów filmu „Sonic: Szybki jak błyskawica”, reż. Jeff Fowler, 2020 (fot. materiały prasowe)
Gwiazdy ubliżają fanom w mediach społecznościowych. Producenci oskarżają ich o kolejne kasowe porażki, zaś reżyserzy - o zawłaszczanie kultury popularnej. Jako artyści są na straconej pozycji – czy tego chcą, czy nie, w obecnym układzie stworzone przez nich dzieła są już dobrem wspólnym.
Jak nietrudno się domyślić, jeszcze mocniej nakręca to spiralę wzajemnej niechęci. Odpowiedzią fandomów jest bowiem pogłębiająca się nieufność. Fani nie ufają producentom i reżyserom, bo ci usługują mniejszościom i zbijają kapitał na woke culture. Nie ufają też mediom - te chodzą przecież na pasku reklamodawców i zawsze ustawiają się plecami do wiatru. Z pobłażliwością traktują nawet innych fanów – zwłaszcza tych, którzy nie podzielają zerojedynkowej wizji świata.
„Dzięki, Timmy!”, czyli jak wpadka hollywoodzkiego gwiazdora pomogła operze
Po prawdę ruszają na YouTube, ulegając iluzji, że coraz popularniejsi konserwatywni krytycy popkultury nie są uwikłani w żadne biznesowe układy z dystrybutorami filmowymi; że ich połajanki nie wynikają z politycznego zacietrzewienia, tylko z miłości do kina; że ich twórczość jest wyrazem pokoleniowego gniewu, a nie czystego koniunkturalizmu.
W międzyczasie wkurza ich wszystko. Parytety, koordynatorzy intymności, filozofia inkluzywności, silne kobiety i słabi mężczyźni, wątki LGBT, śmieszkowanie z patriarchatu, czarnoskórzy w rolach „zarezerwowanych” dla białych…
Po części rozumiem ten gniew, gdyż bardzo rzadko za odhaczaniem „obowiązkowych punktów programu” idzie frajda z opowiadania historii, albo jakość samej produkcji. Nie będzie też wielką kontrowersją, jeśli powiem, że jedną z przyczyn artystycznego i ekonomicznego upadku Hollywood jest majtanie się na wietrze obyczajowych zmian jak chorągiewka i próba zadowolenia wszystkich. W myśl zasady, że serce fana bije dwa razy szybciej i krwawi dwa razy mocniej, wiem, jak to jest, gdy ktoś majstruje przy naszych ukochanych filmach, serialach lub grach.
Z drugiej strony, trochę mnie jednak ta cudza agresja frustruje. Być może dlatego, że sednem popkultury jest w moim przekonaniu rytuał, czyli doświadczenie wspólnotowe. Możemy być w tym rytuale głośni, bezlitośni, a nawet płonąć gniewem. Byle ze sobą rozmawiać i nie obsadzać wrogich szańców.
Ostatecznie bowiem w popkulturze chodzi o nas. Nie o Harry’ego Pottera. On sobie jakoś poradzi. Jest czarodziejem.
