Reklama
Kultura

Jak jeden psychiatra niemal zniszczył komiksy. Miliony mu uwierzyły

Kilkadziesiąt lat przed debatami o internecie czy grach Amerykę ogarnęła panika moralna wywołana przez… komiksy. Jej twarzą stał się psychiatra Fredric Wertham. Przekonywał miliony, że kolorowe zeszyty deprawują dzieci i rodzą przestępczość. Choć jego „naukowe dowody” były wyssane z palca, wywołał ogólnokrajową histerię. Jak jeden człowiek zmanipulował całe społeczeństwo?

Michał Chudoliński
Opinia autorstwa: Michał Chudoliński
Dzisiaj 15:47
12 min
BATMAN (fot. Twentieth Century-Fox / East News)
TYLKO NA
  • Amerykańska panika antykomiksowa z lat 50. nie wynikała wyłącznie z obecności krwi na okładkach, ale z przerażenia dorosłych nagłą autonomią konsumencką dzieci. Kolorowe zeszyty były tanie i dostępne poza jakąkolwiek kontrolą szkoły, Kościoła czy rodziców.
  • Fredric Wertham nie był szalonym cenzorem, lecz szanowanym psychiatrą o ogromnej wrażliwości społecznej, co dało jego krucjacie pozór naukowej powagi. Jak wykazały późniejsze badania, w swojej słynnej książce manipulował dowodami i naginał wypowiedzi pacjentów pod gotową tezę.
  • Powstanie Comics Code Authority udowodniło, że najskuteczniejsza cenzura rodzi się z lęku samej branży przed utratą rynku i reputacji. Choć państwo nie zakazało komiksów ustawowo, wydawcy sami drastycznie okaleczyli własny język artystyczny.

Gdy dziś mówimy o „szkodliwym wpływie mediów”, zwykle myślimy o TikToku, deepfake’ach, przemocy ekranowej i dzieciach zostawionych samych na sam z cyfrowym chaosem. Tymczasem jedna z najważniejszych panik medialnych XX wieku wybuchła wokół medium znacznie skromniejszego: tanich, kolorowych zeszytów komiksowych, kupowanych za drobne w kioskach i czytanych poza kontrolą szkoły, rodziców oraz bibliotekarzy.

Przeczytaj także: Popkulturowa Republika Ludowa

Psychiatra Fredric Wertham nie wymyślił tej paniki sam. Dał jej jednak twarz, język i pozór naukowej powagi. W książce „Seduction of the Innocent” przekonywał, że komiksy deprawują dzieci, uczą przemocy, seksualizują wyobraźnię, podważają autorytet rodziców i całego porządku społecznego. Problem w tym, że jego książka była bardziej aktem oskarżenia niż rzetelnym badaniem. Polskie wydanie „Doktora Bezwartościowego” Harolda Schechtera i Erika Powella jest więc dobrym pretekstem, by wrócić nie tylko do Werthama jako „wroga komiksów”, lecz także do większego pytania: jak nierzetelna wiedza staje się skuteczna, gdy podchwytują ją media, politycy i przestraszeni dorośli?

Reklama
Reklama

Komiks jako podejrzany

Ameryka początku lat 50. pachnie papierem gazetowym, farbą drukarską i drobnymi wyciąganymi z kieszeni przez dzieci. W kioskach i sklepach leżą zeszyty za dziesięć centów: horrory, kryminały, westerny, opowieści wojenne, superbohaterowie. Kolorowe, często brutalne, zawsze łatwo dostępne. Komiks jest wtedy jednym z najbardziej demokratycznych mediów masowych: tani, szybki, seryjny, kupowany bez pośrednictwa dorosłych. I właśnie to okaże się równie niepokojące jak same sceny przemocy. Panika wokół komiksów nie była bowiem wyłącznie paniką przed nożem, pistoletem, trupem na okładce czy potworem wychodzącym z grobu. Była paniką przed dziecięcą autonomią konsumencką. Dziecko samo wybierało, samo płaciło, samo czytało – poza szkołą, biblioteką i Kościołem.

Przeczytaj także: Arleta Bojke redaktor naczelną Zero TV. W planach nowe formaty

Dla wydawców komiks był przemysłem rozrywki. Dla dzieci – intensywną wyobraźnią, czasem bardziej żywą niż szkolna lektura. Dla krytyków kultury – dowodem rozpadu smaku i autorytetu. Dla Fredrica Werthama – laboratorium społecznej patologii. Nie znaczy to, że każdy komiks sprzed Comics Code Authority zasługuje dziś na bezwarunkową obronę.

