Reklama
Kultura

Niebo nad Spielbergiem. Recenzujemy „Dzień objawienia”

W „Dniu objawienia” Steven Spielberg powraca do gatunku science-fiction, by opowiedzieć historię o tym, że w świecie na krawędzi zagłady wszyscy jedziemy na tym samym wózku. Możemy wierzyć w UFO, Pana Jezusa, a nawet mysikoty i ptabyki. Byle tylko raz na jakiś czas uwierzyć w drugiego człowieka.

Michał Walkiewicz
Opinia autorstwa: Michał Walkiewicz
Dzisiaj 09:41
7 min
Emily Blunt w filmie „Dzień objawienia”, reż. Steven Spielberg, 2026 (fot. materiały prasowe)

To mógł być szok. Ewentualnie chwila egzystencjalnej grozy, duchowego uniesienia, albo dziecięcej ekscytacji. Jeśli kiedykolwiek zamarliście w kinowym fotelu, wasze usta wydały niemy okrzyk, a oczy zamieniły się w pięciozłotówki, istnieje spora szansa, że oglądaliście wówczas film Stevena Spielberga. Jest nawet fachowa nazwa na to zjawisko, czyli tzw. „twarz Spielberga”. To w końcu jego bohaterowie obserwują w zachwycie cuda pozaziemskiego, prehistorycznego albo futurystycznego świata.

W „Dniu objawienia” jest się czego bać, czemu dziwić i z czym dyskutować. Opowiadając o spisku mającym na celu ukrycie przybyszów z obcej planety przed opinią publiczną, Spielberg łączy dwa najważniejsze wątki ze swojej twórczości. Na Ziemi szuka fanatyków społecznego posłannictwa. W gwiazdach wypatruje największego z kosmitów, czyli Boga. 

Michał Sikorski o Janie Pawle II: Dla mojego pokolenia to już było za dużo

Faceci w czerni kontra Edward Snowden

Za prolog filmu nie służą ani kronika codzienności bohaterów, ani wspomnienie pierwszego kontaktu homo sapiens z ufoludkami. Według Spielberga opowieść o wierze człowieka musi być jednocześnie świadectwem wiary w inteligencję widza. A ponieważ wszyscy jesteśmy jako tako zorientowani w rozmaitych teoriach spiskowych i doskonale rozumiemy lęk przed rządową inwigilacją, „Dzień objawienia” rzuca nas błyskawicznie w sam środek akcji. 

Reklama
Reklama

Oto Daniel Kellner (Josh O’Connor), spec od cyberbezpieczeństwa w tajemniczej organizacji Wardex, wykrada dane dotyczące relacji amerykańskiego rządu z Obcymi – jak nietrudno się domyślić, sięgają one czasów incydentu w Roswell. Jako że ufoludki mają w USA swoje prywatne Guantanamo, zaś wyciek może zachwiać kruchym porządkiem świata, w pościg rusza uzbrojony w szpiegowską technologię kosmitów szef placówki Noah Scanlon (Colin Firth). 

Nieopodal w Kansas City, pogodynkę z lokalnej stacji telewizyjnej (Emily Blunt) odwiedza kardynał szkarłatny. To ptaszek, którego możecie kojarzyć z popularnej gry „Angry Birds”, albo mitologii rdzennych Amerykanów, gdzie jest symbolem duchowego przewodnictwa. Chwilę później kobieta zaczyna mówić językami i podglądać telepatycznie wspomnienia domowników, by wreszcie przemówić skrzekiem obcej rasy na wizji. Czyni to z niej nieoczywistą sojuszniczkę Daniela oraz drzazgę pod paznokciem Scanlona. 

 

Reklama
Reklama

Czas ucieka, klincz światowych mocarstw spycha świat w stronę globalnego konfliktu, zaś tytułowy dzień objawienia staje się podwójną cezurą. To moment, w którym ludzie poznają prawdę o UFO, ale też zmierzą się z pytaniem granicznym. Skoro kosmici istnieją, to co o sobie i swojej wierze powinien myśleć dobry chrześcijanin?

James Bond to 10/10. A jak wypada sama gra? Recenzujemy „007 First Light”

Doskonały reżyser ratuje średni scenariusz

Figury z szachownicy scenarzysty Davida Koeppa znamy aż za dobrze. Ekipę sygnalistów portretuje on w kluczu nieznośnego, plakatowego idealizmu. Z grupy pościgowej czyni natomiast sumę naszych wyobrażeń na temat CIA, NSA, „facetów w czerni” i Bóg wie, kogo jeszcze. Konwencje, którymi żongluje, też zdążyły się opatrzeć – od thrillera konspiracyjnego w stylu „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana J. Pakuli, przez wystawne science-fiction w hollywoodzkim guście, po rollercoaster akcji rodem z „Wroga publicznego” Tony’ego Scotta.

Koepp, który rozstaje się i schodzi ze Spielbergiem od czasu „Parku jurajskiego”, nie robi zbyt wiele, by podać postaciom tlen, zaś gatunki ułożyć w mniej oczywiste konfiguracje. „Dzień objawienia” ma też ewidentne problemy z rytmem, w środkowej partii ciągnie się niemiłosiernie, a później gna na łeb na szyję w stronę finału.

