- W grze „007 First Light” wcielamy się w postać młodego Jamesa Bonda i obserwujemy, jak z naiwnego żółtodzioba zamienia się w asa brytyjskiego wywiadu. Produkcja łączy w sobie elementy gry akcji, skradanki i przygodówki.
- Stawka jest wysoka, scenariusz skrzy się humorem, zaś gra pęka w szwach od nawiązań do bondowskiego cyklu. Irlandczyk Patrick Gibson to wspaniały Bond – ironiczny, pewny siebie, stale balansujący na granicy powagi i zgrywy.
- Niestety, znana z serii „Hitman” formuła rozgrywki została znacznie uproszczona. Czy sposób, w jaki studio IO Interactive potraktowało szpiegowską zabawę to niezbędny kompromis przy tak dużej i szeroko promowanej grze?
- W „007 First Light” zagramy na platformach PlayStation 5, Xbox Series X/S oraz PC. Wersja na konsolę Switch 2 planowana jest w trzecim kwartale 2026 r.
W jednej ze scen gry „007 First Light” młodziutki James Bond odnajduje w swoim mieszkaniu list samobójczy podpisany własnym nazwiskiem. Zanim z cienia wyskoczy na niego zamaskowany zbir, przyszły as wywiadu zdąży obrócić kartkę w dłoni i rzucić z przekąsem: „To nie może oznaczać nic dobrego”.
„To jest fenomenalne, ale przerażające!” Wywiad z Piotrem Latałą
Humor, ironia, napięcie, akcja… Oto jeden z momentów, w których miałem ochotę poderwać się z fotela i wznieść toast za scenarzystów kieliszkiem wstrząśniętego martini. Agent 007 może się wdzięczyć jak paw, strzelać na lewo i prawo bon-motami albo trwonić czas na romanse. Najlepszymi opowieściami o jego przygodach rządzą jednak żelazne reguły scenariopisarskiej ekonomii.
Nowy Bond, stare zwyczaje
W przeciwieństwie do większości produkcji na filmowych licencjach, tradycja gier o Bondzie jest nie tylko bogata (liczy ponad 30 tytułów), ale również pełna komercyjnych i artystycznych sukcesów. O przełomowej dla całej branży konsolowych strzelanek „GoldenEye 007” z 1996 r. napisano już całe tomy. Ale kto pamięta jeszcze rewelacyjne „Everything or Nothing”, w którym dziewczyną Bonda została supermodelka Heidi Klum? Albo zaskakująco udane „Nightfire”, które podsumowywało erę Pierce’a Brosnana o wiele zgrabniej niż ostatnie filmy z udziałem aktora?
W będące owocem tej samej strategii artystycznej „First Light” gra się z mieszaniną ulgi (spieszmy się kochać adaptacje zrodzone z miłości do marki) oraz ekscytacji (na ekranie dzieje się sporo, a napięcie rośnie przez bite 15 godzin). To z jednej strony wystawna superprodukcja, oddychająca miłością do materiału źródłowego. Zaś z drugiej – rozbudowana zapowiedź nowego rozdania w filmowym cyklu. Amazon, który przejął prawa do przygód Jamesa Bonda, ogłosi lada dzień nowego odtwórcę kultowej postaci.
Podobno irlandzki aktor Patrick Gibson nie zajmuje w wyścigu o tę fuchę najlepszej lokaty. A szkoda, bo w roli nieopierzonego, zaledwie 26-letniego Bonda jest doskonały. Ma w sobie sporo niewymuszonego luzu i popisuje się świetnym komediowym timingiem. Jego Bond jest czarujący, zdeterminowany, odrobinę zadufany w sobie i stanowi żywy dowód na to, że niepewność jest bliską kuzynką brawury.
Scenarzyści wikłają bohatera w kolejne, skomplikowane relacje, m.in. z przełożoną M, dyspozytorką i przyjaciółką Moneypenny oraz mentorem Johnem Greenawayem, fantastycznie zagranym przez weterana Lenniego Jamesa. I choć w fabule nie brakuje intrygujących wątków (AI jako koń trojański w strukturach wywiadowczych) oraz wzruszających momentów (scena, w której odkrywamy znaczenie podtytułu gry, to jeden z najpiękniejszych momentów w całym bondowskim uniwersum), punktem dojścia jest nasz ukochany literacko-filmowy mit.
Recenzja gry Pragmata – to dobra gra, która potrafi mocno rozczarować
Już wkrótce szeregowy spadochroniarz brytyjskich sił powietrznych zdobędzie licencję na zabijanie, zwiedzi parę egzotycznych miejsc, uwiedzie kilka pięknych kobiet i po raz pierwszy uratuje świat. A wszystko dzięki szarym komórkom i zręcznym palcom gracza.
Najpierw zwiedzaj, potem strzelaj
Odpowiedzialne za „First Light” duńskie studio IO Interactive zasłynęło serią „Hitman” – cyklem kultowych skradanek, w których robota płatnego mordercy wymagała od nas cierpliwości, kreatywności, dobrej orientacji w przestrzeni, a także odrobiny finezji. W grze o przygodach Bonda twórcy łączą założenia tego gatunku z wymogami superprodukcji na każde podniebienie, co ma swoje dobre i złe strony.