Tzw. „pre-code comics” naprawdę bywały brutalne, cyniczne, eksploatacyjne, czasem mizoginiczne i projektowane tak, by przyciągać oko obietnicą zakazanego dreszczu. Problem nie polegał na tym, że Wertham zauważył przemoc. Problem polegał na tym, że uczynił z niej uniwersalne wyjaśnienie przestępczości, kryzysu wychowania i lęku dorosłych przed kulturą masową.

Reklama
Reklama

Kim był Wertham zanim został „doktorem bezwartościowym”

Zanim Fredric Wertham obwieścił fanom komiksu bezwzględną krucjatę, był jednym z tych europejskich lekarzy emigrantów, którzy w Ameryce próbowali połączyć kliniczną wiedzę o psychice z diagnozą społeczeństwa. Urodzony w Niemczech, wykształcony w tradycji psychiatrii kontynentalnej, nie myślał o chorobie psychicznej wyłącznie jako o awarii jednostki. Interesowało go środowisko: bieda, przemoc, rasizm, instytucje, szkoła, sąd. Pracował z osobami wykluczonymi, badał przestępczość, występował jako ekspert w sprawach sądowych. W 1946 roku współtworzył w Harlemie Lafargue Clinic – tanią, dostępną poradnię psychiatryczną dla Afroamerykanów.

Przeczytaj także: Ty portfel we mnie masz. „Toy Story 5” rozbija bank, ale czy podbija serce?

Właśnie dlatego Werthama nie warto od razu zamieniać w karykaturę cenzora z pianą na ustach. Był psychiatrą z pozycją, doświadczeniem, społeczną wrażliwością i realnym autorytetem. I właśnie to uczyniło jego antykomiksową krucjatę tak skuteczną. Gdyby identyczne tezy o deprawującej sile obrazków wygłaszał publicysta, można byłoby je potraktować jako kolejną odsłonę moralnej histerii. Gdy mówił lekarz, brzmiały jak diagnoza cywilizacyjna.

Narodziny krucjaty: od kliniki do kiosku

Krucjata Werthama nie zaczęła się w kiosku, lecz w gabinecie. Psychiatra widział młodych pacjentów, rozmawiał z nimi o przemocy, lęku, przestępczości, rodzinach, szkole i ulicy. Zauważył też coś, co w Ameryce początku lat 50. nie było szczególnie zaskakujące: wielu z nich czytało komiksy.

Reklama
Reklama

W kraju, w którym kolorowe zeszyty sprzedawały się w milionach egzemplarzy, podobna obserwacja mówiła mniej więcej tyle, że młodzi ludzie oddychali tym samym powietrzem kultury masowej. Wertham poszedł jednak dalej. Skoro młodociani przestępcy czytają komiksy, komiksy mogą współprodukować przestępczość.

W jego myśleniu komiks nie był językiem, konwencją, fantazją ani grą gatunkową. Nie był też przestrzenią przesady, maski i metafory, gdzie trup na okładce bywa elementem jarmarcznej obietnicy dreszczu. Wertham traktował komiks jak instrukcję obsługi przemocy: obraz miał wdrukowywać się w dziecięcą wyobraźnię, podsuwać gesty, techniki, role i pragnienia. Stąd jego obsesja na punkcie okaleczeń, broni, erotyki, horrorów EC Comics, relacji Batmana i Robina czy niezależności Wonder Woman.

„Seduction of the Innocent”: książka jako maszyna paniki

„Seduction of the Innocent” nie było klasyczną monografią naukową. Bardziej przypominało maszynę paniki: połączenie raportu klinicznego, publicystycznego pamfletu i albumu dowodowego. Wertham układał swoje argumenty tak, by czytelnik miał wrażenie, że stoi wobec przytłaczającej lawiny faktów. Obok opisów młodych pacjentów pojawiały się reprodukcje kadrów, streszczenia komiksowych scen, cytaty z dzieci, przykłady reklam, opowieści o przemocy i sugestie seksualnych podtekstów.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Siedem punktów. Jakub Żulczyk radzi, jak pisać (i przepisywać)

Problem polegał na tym, że siła retoryczna nie była równoznaczna z siłą dowodową. Wertham dobierał przykłady pod gotową tezę, wyrywał kadry z kontekstu, traktował skrajne przypadki tak, jakby odsłaniały regułę całego medium. Dziecięce wypowiedzi stawały się potwierdzeniem diagnozy, a nie materiałem wymagającym ostrożnej interpretacji. Komiks nie był dla niego językiem, który można czytać lepiej lub gorzej, lecz podejrzanym przedmiotem, którego winę należało ujawnić.

