Rozpoczynający się ósmy tydzień amerykańskiej wojny w Iranie jeszcze parę godzin temu nie zapowiadał się przełomowo. Obie strony wciąż nie pałają do siebie wielką sympatią, każdorazowo podkreślając swoją nieufność.
Nie bez znaczenia był fakt ujawnienia wrażliwych szczegółów negocjacji przez Donalda Trumpa. Prezydent USA pochwalił się, że 400 kg wzbogaconego irańskiego uranu trafi do USA, a Teheran zgodził się na wieloletnie zawieszenie programu atomowego. Irańczycy odebrali to jako próbę narzucenia narracji i przedstawienia ich jako strony, która już zaakceptowała ustępstwa.
Republikanin po raz kolejny wykazał się brakiem zrozumienia lokalnego kontekstu, potraktował przeciwnika „z buta”, co o ile w sztuce wojny jest jakoś zrozumiałe, o tyle w sztuce dyplomacji jest wykluczone.
Być może Trump chciał wykazać się sprytem, utrzymując pewną niejednoznaczność – to faktycznie w negocjacjach może być przydatne, ale na samym ich początku. Z kolei sprawne manewrowanie, blefowanie, przydaje się na samym ich końcu, aby – rzutem na taśmę – osiągnąć pożądany rezultat. Wydaje się, że Donald Trump wybrał oba mechanizmy na raz i miesza nimi ze zmienną częstotliwością kilku godzin.
Republikanin, opętany starą filozofią amerykańskiego sukcesu, wciąż marzy o zdobyciu kolejnego, potem jeszcze następnego i jeszcze jednego. Jednak teoria stałego wzrostu jest wszakże filozofią komórki rakowej.
Być może z tego powodu Trump ogłasza kolejne „zakończenie światowego konfliktu”, a od początku kadencji miał rozwiązać dziewięć wojen.
79-latek nie wie, że sukces w polityce – oprócz wielu innych kwestii – mierzony jest dwoma czynnikami: rozpoznawalnością oraz wiarygodnością. Tę pierwszą cechę Trump miał na długo przed wejściem do walki o władzę. Miliarder z odziedziczonym majątkiem, bankrut, biznesmen, playboy, członek nowojorskiej elity, underdog.
O Trumpie zawsze było głośno
Schody zaczęły się dopiero przy wiarygodności – nawet jego rdzenny elektorat przestaje mu wierzyć w powodzenie misji w Iranie. W zaledwie ponad rok grupa republikanów popierających go w tej kwestii skurczyła się o ponad 20 proc., choć nadal ufa mu prawie dwie trzecie. To mocny sygnał alarmowy dla obecnej administracji przed wyborami połówkowymi w listopadzie, które – na ten moment – zapowiadają się katastrofalnie.
Taktyka negocjacyjna lokatora Białego Domu wchodzi także na niebezpieczny odcinek mediów tradycyjnych. Nie ma dnia, żeby Donald Trump nie udzielił kilku wywiadów telewizjom, chwaląc się swoimi osiągnięciami dyplomatycznymi, karcąc swoich przeciwników, grożąc Iranowi.
Poziom absurdu przebił skalę, gdy w poniedziałek Trump poinformował o trwającej właśnie podróży amerykańskich negocjatorów na rozmowy pokojowe w Islamabadzie. Do wtorkowego poranka samolot z wiceprezydentem J.D. Vancem wciąż jeszcze nie wystartował z Waszyngtonu.
Zmierzch celebryctwa
Trump w drugiej kadencji, jak nigdy wcześniej, walczy też ze swoją zanikającą popularnością, będąc wciąż zakładnikiem telewizyjnych ratingów – w tej materii jest jak rekin, i wyznaje zwierzęcą zasadę: jak najwięcej ruchu, bo utonę.
Pierwotny odruch przejawia także wobec swojego otoczenia, obwiniając wszystkich innych za swoje niepowodzenia – od członków administracji zaczynając, przez współpracowników, (fake newsowe) media, politycznych rywali, a nawet… papieża Leona XIV. Chrześcijańska sentencja o widzeniu źdźbła w oku bliźniego, a niewidzeniu belki w swoim wydaje się nie dotyczyć 79-latka.
W amerykańskiej wojnie z Iranem brakuje także zrozumienia i zniuansowania złożonej specyfiki Bliskiego Wschodu. Prezydent czerpiący podstawową wiedzę z rolek – codziennego dwuminutowego podsumowania wojny – może wypaczać obraz postępów militarnych, a powaga Zachodniego Skrzydła została zredukowana do poziomu mema.
Wojna jest kobietą. Trump pozbył się nie tej
Zapowiadane przez Trumpa „ogień i furia” coraz bardziej przypominają zachowanie pewnego brytyjskiego publicysty motoryzacyjnego, dla którego jedynym rozwiązaniem była „moc i prędkość” – także w przypadku zakopanego w błocie na pół metra samochodu.
Najgroźniejsze w tej historii nie jest to, że Donald Trump mówi za dużo, myli fakty i codziennie zmienia zdanie. Najgroźniejsze jest to, że człowiek prowadzący wojnę i negocjacje jednocześnie zachowuje się tak, jakby oba te procesy były jedynie kolejnym sezonem medialnego show. A gdy polityka staje się spektaklem, kulisy zawsze płoną naprawdę.