Konwencja, w której każda misja jest jednocześnie zagadką logiczną, komedią pomyłek oraz amoralną fantazją o śmierci jako puencie koronkowej roboty, nie do końca pasuje do Bonda – i jako postaci, i jako historii. Podobnie jak w „Hitmanie” główne misje rozgrywają się zazwyczaj w gęsto zaludnionych, publicznych miejscach, od fikcyjnej mekki handlarzy bronią na Saharze, po obskurny klub w Soho. Z tą różnicą, że typowo szpiegowskie scenariusze automatycznie narzucają nam więcej ograniczeń.
Raz musimy skopiować wrażliwe dane, innym razem odszukać zakonspirowanego terrorystę, to znów dać nogę z więzienia, albo wkraść się w łaski gości ekskluzywnego kurortu. Rekonesans polega zwykle na podsłuchiwaniu kluczowych celów, odwróceniu czyjejś uwagi i drobnej kradzieży, albo eksploracji terenów strzeżonych.
Przyłapany na gorącym uczynku Bond może wykręcić się kłamstwem lub skorzystać z jednego z licznych gadżetów (od telefonu na strzałki z neurotoksyną, przez wielofunkcyjny zegarek, po granaty dymne udające słuchawki), aby zyskać nieco czasu na taktyczny odwrót. Może też podnieść ręce w geście kapitulacji, by następnie opuścić ją na czyjąś głowę w geście: „Żartowałem!”
W teorii wszystko gra i buczy. W praktyce wspomniane mechaniki funkcjonują w pięknym, ale nieco zbyt sterylnym i mało reaktywnym świecie. Umiejętności kieszonkowca można ćwiczyć na oczach ochrony, potraktowanie kogoś igłą ze środkiem przeczyszczającym nie wzbudza podejrzeń osoby stojącej metr obok, zaś żołnierze patrzą na swoich podduszanych kolegów ze znudzonym wyrazem twarzy. Zdaję sobie sprawę, że podobne uproszczenia są sednem kompromisu z masowym odbiorcą. Myślę jednak, że Amazon i IO Interactive nie ryzykowałyby wiele, doceniając naszą inteligencję, kreatywność oraz umiejętność wyciągania logicznych wniosków.
Gra nie zachęca nas do koncertu na sto karabinów, ale też niespecjalnie nagradza podejście partyzancko-zbójeckie. Ponieważ plan to lista rzeczy, które się nie udają, Bond może rozwiązać większość konfliktów za pomocą pięści. System walki jest prosty, intuicyjny i okraszony pięknymi animacjami. A gdy sprawy wymkną się spod kontroli, całość zamienia się w prostą strzelankę z systemem osłon oraz skromnym arsenałem karabinów, pistoletów i strzelb. Licencja na zabijanie zobowiązuje – agent 007 nie pociągnie za spust, póki jego przeciwnik nie wypali jako pierwszy.

Kadr z gry „007 First Light”, prod. IO Interactive, 2026 (fot. mat.prasowe)
W grze nie brakuje strzelanin w pięknych okolicznościach przyrody, dramatycznych pościgów i desperackich ucieczek, a także momentów demolki na hollywoodzką skalę. Od czasu do czasu Bond usiądzie za kółkiem samochodu (model jazdy jest, delikatnie mówiąc, służebny wobec filmowego charakteru gry), rozbroi bombę (mini-gierki polegają na wciśnięciu maksymalnie dwóch przycisków i wychyleniu gałki analogowej), albo pobawi się w hakera. Typowy wtorek w służbie Jej Królewskiej Mości.
A więc kryzys. Jak pomóc polskim grom wideo?
Dobra gra, świetny „Bond”
Połączenie „filmowej” akcji z niewielką „piaskownicą” dla domorosłych szpiegów sprawdza się na tyle dobrze, byśmy przymknęli oko na większość artystycznych kompromisów. Ostatecznie jednak czyni z „First Light” produkcję nieco zbyt gładką, bezpieczną i pozbawioną charakteru. To ładna, płynna (przynajmniej na konsoli PlayStation 5 Pro) i napisana z polotem gra, która, mówiąc językiem Amazona, osiąga wyznaczone cele. I jeśli miejscami wydaje się czymś więcej niż sumą swoich składowych, ma to wyłączny związek z miłością twórców do bondowskiego cyklu.
Piękne i niebezpieczne kobiety? Obecne! Długopis strzelający laserową wiązką? W kieszeni! Opancerzony Aston Martin? Wrzucaj jedynkę i gazu! Staw z krwiożerczymi aligatorami? Jest! Scenografia niczym wielki fanowski konwent oraz dialogi pełne nawiązań do filmów, konkretnych scen, a nawet szalonych internetowych teorii? Wszystko na swoim miejscu!
Po niemal 40 książkach, 25 filmach, kilkudziesięciu grach wideo oraz niezliczonej ilości komiksów, najciekawsze w opowieściach o Bondzie wydają się chwile autorefleksji; dyskusji z tradycją, która nie umiera nigdy. I gdyby nie Lenny Kravitz w garniturze z wężowej skóry, powiedziałbym, że to właśnie ów dialog, prowadzony wielotorowo i zwieńczony ciekawymi konkluzjami na temat historii i przyszłości serii, pozostaje największą siłą „First Light”.