Późniejsze badania Carol L. Tilley pokazały, że problem był jeszcze poważniejszy niż sama nadinterpretacja. Wertham nie tylko upraszczał materiał, lecz także manipulował nim, zniekształcał go i wzmacniał retorycznie tam, gdzie brakowało twardych podstaw. Właśnie dlatego „Seduction of the Innocent” pozostaje tak ważnym dokumentem w historii kultury popularnej.

Autorytet i efekt śnieżnej kuli

„Seduction of the Innocent” nie weszło do debaty jako samotny krzyk psychiatry stojącego na marginesie. Książka trafiła w sam środek opiniotwórczego obiegu: została zauważona przez środowiska edukacyjne, bibliotekarzy, rodziców, organizacje obywatelskie i polityków szukających języka do opisu lęku przed młodzieżą. Gdy „New York Times” i inne instytucje publicznego zaufania potraktowały ją z powagą, prywatny niepokój dorosłych dostał certyfikat racjonalności. Rodzic, który wcześniej podejrzliwie patrzył na kolorowy zeszyt w rękach dziecka, mógł teraz powiedzieć: to nie moja przesada, to mówi ekspert, to staje się sprawą publiczną.

Reklama
Reklama

Przeczytaj także: Marcus Miller wraca do dziedzictwa Milesa Davisa. Wyjątkowy koncert w Warszawie

Kiedy sprawa komiksów trafiła przed senacką podkomisję do spraw przestępczości młodzieży, panika zyskała oficjalną scenę. Senator Estes Kefauver nie występował wyłącznie jako zatroskany obrońca dzieci. Był politykiem świadomym siły widowiska, zainteresowanym przestępczością, rynkiem dystrybucji prasy i tym, jak łatwo niepokój społeczny można przełożyć na język publicznej odpowiedzialności. Komiksy nadawały się do tego idealnie. Wystarczyło podnieść okładkę horroru lub kryminału, by zamiast dyskusji o rynku i rodzicielskiej kontroli otrzymać prosty obraz zagrożenia.

W tym spektaklu Wertham występował jako człowiek nauki mówiący głosem troski. Po drugiej stronie znalazł się William Gaines z EC Comics, wydawca próbujący bronić prawa do mocniejszej, gatunkowej, często makabrycznej rozrywki. Ale to nie była debata równych języków. Jedna strona mówiła: „chronimy dzieci”. Druga musiała tłumaczyć, dlaczego horror nie jest zbrodnią, przesada nie jest instrukcją morderstwa, a obraz nie działa na wyobraźnię jak automatyczny rozkaz.

Polityka nie musiała ostatecznie zakazać komiksów ustawowo. Wystarczyło stworzyć atmosferę, w której branża zrozumiała, że jeśli sama się nie ukarze, zostanie ukarana z zewnątrz. Tak narodził się najskuteczniejszy rodzaj cenzury: nie zawsze zapisany w prawie, ale wpisany w lęk przed utratą rynku, reputacji i prawa do dalszego istnienia.

Reklama
Reklama

Comics Code: cenzura bez cenzora

Comics Code Authority było cenzurą bez jednego cenzora. Formalnie nie przyszedł urzędnik państwowy, nie zamknął wydawnictw i nie zakazał komiksów ustawą. Branża zrobiła to sama – ale zrobiła to pod presją paniki, złej prasy i lęku przed regulacją z zewnątrz. Kodeks miał uspokoić rodziców, polityków i dystrybutorów, lecz w praktyce radykalnie zwęził język amerykańskiego komiksu. Przestępca nie mógł być zbyt fascynujący, zło zbyt atrakcyjne, horror zbyt sugestywny, seksualność zbyt widoczna.