Reklama
Reklama

Magia Spielberga polega jednak na tym, że nawet tak bezpieczny i zachowawczy tekst potrafi przekuć na ekranie w żywą dramaturgiczną materię. Kartonowe wycinanki zamienia w postaci z krwi i kości, gatunkową maszynerię wykorzystuje z kolei w pomysłowej inscenizacji.

Widać to nieźle na przykładzie bohaterki granej przez Emily Blunt, którą Koepp  ustawicznie spycha w rejony komedii. A jednocześnie, pod batutą reżysera, aktorka tworzy fantastyczną i wielowymiarową rolę dramatyczną. Jej Margaret Fairchild to kobieta, która najpierw traci wszelkie punkty odniesienia, a następnie, cegiełka po cegiełce, buduje swoją tożsamość od nowa.

Z podobną swadą grają O’Connor, Firth oraz specjalizujący się w rolach połamanych przez życie mentorów Colman Domingo. Ich postaci również są podwójnie „zakodowane”. Z jednej strony – działają na poziomie popowego „akcyjniaka” z jasnym podziałem na dobro i zło. Z drugiej są wystarczająco pocieniowane, by „Dzień objawienia” stał się opowieścią o człowieku w obliczu wielkiej tajemnicy.

Spotkanie Spielberga z wybitnym operatorem Januszem Kamińskim oraz legendarnym kompozytorem Johnem Williamsem przypomina jubileuszowy koncert starej, ale jarej kapeli. Panowie potrafią wykrzesać z siebie sporo młodzieńczego ognia – nawet jeśli rozsmakowany w efekciarskich ujęciach Kamiński zbyt często kojarzy się z gitarzystą, który za nic w świecie nie chce skończyć solówki.

Reklama
Reklama

Ich najlepszym, wspólnym „kawałkiem” jest w „Dniu objawienia” rewelacyjna sekwencja pościgu samochodowego zwieńczona wspinaczką po rozpędzonym pociągu. Pięknie rymuje się ona z autobiograficznymi „Fabelmanami”, w których mały Spielberg, przerażony sceną katastrofy kolejowej w „Największym widowisku świata” Cecila B. DeMille’a, podjął natychmiastową decyzję o zostaniu reżyserem. 

Panie Boże, daj nam niesamowitość

„Twoja matka jest muzyczką. Ojciec – matematykiem. Gdy wylądują kosmici, jak się z nimi porozumieją?” – spytał Spielberga nieodżałowany gospodarz programu „Inside Actors Studio”, James Lipton. Pytanie o biograficzną podszewkę jego kina to jednoczesne nawiązanie do słynnej sceny z „Bliskich spotkań trzeciego stopnia”.

„To jest fenomenalne, ale przerażające!” Wywiad z Piotrem Latałą

W 1977 r. międzygatunkowa komunikacja okazała się możliwa dzięki matematycznej sekwencji pięciu dźwięków. Po niemal 50 latach takim systemem może być według Spielberga wszystko – od muzyki i matematyki, przez niewypaczoną religię, po język dobrych i moralnych mediów. „Dzień objawienia” jest wyrazem nadziei, że to właśnie one zawrócą nas znad otchłani amoralności, agresji, strachu przed innymi.

Reklama
Reklama

Kadr z filmu „Dzień objawienia”, reż. Steven Spielberg, 2026 (fot. mat.prasowe)

Ciężko mi powiedzieć, czy są to odkrywcze wnioski. Ale nawet jeśli nie, to trudno czynić z tego zarzut. Gdy mowa o Spielbergu, nie chodzi przecież o to, co myślimy. Chodzi natomiast o to, jak się z tym czujemy. Zaś spotkanie z kosmitami oraz ukrytym pośród nich „Bogiem” to kolejny przyczynek do zachwytu nad „kinowym spektaklem”; jeszcze jeden zapalnik tak pożądanej w czasach wielkich społeczno-politycznych zawirowań „dziecięcej frajdy”.  

O tym, że na jesieni kariery Spielberg wciąż pozostaje dzieckiem, nie trzeba nikogo przekonywać. We wspomnianych „Fabelmanach” ganiał po prowizorycznym planie filmowym z kapiszonowcem i w kowbojskim kapeluszu. Z kolei w „West Side Story” podglądał młodość i rozkwitającą miłość bez starczej zazdrości, w całkowitym zrozumieniu. 

„Dzień objawienia” nie sięga tak wysokich emocjonalnych rejestrów, ale i tak ogląda się go fantastycznie. Głównie dlatego, że Spielberga cały czas interesuje poszukiwanie niesamowitości; ulotnego wrażenia ekscytacji, strachu, bądź czystej radości. Czasem widać te emocje na twarzach aktorów. Kiedy indziej – na naszych.

Źródło: Zero.pl
Michał Walkiewicz
Michał WalkiewiczDziennikarz