Reklama
Reklama
Moto

Rowerzyści kontra piesi: przejście przez drogę rowerową to sport ekstremalny

Wydawałoby się, że przejście przez drogę dla rowerów to bardzo prosta rzecz: rozglądasz się, a jeśli nie nadjeżdża żaden rowerzysta, to przechodzisz. Nic bardziej mylnego, w Warszawie mamy trzy równoległe światy, a dwa z nich to generatory bezustannych konfliktów. Pojechałem rowerem do centrum, żeby to zobaczyć.

Tymon Grabowski
Felieton autorstwa: Tymon Grabowski
Dzisiaj 07:28
7 min
Droga dla rowerów przecina chodnik na Woli. Nowy projekt budzi kontrowersje. (fot. Tymon Grabowski / materiały własne)

Reklama

  • Niedawno burmistrz warszawskiej dzielnicy Wola chwalił się otwarciem nowej drogi rowerowej. W komentarzach wrzało z powodu absurdalnego projektu.
  • Drogi rowerowe w Warszawie to horror, jeśli chodzi o oznakowanie. Nikt nie wie kto ma pierwszeństwo, a dostawcy na elektrycznych motorowerach sieją postrach.
  • W 2025 r. obiecywano usunięcie oznakowania, które wprowadza pieszych w błąd. Owszem, jakieś prace rozpoczęto, ale nie w newralgicznych miejscach.

Reklama

Rozwój sieci dróg rowerowych w Warszawie momentami może naprawdę imponować. Oddane w ostatnich latach odcinki pozwalają względnie łatwo przejechać przez centrum miasta, co wcześniej było niemal niemożliwe. Często korzystam z fragmentu wzdłuż wiaduktu przy Dworcu Centralnym, regularnie też podjeżdżam pod górę nową drogą przy Spacerowej. Jako rowerzysta czuję się wręcz dopieszczony szerokimi, asfaltowymi fragmentami. A potem zsiadam z roweru i zostaję pieszym.

Znajduję się wtedy w samym środku chaosu i niezrozumiałego oznakowania

Warszawski ratusz w zeszłym roku przedstawił jasne stanowisko: wymalowane na drogach rowerowych „zebry” były błędem i powinny poznikać. Nawet w niektórych miejscach rozpoczęto mniej lub bardziej udane próby ich likwidacji lub zamalowywania. Powody były dwa, a właściwie trzy, w tym jeden tak absurdalny, że trudno go skomentować inaczej niż śmiechem. Dlaczego Warszawa postawiła na likwidację pasów na drogach rowerowych? 

  • po pierwsze, nie miały znaków pionowych, więc były w myśl przepisów nieważne i nie dawały pieszym żadnych przywilejów. Słuszne podejście, ale w takim razie może należało postawić znaki pionowe?
  • po drugie, jeśli postawi się znak pionowy i przejście przez drogę dla rowerów jest wyznaczone prawidłowo, to pieszym nie wolno przekraczać tej drogi w odległości 100 m od przejścia. W teorii policja mogłaby się ustawić i wystawiać pieszym mandaty za przechodzenie przez drogę rowerową w odległości mniejszej niż 100 m od przejścia dla pieszych, najlepiej w takim miejscu gdzie ci piesi tego przejścia w ogóle nie mogą zobaczyć.
  • po trzecie, według badań przywoływanych w „Wyborczej” przez burmistrza Ursynowa, tylko 5 proc. rowerzystów stosuje się do znaku „przejście dla pieszych” i realnie przepuszcza przechodniów. Niepodważalna logika: ludzie ignorują jakieś prawo, więc należy je uchylić. Kiedy zrobicie to samo ze strefą czystego transportu?

Reklama

Zlikwidowane przejście przy Wołoskiej. (fot. materiały własne)


Reklama

W rzeczywistości nie ma żadnej reguły

Na jednej drodze rowerowej, na odcinku nieprzekraczającym 1 kilometra, mamy do czynienia ze wszystkimi trzema typami przejść: nieoznakowanymi, czyli sugerowanymi, fałszywą zebrą bez znaku poziomego (najczęściej powtórzoną kilka razy w losowych miejscach) i prawdziwym przejściem dla pieszych ze znakiem pionowym dla rowerzystów. Występuje to w losowej kolejności i natężeniu, chociaż niektóre miejsca wyróżniają się szczególnie. Na przykład przy niezwykle uczęszczanym skrzyżowaniu ruchu pieszego i rowerowego przy metrze Politechnika mamy wyłącznie „zebroidy”, czyli pasy poziome bez znaku pionowego. Powoduje to sytuację, w której piesi myślą, że mają pierwszeństwo, choć w rzeczywistości go nie mają. Niesłychane jest założenie, w której to pieszy powinien przed wejściem na pasy sprawdzić, czy przed nimi znajduje się znak pionowy na drodze rowerowej. A w tym miejscu zdecydowanie jest czego unikać – dostawcy na elektrycznych motorowerach pędzą tu bez żadnej litości (o nich też ostatnio pisałem). 