Przeczytaj także: Kongres Zero: Wiśniewski szczerze o wizerunku „Jestem dzieciorobem i hazardzistą”

Skutki były estetyczne i rynkowe. Osłabły albo zniknęły całe obszary przedkodeksowych komiksów: horror, crime, część romansu, mroczniejsza satyra, opowieści podszyte społecznym niepokojem. EC Comics, wydawnictwo najbardziej kojarzone z inteligentną, drapieżną i makabryczną rozrywką, w praktyce zostało wypchnięte z rynku zeszytowego. „Mad” przetrwał, ale dzięki ucieczce w format magazynu, poza zasięg kodeksu.

Byłoby wygodnie napisać, że Fredric Wertham sam zabił amerykański komiks. Rzeczywistość była jednak bardziej skomplikowana. Komiksowy przemysł już wcześniej działał pod presją. Zmieniały się modele dystrybucji, rosła konkurencja telewizji, część formuł gatunkowych zaczynała się zużywać, powojenna konsumpcja przesuwała uwagę dzieci i rodzin w inne strony, a relacje między wydawcami, drukarniami, hurtownikami i sprzedawcami były kruche.

Reklama
Reklama

Wertham był raczej katalizatorem niż jedyną przyczyną. Telewizja była ciosem w szczękę, zmiany dystrybucyjne podcinały nogi, Wertham położył but na gardle, a Comics Code stał się podpisanym przez samą branżę wyrokiem w zawieszeniu. To właśnie dlatego jego rola pozostaje tak istotna. Nie stworzył wszystkich problemów amerykańskiego komiksu, ale pomógł zorganizować je w jedną opowieść o winie. A gdy rynek zaczął się chwiać, ta opowieść okazała się silniejsza niż fakty.

„Doktor Bezwartościowy”: biografia człowieka

Polskie wydanie „Doktora Bezwartościowego” uruchamia przewrotny paradoks: oto komiks opowiada o człowieku, który komiksowi wyrządził jedną z największych historycznych krzywd. Można by więc oczekiwać aktu zemsty medium na dawnym oskarżycielu, efektownego procesu pokazowego z Werthamem w roli czarnego charakteru.

Tymczasem najciekawsze w tej biografii jest coś innego: przesunięcie uwagi z samego mechanizmu Comics Code na człowieka, który do tego mechanizmu przyłożył rękę. Schechter i Powell patrzą nie tylko na antykomiksową krucjatę, lecz także na wcześniejszą karierę psychiatry, jego fascynację zbrodnią, ambicje i społeczne zaangażowanie.

Reklama
Reklama

Jeśli czytelnik oczekuje pełnej, panoramicznej historii amerykańskiego rynku komiksowego i narodzin Comics Code, może poczuć niedosyt. Jeśli jednak interesuje go portret człowieka, który z mieszaniny dobrych intencji, zawodowej ambicji i metodologicznej pychy współtworzył jedną z najbardziej wpływowych panik medialnych XX wieku, „Doktor Bezwartościowy” może okazać się lekturą cenną. Sam tytuł jest zresztą prowokacyjnie łatwy. Wertham był w sprawie komiksów szkodliwy, ale nie był człowiekiem bez wartości.

Przez dekady to komiks siedział na ławie oskarżonych: kolorowy, tani, krzykliwy, podejrzany, rzekomo winny demoralizacji dzieci i rozkładu społecznych autorytetów. Dziś na tej samej ławie coraz częściej sadzamy Werthama. Nie jako potwora z kreskówki ani wygodnego czarnego charakteru fandomowej legendy, lecz jako przestrogę.

Jego historia pokazuje, że kultura popularna potrzebuje krytyki, ale krytyka bez rzetelności szybko zamienia się w narzędzie symbolicznej przemocy. Wertham nie zdewastował amerykańskiego komiksu dlatego, że miał rację. Zadziałał, bo trafił w moment, który potrzebował prostego winnego. Najbardziej niebezpieczne w jego historii nie było więc to, że nie lubił komiksów. Najbardziej niebezpieczne było to, że społeczeństwo tak bardzo chciało mu uwierzyć.

Źródło: Zero.pl
Michał Chudoliński
Michał ChudolińskiKrytyk filmowy i komiksowy, autor książki „Mroczny Rycerz Gotham – szkice z kultury popularnej”, wykładowca Uniwersytetu Civitas, twórca podcastu „Gotham w deszczu”, Laureat Nagrody Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej - autor zewnętrzny