Co to ma być, pytam (to nie są przejścia dla pieszych).  (fot. mat. własne)

Dojechałem w miejsce, o które ostatnio była awantura

To ulica przed urzędem dzielnicy Wola w Warszawie, przy al. Solidarności (zdjęcie główne). Trwają tam ostatnie prace nad oddaniem do użytku drogi dla rowerów przepuszczonej środkiem chodnika, która będzie zmuszała pieszych do zatrzymania się i rozejrzenia, czy przypadkiem nie nadjeżdża rowerzysta lub elektromotorowerzysta. Pomysł ten wzbudził wielkie wzburzenie w internecie, ale komentujący mogli przeoczyć, że jest to absolutny standard przy projektowaniu dróg dla rowerów. Polecam skrzyżowanie ul. Dolnej z Sobieskiego albo św. Bonifacego z Powsińską. Drogi dla rowerów przecinają tam chodnik w niepojęty sposób, również w towarzystwie całego wachlarza rozwiązań w kwestii przejść dla pieszych. Znalazłem także miejsce, gdzie droga dla rowerów pozbawiona jakichkolwiek przejść jest poprowadzona tak, że wychodzi się na nią prosto z klatki schodowej, a to wciąż nie koniec absurdów.


Reklama

Z domu prosto na drogę rowerową. Mocny projekt. (fot. mat. własne)


Reklama

Najbardziej odklejone miejsce znajduje się przy ul. Prostej

Mowa o skrzyżowaniu Prostej i Żelaznej przy fabryce Norblina. Znajduje się tam przejazd rowerowy przez ul. Żelazną, który kończy się... końcem drogi rowerowej i na tym niezwykle wąskim chodniku koncentruje się cały ruch rowerowy z tej okolicy. Stałem tam trzy minuty i zdążyłem być świadkiem konfliktowej sytuacji między kobietą a młodym mężczyzną na elektrycznym rowerze-motorowerze. Obstawiam, że żadne z nich nie miało pojęcia o przepisach w tym miejscu. Podobnie zresztą jak nie ma ich te wspomniane wyżej 95 proc. rowerzystów. Nawet wyznaczanie przejść oznaczonych zgodnie z przepisami niczego nie zmienia i piesi muszą bez ustanku rozglądać się, poszukując pędzącego rowerzysty (lub elektromotorowerzysty), niemającego zamiaru hamować dla nikogo.

To miejsce to jakiś horror. (fot. mat. własne)

Dlatego w pewnym stopniu rozumiem zrezygnowanie warszawskiego ZDM: nie warto wyznaczać przejść dla pieszych na drogach rowerowych, i tak nikt ich nie respektuje. Ale w takim razie dlaczego w tak licznych – choć losowo wybranych – miejscach pojawiły się znaki pionowe? Dlaczego skasowano fałszywe zebry na niezbyt ważnej i pustawej ulicy Wołoskiej a pozostawiono je przy niezwykle ruchliwej okolicy metra Politechnika czy na rondzie ONZ? Nie wiadomo, ponieważ zapewne nikt nie panuje nad tym całościowo – oznakowanie pojawia się od projektu do projektu, nie istnieje żadna jednolita i spójna wizja. 


Reklama

Przejście prawidłowo oznakowane. Rowerzyści powinni tu przepuszczać pieszych. (fot. mat. własne)


Reklama

Jak się zachować?

Z wieloletniego doświadczenia powiem, że nigdy nie należy zakładać znajomości przepisów u rowerzysty, a jeszcze bardziej nie należy uznawać, że się do nich zastosuje. To coś jak przechodzenie przez pasy między samochodami w latach 90. – po prostu uznajesz, że nikt się tobą nie przejmuje i przejedzie, choćby nie wiem co. Burmistrz Woli Krzysztof Strzałkowski na swoim Instagramie obiecuje, że nowa droga dla rowerów poprowadzona pośrodku chodnika zyska „pełne przejście dla pieszych” i jeszcze specjalne „pasy wibroakustyczne”, które spowodują, że rowerzyści w tym miejscu zwolnią. Nie chcę tu psuć panu Krzysztofowi samopoczucia, ale jak najedzie na niego rozpędzony rowerzysta, który zignorował znaki drogowe i pasy wibroakustyczne, to w tym miejscu przejście też zniknie, jak zniknęło w dziesiątkach innych lokalizacji. Trzeba to w końcu zrozumieć: rowerzysta to ostateczna forma człowieka, dlatego też może mieć wyłącznie prawa, a nakładanie nań opresyjnych obowiązków oddala nas od Holandii i Danii, które przecież powinny być dla nas wzorem. 

Co to ma być, pytam ponownie. Nielegalnie wyznaczone przejście tuż przed końcem drogi rowerowej i rozpoczęciem ciągu pieszo-rowerowego. PO CO? (fot. mat. własne)

A tak przy okazji, w Holandii przy przejazdach rowerowych na drogach znajdują się trójkąty regulujące pierwszeństwo (lub jego brak) dla rowerzystów. Gdyby u nas chcieć wprowadzić coś takiego, aktyw rowerowy krzyczałby, że „w Holandii nigdy by czegoś takiego nie zrobiono”.